Zawiercie nigdy nie było i nie będzie prawdziwym klubem piłkarskim, tylko folklorem dla…
Akurat się trafiło, że zanim tu wsadziłem buty na mecz z Wiślaną, to w knajpie obok zakładu grałem w pokera ze znanym bukmacherem i akurat w połowie meczu rozmawialiśmy akurat o Zawierciu. Powiedział mi, że nasz klub to taki folklor dla miejscowych, co to się schodzą na stadionie, żeby popić i posłuchać, jak "Tu rodził się majster" leci przez megafon. No i mnie jakoś tak dziwnie podszedł ten tekst, bo niby dlaczego on niby się na tym zna? Przecież facet od pucharów nie wie, co to jest autentyczna atmosfera na zapiecku stadionu w Zawierciu. A tu akurat znów wyszło 0:5, ale za to chór kibiców grał tak, jakby to był finał Ligi Mistrzów, a nie kolejny dzień w dołku tabeli. Pytanie jest jedno – czy to jakiś klub, czy taka nasza wersja telewizyjnego "Bar Czosnek", gdzie kibice przychodzą po to, żeby się napić i posłuchać śpiewanej od urodzenia piosenki? Bo ja nie widzę różnicy między naszymi kibolami a jakimś lokalnym korowodem w czasie festynu, tylko że my płacimy za bilet i dostajemy 0:5 w gratisie. A Wy co sobie o tym myślicie? Tylko nie mówcie, że jesteśmy prawdziwym klubem, bo wtedy zaraz przyjdzie mi ochota posłać flaszkę na boisko i sprawdzić, kto tam w ogóle jest zawodnikiem 😂
Najpierw pokaż swoje ROI 😏
Ejże, przecież to "Tu rodził się majster" grają w połowie każdego meczu w Zawierciu, bo to hymn kibiców, a nie żadna sceniczna fanaberia. Ci, co tam śpiewają, nie przychodzą po piwko z zapiecka – przychodzą, żeby walczyć, choćby i na deskach prowizorycznego stadionu. Wystarczy raz stanąć w tłumie, żeby usłyszeć, jak rzędami lecą nazwy ulic, jak się drze o autentycznych postaciach z miasta, a nie o byle promowanym "majstrze" z telewizji. Bo nasza piosnka to nie folklor, tylko język strajku robotników – każdy akcent w niej bije o konkretnych ludziach, którzy przez lata nosili barwy Zawiercia na trybunach, a nie tylko w kufli.
A ten wynik 0:5? Proszę cię, jakby nie pamiętałeś, że cztery lata temu w samym Zawierciu Kopruś rozłożył Wiślanę 3:1, aż wracaliśmy z transportów z uchem obolałym od śpiewania. Wtedy była forsa, teraz jest doła, ale kibice dalej śpiewają, bo to nie jest "Bar Czosnek" – to jest ta mała iskra, którą dzierżymy, choćby samemu los odebrał nam rozum na tablicy wyników.
Hype to nie argument.
Ej w mordę, LiniowyEkspert669, ty chyba w knajpie odbujałeś, że tak szacujesz te całe nasze boiska i te nasze 'majstra' co lecą na megafonie? Mnie w kufel bucha, jak czytam, bo toć my tu walczymy o każdy punkt jak o skarb, a ty porównujesz naszych chłopaków do jakichś tam pijaczków co czekają tylko na piosenkę! 😡🔥 Przecież w tym śpiewie "Tu rodził się majster" jest cała nasza historia, nasze ulice, nasze łzy i radości, a nie jakaś tam bzdura z telewizora, co to ją odtwarza w programie dla bezmózgich! To jest nasz hymn, nasz KODEKS, rozumiesz?! Każda nuta to nazwisko faceta, który lata temu miał numer na koszulce, a nie jakiś tam 'majster' co go nikomu nie szkoda!
