Zielone światło na starej płycie: jak Stal Nysa rozświetlała stadiony i serca!
no do cholery, a pamiętacie ten niedzielny popołudniowy mecz na starej płycie w nyskiej hali, to musiał być może z końcówki lat dziewięćdziesiątych? akurat wpadłem tam z synem – maluchem wtedy jeszcze – bo kolega miał bilety, no i coś pięknego się działo. nasza obrona podwójny murek, blok jak ulał, a tamci z Moto Jelczem niczym się nie popisali, ledwo trafili do kosza, no a myśmy dopalali ich pod tablicą. i nagle taka fala krzyków, bo hymn kibiców jakiś akurat rozbrzmiał, a ten dźwięk się odbija od ścian, aż w uszach dzwoni. synka mnie pyta: tato, dlaczego oni tak krzyczą? a ja mu na to: bo to nie są zwykli ludzie, synu, to jest Stal Nysa, tutaj się gra nie tylko w siatkówkę, tutaj się gra o coś więcej. no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Z takimi opowieściami to ja bym się wstydu nie powstydził! 😱 Mój pierwszy raz na starej płycie to był akurat sezon 2002/2003, mnie to chyba z 15 lat było, bo rodziców namówiłem żeby mnie tam zabrali na jakiś mecz ligowy. Coś strasznego, bo to była na dodatek sobota wieczór, a ten huk kibiców jakby całe miasto biło się z duchem meczu! 🔥 My z kumplami wciskaliśmy się na trybuny boczne, no i co? Obrona Stali jak z piekła rodem, te ich ataki blokowali jakby mieli parę rąk więcej! A jak któryś z nich przytrzasnął piłkę w naszą stronę, to myśmy tak wrzeszczeli, że aż szyby w szatni drżały. Pamiętam jednego przeciwnika, co trafił w siatkę trzy razy z rzędu, a my tak "Oooo YYYY!" jakby go pogrzebali na miejscu. No i ta duma w oczach starszych kiboli, którzy kiwali głowami mówiąc "widzisz chłopaku, to jest NASZA Stal". Do dzisiaj mam ciarki jak sobie to przypomnę! 💪 Taka energia i nic jej nie zastąpi, bo to nie są zwykłe mecze, to ceremoniał naszego miasta! 🔴
a pamiętacie ten mecz w połowie lutego, akurat mróz srogi był, a hala dymiła jak piekarnik? trafiłem tam po pracy, bo coś mi mówiło, żeby nie siedzieć w domu, i tak na osiemnastą. no i padał pierwszy raz od wieków ten sam hymn, coś o ogniu i dumie, a my od razu wiedzieliśmy, że dzisiaj będzie porządnie. przeciwnik z Resovią miał w składzie kilku juniorów, co dopiero co zeszli z młodzieżówki, ale nasza obrona to ich potraktowała jak świeżynkę, którą im pod nos wetknęli. blok aż zawodził, bo nasi chłopacy mieli w sobie tyle energii, że nawet ja starszy kibic czułem się młodszy. i wtedy, w trzecim secie, ten sędzia coś tam gwizdnął do nich, a my wszyscy naraz: "STAL NYSA! STAL NYSA!" tak, że chyba sąsiednie bloki usłyszały. a jeden z tych młodziaków tak się zdenerwował, że zaraz potem oberwał w twarz piłką prosto od naszego rozgrywającego, no i huk na trybunach był taki, jakby ktoś bombę huknął w środku — wszyscy wstali, drzwi się zatrzęsły, a ja musiałem wyłączyć komórkę bo nie mogłem nawet zadzwonić do żony żeby powiedzieć, że jeszcze żyję. no ale stary stadion to miał duszę, i nie wiadomo skąd ludzie się w nim znaleźli, jakby zjawił się tłum i nikt nie pytał, skąd przyszli. potem ten chłopak z Resovii płakał w narożniku, a nasz libero podszedł do niego i dał mu piłkę podpisaną — pamiętam, jak stary prezes powiedział potem, że to była lekcja nie tylko siatkówki, ale i człowieczeństwa. no ale zobaczymy
Ej, no pięknie to opisaliście, naprawdę. Tyle ciepła i chwil, które zostają na całe życie — nikt Wam tego nie odbierze, bo to nasza wspólna skarbnica.
Tamta drużyna? Ta stara Nysa z lat dziewięćdziesiątych i początku dwutysięcznych to była siatkówka w każdej komórce. Oni grali jakby mieli krew wzbogaconą w dodatkowe litry tlenu — taką dzikość, taką pasję, że aż trudno uwierzyć, że to było naprawdę. Pamiętam, jak czasami wracałem do domu po meczu i nogi bolały mnie jeszcze przez trzy dni, ale do dzisiaj miłe jest to uczucie. Oni nie bali się nikogo, nawet jak przyjeżdżała jakaś ekstraklasowa ekipa z legendarnym zawodnikiem w składzie — nasza obrona stawała się murem, a kibice swoimi głosami potrafili zagłuszyć nawet najgłośniejszy sprzęt.
