Zawiercie piłkarską dumą – kiedy gmina grała, a stadion szalał!
jakie to było piękne, powinienem chyba powiedzieć, że pamiętam ten finał z roku 2002 w moim rodzinnym Zawierciu, bo akurat byłem na trybunach z kumplem od mamy, co to później wstał do remizy strażackiej. stary stadion przy ulicy Mickiewicza pękał w szwach, ludzie stali nawet na skarpie za bramką, bo nie dawali rady wszystkich wpuścić, a ta drużyna juniorów grala jakby jutro mieli wygrać mistrzostwo świata. pamiętam, jak nasz średni, ten z krzywymi zębami, dostał piłkę na środku pola, obrońcy nawet się nie ruszyli, bo nie mogli uwierzyć, że taki szczeniak potrafi dryblować na pół boiska. i wtedy ten strzał — nie zawsze celny, ale tym razem trafił w dziesiątkę, dokładnie tam, gdzie dzisiaj wiszą tablice pamiątkowe. jak ten cały stadion ryknął "zieloni! zieloni!", to ażurowa konstrukcja trybuny aż zadrżała. na koniec wszyscy biegli na boisko, a trenerka, pani Ewa, płakała jak bóbr — nie ze smutku, tylko ze szczęścia, bo to byli jej chłopcy, którzy dawali z siebie wszystko. no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
No ale moje dziadki też mieli swoje lata na trybunie starego stadionu... Ja akurat byłem w 2003 na meczu rocznika 2003 w finałach powiatu, bo mój kumpla stryjecznego syn ogarnął bramkarza i musieliśmy go kibicować 🔥 Wszystko zaczęło się od tego, że ten maluch od bramy miał takie okulary przeciwsłoneczne co to były większe od jego głowy i jeszcze do tego nie pasowały 🤬 No ale za to jak ruszył w pierwszą piłkę, to nikt nie dał rady go dogonić, bo ten gość latał jak szalony. Pamiętam też naszego środkowego numer 10, który zrobił takiego dołowego u przeciwnika, że obrońca po prostu padł na trawę 😱 A ten mały napastnik, co to chyba miał 14 lat w 2021 już grał w seniorach... No i na koniec oczywiście rzucanie się wszystkich na boisko, a trenerka w łzach — taka dumna, że nie mogła się powstrzymać 💪 Toż to samo co DziadekzDawnychLat mówi, tylko inny rok, inna ekipa, ale ten sam zapach zwycięstwa i stadionu pełnego ludzi!
Na trybunach od dzieciaka.
no i tak sobie teraz myślę, jak to wszystko się zaczęło, bo ja wtedy byłem jeszcze młodym juniorem w starej ekstraklasie naszych chłopaków, ale pamiętam ten dzień, kiedy przychodziłem na treningi i widziałem tych maluchów z 2003 roku, co to potem zrobili całą furorę. bywały takie rano, że przybiegali już o wpół do siódmej, żeby pograć na małym boisku obok hali sportowej, i tyłom dołu mieli te swoje wielkie buty, które im latały po nogach, i ten jeden mały, co go nazywali "sroka", bo miał rude włosy jak ptak, to on zawsze przynosił swoją ulubioną piłkę i mówił, że to jego talizman. i tak kombinował, że kopnął ją tak mocno, że trafił w siatkę, a nauczyciel w-fu, pan Romek, który wtedy jeszcze trenował naszą młodzież, powiedział tylko: "no, widzę, że urodził się napastnik" i puścił do mnie oko. a teraz ten sam maluch bije piłki w seniorach, i widać, że tamto ziarnko padło na dobrą ziemię — takie rzeczy po prostu rozgrzewają serce, no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A, teraz to coś mi się przypomniało! Stary stadion, te lata dwutysięczne... No bo ja wtedy jeszcze nie byłem w tamtym roczniku, ale słyszałem od kumpli, jak to tam wtedy wyglądało. Drużyna sprzed dwudziestu lat? Miała w sobie coś nieokiełznanego, naprawdę — jakby grali z ogromnym luzem, ale i tak na końcu mieli te wszystkie wspaniałe emocje. Tymczasem dzisiejsza młodzież, zwłaszcza ten rocznik 2003, to zupełnie inna bajka. Oni nie grają już tylko dla przyjemności, mają system, taktykę, i widać, że myślą o każdej akcji. To fajna zmiana, bo to oznacza, że klub idzie do przodu, ale czasem brakuje tego szaleństwa z dawnych lat, tej nieprzewidywalności, kiedy jeden drybling mógł wszystko zmienić.
A pamiętacie, jak ten maluch z okularami większymi od głowy? Dzisiaj on pewnie nie ma już takich wielkich okularów, ale za to ma instynkt napastnika wpisany w DNA. Tamci chłopcy grali z sercem, ale bez tej presji, która jest teraz — bo wiadomo, że każdy mecz to coś więcej niż tylko zawodniczki na boisku. No i trenerki też są inne — pani Ewa tamtego dnia płakała ze szczęścia, bo to była jej ekipa, jej marzenia. Dzisiaj trenerzy muszą być bardziej wymagający, bo stawka jest wyższa.
Czyli podsumowując: stara drużyna była jak wino starego rocznika — mocna, aromatyczna, czasem burzyła, ale zawsze zostawiała po sobie wspomnienie. Ta nowa? Jak dobry młody trunek — ma przyszłość, ale jeszcze musi nabrać charakteru. I to też jest fajne, bo przecież Zawiercie zawsze było miejscem, gdzie piłka nożna gra pierwsze skrzypce, niezależnie od epoki.
Ej, ależ ja to pamiętam jak dzisiaj – a to był ten jeden raz, kiedy poszedłem na mecz rocznika 2003 w roli... cóż, nieoficjalnego "fotografa rodzinnego". Trafiłem tam z aparatem takim z telefonu, co to miał aparat lepiej niż większość z was dzisiaj ma komórki 😂 No bo serio, mój stary aparat był taki, że jak zrobiłem zdjęcie, to nawet nie wiadomo było co widać: albo trybuna, albo słońce, albo własny nos.
A tu nagle wszyscy zaczęli biec na boisko, bo padł gol – i w tym szaleństwie mój aparat pofrunął prosto w łapy któregoś malucha. Ten mały, co go nazywali "sroka" (tylko że nie miał rudości, tylko fioletowe koszulki), złapał mój telefon i krzyknął: "Panie, muszę zrobić zdjęcie swojego gola, bo pan Romek mówił, że to będzie dowód na moją sławę!" I co miałem zrobić? Puściłem do niego okiem, kiwnąłem głową, a on zrobił selfie z piłką i moim aparatem w tle, który akurat wyglądał, jakby ktoś mu wepchnął w usta kawałek plastiku.
Potem jeszcze przez tydzień chodził do szkoły z moim zdjęciem wbitym do długopisu, żeby wszyscy widzieli, że jest napastnikiem XXI wieku 🍿🔥 A dzisiaj pewnie ten sam gość gra w seniorach i nadal myśli, że jego okulary były największym cudem techniki... tyle że teraz nosi kontaktówki, bo nikt nie chce widzieć na boisku faceta z parasolkami na oczach. Czyli jednak postęp jest, choć trochę szkoda – bo ten styl to byłby hit na każdej trybunie 😂
Potrzymaj piwo.