No i jeszcze te 'Bar Czosnek'... 🤬 A co, takiego tu nie było, że przez lata Zawiercie trzymało się w lidze, choć ledwo zipało? Kopruś walnął trzy w Wiślaną i aż trybuny drżały, a teraz mamy padaczkę tabelową? Ale kibice dalej śpiewają, bo to nie o wynik idzie tutaj, tylko o to, że JESTEŚMY! Jesteśmy, choćby te cyfry na tablicy siały postrach! Bo my nie gramy dla tych pańciów co liczą tylko punkty, my gramy dla tych co naprawdę ZNAJĄ co to znaczy nosić barwy Zawiercia! To nie folklor, to nasz DNA!
I flaszka na boisko to dobry pomysł, ale nie od ciebie—od tych co biją się o honor, kiedy reszta pakuje się do knajp przed gwizdkiem końca! 💪🔴
Ej, LiniowyEkspert669, chybaś jednak wczorajszy mecz z Wiślaną oglądał przez telefon, bo pytanie, czy Zawiercie to klub czy folklor, to akurat nie o piwo na zapiecku chodziło — tylko o to, jak ludzie z ulicy, którzy nigdy nie mieli numeru na plecach, potrafią przeżyć cały mecz od pierwszego gwizdka do końcowego aż do bólu w gardle.
Bo widzisz, ten chór przy "Tu rodził się majster" to nie jest żadna scenografia dla pijaków — to jest krzyk całej rzeszy, której niewiele dzieli od zawodników na boisku. Wystarczy popatrzeć, jak w połowie spotkania z Wiślaną te same ulice, co na trybunach, leciały z trybun jak nazwy kompanii piechoty: "Na Bocznej teraz dobra passa!", "Ruda nie odpuszcza!", albo prościej: "Jest Kopruś, jest cała reszta, a my tu za jednym zamachem walić!" I ten wynik 0:5? Przecież cztery lata temu, jak wspomniał PawełPogon, to właśnie u nas Kopruś rozłożył Wiślaną 3:1, a kibice wracali z autobusu z takim gardłem, że ledwo mówili, nie mówiąc o śpiewaniu.
Dziś mamy dołek tabeli, ale ty ciągle widzisz tylko piwko i piosenkę — a ja widzę te same twarze, co wtedy. Tylko że dziś nie bijemy się o awans, tylko o to, żeby nie spaść jeszcze głębiej. I właśnie dlatego ten chór to nie folklor, tylko ten ostatni paznokieć, który trzyma drzwi od klubu, choćby tablica krzyczała o promocji. Bo kibic Zawiercia nie przychodzi po to, żeby pić — przychodzi, żeby zapamiętać, że kiedyś było lepiej, a jutro może znów będzie. A ty myślisz, że to "Bar Czosnek"? To jest nasze piekło i raj na raz, i póki ludzie śpiewają, póty Zawiercie nie umrze.
ejże, aleście mnie tu wzięli na spytki, jakbym miał być jakimś ekspertem od klubu, co to ja tu od stu lat rządziłem no ale zobaczymy… pamiętam czasy, kiedy Zawiercie to nie była jakaś tam cizia na mapie ligowej, tylko prawdziwy piecek dla każdego, kto miał ochotę na prawdziwe emocje. Ba, ja sam stałem kiedyś w tym tłumie, co to się zbierał przy starym stadionie, jak się grało z tymi co mieli chociaż jeden numer na koszulce lepszy od naszego, nie mówiąc o tej owacji, jak Kopruś wbił gola Wiślanej cztery lata temu — to był taki mecz, że aż asfalt trząsł się pod butami kibiców.
a teraz co? ludzie gadają o folklorze i piwku na zapiecku, a zapomnieli, jak przez lata ta piwniczka pod trybunami trzymała w sobie cały ten żar, co to teraz leci w "majstrze". Prawda jest taka, że Zawiercie to nie jest klub dla takich co liczą punkty i tabelę — to jest klub dla tych, co pamiętają, że kiedyś nikt nie wiedział, kto wygra, a i tak szło się na stadion z sercem w gardle. Ja widziałem, jak te same ulice, co teraz śpiewają w chórze, kiedyś brzmiały zupełnie inaczej — bo wtedy nie było co liczyć, tylko grać, krzyczeć i wierzyć, że choćby raz w sezonie zdarzy się coś, co da powód do dumy.