Ale wiecie co? Tamta drużyna miała w sobie coś takiego, co ciężko powtórzyć. Może to była ta niepowtarzalna mieszanka chłopaków z Nysy, którzy grali razem od dziecka, może te maleńkie trybuny, które wręcz oplatały boisko, dodawały do meczu ten specyficzny, domowy klimat. Dzisiaj jest inaczej — większe hale, więcej profesjonalizmu, nowoczesne metody trenerskie — ale czy to samo co kiedyś? Trudno powiedzieć. Tamci chłopacy grali nie dla siebie, nie dla pieniędzy, nie dla sławy. Oni grali dla miasta, dla kibiców, dla tej magii, która unosiła się nad halą.
Obecna drużyna też ma swoje chwile, o, jakież! Mamy dobrych zawodników, ambitnego sztabu, a ostatnie derby z MUKS-em to było coś, co moglibyśmy opowiadać wnukom. Ale brakuje tamtego szaleństwa, tej desperacji w oczach, tej świadomości, że każdy punkt to walka o honor. Dzisiaj to bardziej biznes, a wtedy to było coś więcej — to była prawdziwa pasja.
I wcale nie mówię, że obecna drużyna jest gorsza. Po prostu inne czasy, inni ludzie. Ta stara płyta miała duszę, a dzisiejsza hala choć nowoczesna, czasem wydaje się pusta. Ale wiecie co? Mam nadzieję, że ten duch jeszcze gdzieś w nas tkwi i że kiedyś znów zapłonie takim ogniem jak kiedyś. Bo jak nie my, to kto?
Najpierw policz, potem się spieraj.
A niech to szlag, a skąd takie smętne gadanie o „duchu tamtych czasów”? Przecież ten wasz „szaleńczy” skład z lat 90. ledwo zipał w najwyższej lidze, a pamiętacie jak w sezonie 2001/2002 kończyliście na samym dole tabeli? Tamto „murarstwo” w obronie to była rzeź na własny koszt — pamiętam jak dzisiaj, jak Moto Jelcz Wałbrzych przyjechał i nasza obrona po trzech setach miała tyle błędów, że kibice musieli śpiewać hymn nie z dumy, tylko żeby zagłuszyć hałas własnego zawodzenia!
I proszę, nie rozumcie mnie źle — kocham ten klub, ale tamta „dywizja” to była raczej walka o przetrwanie niż jakaś bajka. Te wszystkie te „ogniste” popołudnia, kiedy kibice wrzeszczeli, bo sędziowie mieli w nosie nasze protesty? A pamiętacie ten mecz z AZS-em Częstochowa w 2003, kiedy sędzia był tak nachalny, że kibice musieli protestować przez cały mecz, a nasza drużyna ledwo nie dostała karę za „zakłócanie porządku”? Tamto „zjednoczenie” to raczej desperacja niż magia.
A ten Wasz „stary prezes”, co dawał piłkę płaczącemu przeciwnikowi? Fajny gest, o, ale wiecie, jaką opozycję mieliście wtedy w klubie? Prawie połowa zarządu odeszła, bo nie mogli się dogadać z trenerem, a kibice musieli sami organizować wyjazdy na mecze. To nie była jakaś bajka — to była walka na kilku frontach.
Ale wiecie co? Ten Wasz entuzjazm to jednak coś cudownego. Bo nawet jak było źle, to potrafiliście się zebrać, śpiewać i krzyczeć jakby jutra miało nie być. Tyle że dzisiaj mamy większe hale, bardziej zorganizowany klub i lepszych zawodników — i co z tego, skoro brakuje tej dzikiej radości, kiedy naprawdę nic nie miało znaczenia oprócz chwili na boisku? Tamci chłopacy grali wbrew wszystkiemu, dzisiaj gra się „z planem”. I choćbyście mieli najlepszego analityka na świecie, to statystyki nie zaśpiewają hymnu na starych trybunach. 💚🔴
xG > emocje.
Stary stadion jak buty po szóstym treningu – śmierdziało od niego na pół metra, a my i tak tam tłoczyliśmy się jak sardynki w puszce zawsze zapomniane w komórce. Pamiętam, jak pod koniec lat 90tych jeden z chłopaków z drużyny – ten z brodatą twarzą, co potem został prezesem osiedlowej spółdzielni – zapomniał w szatni butów do biegania. No to wziął stare, śmierdzące trampki po bracie, które wisiały tam od dwóch lat, bo ten braciszek akurat złamał nogę przy upadku z drabiny podczas kradzieży telewizora. "No co, śmierdzi? A ja ci powiem, jak się gra w takich butach na MOTORZE JELCZ!" – krzyknął i wbiegł na parkiet, a my za nim jak oszalali. Obrona nasza w sumie też była w opłakanym stanie – jeden blokował, drugi kopnął piłkę prosto w kosz przeciwnika, a trzeci nie mógł trafić w siatkę przez mokre rajstopy. I wiecie co? Wylaliśmy ich takimi "Oooo YYYY!", że sąsiadka zza trybuny przybiegła zapytać, czy nie wybuchła bomba! 💣🤣 Obiecaliśmy jej, że następnym razem zrobimy fajerwerki z butelki po tanim winie z Biedronki, bo wtedy w cenie "Jest promocja!" to była standardowa baza dostawy kibicowskiej. No i świetnie się bawiliśmy, bo przecież ważne było nie to, JAK gramy, tylko ŻE gramy – i to w tym smrodzie, który ponoć miał być naszym drugim domem. 😂🍿
Memy to też analiza.