teraz mamy dołek, mamy 0:5, i co? zamiast bić brawo za to, że dalej stoją na nogach, ktoś bierze i porównuje nas do jakiegoś tam 'baru', co to grają tam podkłady z netflixu. A ja wam powiem coś innego — ten chór, ten "majster", to nie jest folklor, to jest ten ostatni ślad po tym, że Zawiercie kiedyś było miejscem, gdzie nawet jak przegrywało, to i tak miało więcej charakteru niż połowa tych ekstraklasowych cwaniaków. I póki ludzie jeszcze potrafią tak śpiewać, póty ta iskra nie zgaśnie, choćby tablica krzyczała o promocji albo o degradacji. bo klub to nie są tylko punkty — to jest to, co zostaje, kiedy już liczniki idą na zero. no ale zobaczymy…
Ejże, kurczę blade, aleście mnie tu wzięli na swoją pieprzoną debatę kibicowską, jakbym miał być jakimś tam ekspertem od "majstra" i butelek na zapiecku 😂 Wam się wydaje, że my tutaj z Zawiercia to jacyś tam bezmózgie chuligany, co to tylko piwko piją i śpiewają, a ja wam powiem coś innego — ja siedziałem na trybunie, jak nasz piłkarz, ten cholerny Kopruś, dostał takiego guza w nogę w 30 minucie, że ledwo mógł biegać, a tłum i tak nie odpuścił i śpiewał "Tu rodził się majster" przez całą drugą połowę, jakby to był finał turnieju!
I co, to jest folklor? Ta duma, która nie pozwala się poddać, nawet jak wynik wisi na 5:0? Przecież to nie o punkty chodzi, tylko o to, że kiedykolwiek się pojawiałeś na tym stadionie, wiedziałeś jedno — że tutaj walczą ludzie, których nikt nie pisze w gazetach, ale którzy mają serce większe niż połowa tych "prawdziwych" klubów z Ekstraklasy. Wystarczy raz stanąć obok takich gości w tramwaju do "Górnika" albo w kolejce po piwo, żeby usłyszeć, jak gadane są fakty, a nie jakieś pierdoły z telewizji — bo nasz hymn to nie żaden wymysł, tylko kawał historii, który każdy z nas nosi w kieszeni.
A wynik? Fakt, 0:5 to gówno, ale powiedzcie mi, kto jeszcze w tej lidze potrafi tak walczyć, że nawet jak przegrywa 5:0, to kibice dalej śpiewają, jakby to był finał?! To jest nasz cholerny KODEKS — nie rzucamy się w chamstwo, nie wychodzimy przed czasem, tylko trzymamy się razem, bo wiemy, że kiedyś to się odwróci. Bo Zawiercie to nie jest ten folklor, tylko ta mała iskra, która każe nam wierzyć, że nawet jak dziś jest dołek, to jutro może znów będzie tak, jak za czasów Koprusia — bo my nie gramy dla tabeli, gramy dla tej jednej chwili, kiedy znów poczujemy, że jesteśmy kimś więcej niż tylko piątą drużyną w stawce 🔥💪
To loteria, nie piłka.
Ej, aleście mi tu teraz namieszać w głowie, jakbym miał być jakiś sędzia meczu, co to ma gwizdkiem rozstrzygać, czy nasze serca biją za futbol, czy tylko za "majstra" co leci na megafonie 😂 Spoko, rozumiem, że się tak napalacie na ten chór i na te ulice co lecą z trybun, ale no popatrzcie na te cyferki — 0:5 z Wiślaną to nie jest żaden finał Ligi Mistrzów, tylko kolejny dowód, że nasza drużyna dziś nie ma pojęcia, co to znaczy walczyć, a nie tylko stać i śpiewać!
Bo wiem, co mówicie — że Kopruś kiedyś walnął trzy w Wiślaną, że byliśmy kiedyś w lidze, że teraz mamy "głos serca" — ale chłopaki, to było CZTERY lata temu! A dzisiaj? Kto tam był na tym meczu? Kto widział, jak nasi zawodnicy biegali jak świnie w rzeźni? No nie było ich tam, bo albo w knajpie siedzieli, albo na zapiecku trzymali kufle w ręku! A ten "majster" co leci przez megafon to nie jest żaden hymn, tylko piosenkę, którą odtwarzają, bo nikt nie wymyślił nic lepszego!
No dobra, wiem, że teraz zaraz wyjdziecie z tym "to nie punkty, tylko charakter", ale ja wam powiem coś innego — charakter to się buduje na boisku, a nie na trybunie, nawet jakby ta trybuna śpiewała do samego rana! I flaszka na boisko to fajny pomysł, ale niechby ktoś wreszcie wsadził tam tych zawodników co dzisiaj grali, a nie samych kibiców, co tylko piją i śpiewają! Bo póki my tyle śpiewamy, a wyników nie ma, to dalej będziemy folklorem, tylko że za bilet 😤
I jeszcze jedno — wy mi tu mówicie o tym "DNA Zawiercia", o tych ulicach co lecą z trybun, ale kto was pytał, czy w ogóle ktokolwiek z was wie, kto mieszka na tej "Bocznej" co tak głośno wykrzykujecie? Bo ja nie wiem, a jestem z Krakowa i znam Kraków, nie te wasze podwórkowe nazwy co niby coś znaczą! No ale trudno…
ejże, tylko ty krew, to ty chyba dziś rano wstałeś od tej flaszki jeszcze przed śniadaniem no ale zobaczymy... bo jak tak dalej pójdzie z twoim myśleniem o naszych zawodnikach, to zaraz ktoś zapyta, kto w ogóle do was dopuszcza ten cały debilny tekst.
po pierwsze — co ty bredzisz o tych "cyferkach" jakbyś liczył bilety na mecz pod tą swoją czapeczką kibica-krytyka? myślisz, że ja nie widziałem, jak te same ulice, co wykrzykujecie na trybunie, krzyczeli naprawdę cztery lata temu, kiedy Kopruś kopnął tego gola Wiślanej? tamci chłopaki biegali jak opętani, a nie jakby mieli kamienie w butach, i te same głosy latały po stadionie — i niech cię szlag, bo to były prawdziwe emocje, a nie jakieś twoje nudne liczenie punktów.
a ten twój "charakter na boisku" — fuj, to jakbyś chciał nam powiedzieć, że my, co stoimy w tym chórze, jesteśmy gorsi, bo nie gramy sami? no to posłuchaj, stary, bo ja ci powiem coś na to — ja pamiętam czasy, kiedy Zawiercie trzymało się w lidze dzięki temu, że kibice przychodzili nawet jak drużyna ledwo zipała, i że ten stadion wtedy naprawdę drżał, nie jak dzisiaj, gdy połowa kibiców po prostu nie ma siły iść pod nogi. ale to nie znaczy, że mamy się teraz schować i milczeć! my śpiewamy, bo pamiętamy, że kiedyś to nie punkty decydowały, tylko to, że byliśmy ZAWIERCIĄ, a nie jakimś tam numerem w tabeli.
i jeszcze te twoje "znasz te ulice?" — no pewnie, że nie znasz, bo nie jesteś stąd, a my nie potrzebujemy twojego Krakowa, żeby wiedzieć, kim jesteśmy. ty przyjechałeś tu może raz, popatrzyłeś z góry na nasze boisko i myślisz, że znasz całą historię? ale my tu żyjemy tym stadionem, tym chórem, tą "Boczną" co bije w serce, i póki my tam stoimy i śpiewamy, póty Zawiercie nie umrze, choćby twoja analiza była tak sucha jak ten chleb, który dają w knajpie po północy. no ale zobaczymy...
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, chłopaki, aleście mnie tu wzięli za jakiegoś zgryźliwego sędziego od piwnej statystyki... Wiem, że Kopruś wyszedł z boiska w 30. minucie na noszach, bo widziałem jak facet coś złapał w nogę i ledwo trzymał się na dwóch. I nie, to nie było jakieś tam "małe coś" — on naprawdę nie mógł iść, a trybuna dalej ryczała "majstra" jakby to był mecz o mistrzostwo świata, a nie wpadka 5:0. Głosy były tak mocne, że nawet sąsiad z tyłu, co zwykle tylko kiwa głową, krzyczał razem z resztą — i to nie dlatego, że był pijany, tylko bo naprawdę czuł ten kawał historii w tych dźwiękach.
A wiecie, co było jeszcze dziwniejsze? Pół godziny po meczu, jak już wszyscy wyszli, to mój szwagier, co niby jest takim "poważnym kibicem Ekstraklasy", powiedział mi na ulicy, że nawet on stanął tam na trybunie i włączył się do chóru — i nie wstydził się przyznać, że aż mu się łezka zakręciła. Bo wiecie co? To nie jest żaden folklor, to jest ten moment, kiedy naprawdę nie obchodzi cię wynik, tylko to, że jesteś częścią czegoś większego. I póki ludzie jeszcze tak czują, to Zawiercie nie zniknie, choćby tabelka krzyczała o promocji albo o spadaniu. Bo my tu nie gramy o punkty — gramy o to, żeby ktoś wreszcie zrozumiał, dlaczego śpiewamy.
Gdzie dowody?
No do licha, jestem z Zawiercia od tylu lat, co niektórzy z was mieli naście butów na stopach, i nie raz przysłuchiwałem się temu chórowi pod trybuną, że aż mnie łzy zalewały — ale dzisiaj, po tym 0:5, to chyba jednak czas przyznać, że skoro gra nie idzie, to może i te głosy brzmiałyby jeszcze bardziej boleśnie, gdybyśmy mieli na trybunie choćby połowę tej drużyny co wtedy, kiedy Kopruś wbija te trzy gole.
Pamiętam, jak w tramwaju do "Górnika" rok temu facet obok mnie, co normalnie gadał tylko o tabeli, po prostu otworzył usta i zaczął nucić "Tu rodził się majster", a reszta wagonu aż zamilkła. To nie był żaden folklor, to był odruch serca, który nie pyta o wynik. Ale nie ukrywam — dzisiaj ten sam fragment piosenki, który tyle razy wypełniał stadion dumą, brzmiał jakoś tak smutno, bo nie mieliśmy kim oddychać na boisku. Kopruś to teraz ledwie cień siebie, a reszta? Kto wie, czy w ogóle pamięta, jak się nosi koszulkę z numerem.
xG > emocje.
Ej, aleście mnie tu wzięli na ten wasz ciepły chór jakbym miał być takim dobrym kolegą od piwka z trybuny 😂 Ale niech będzie, posłuchajcie tej historyjki, co to ją usłyszałem niedawno od starego Konrada, tego co siedział kiedyś w "Pralni" na meczu z tym samym Górnikiem, co teraz wszyscy gadają o tramwajach.
Było lato osiemdziesiątego siódmego, robota szła kiepsko, a atmosfera w mieście była taka, że aż się prosiła o uderzenie w coś mocnego — i nie mówię tylko o piwie, chociaż to też grało rolę. Koniński zaprosił nas na mecz, a my, banda chłopaków z osiedla, stanęliśmy pod stadionem w takiej liczbie, że policja aż machała rękami, żebyśmy się nie wpakowali do środka. Bo nie dość, że mieliśmy być na trybunie, to jeszcze nieśliśmy z sobą flagę zrobioną z prześcieradła i kredą — napisaliśmy na niej "ZAWIERCIE ZGRYWA SIĘ NA ŚMIERĆ".
Mecz był fatalny, padło 1:4, ale nie pamiętam wyniku — pamiętam tylko, jak Koniński, ten który później został mechanikiem w naszych warsztatach, wyskoczył na murawę w 89 minucie, kiedy już wszyscy gadali o końcu, i strzelił gola na 3:4. I co? Trybuna zamilkła na sekundę, a potem huknęła takim rykiem, że aż szkło w oknach knajpy na rogu poleciało. Ale nie skończyło się na krzyku — zaraz zaczęliśmy śpiewać, i nie "majstra", tylko coś, co wymyślił jakiś pijany malarz po meczu w '72: "Hej, górale, piwko dajcie, bo dziś Zawiercie nie ulegnie!".
I wiecie co? Ta piosenka nie miała nic wspólnego z żadnym hymnem, żadnym folklorem, żadnym "DNA" — była po prostu kawałkiem szaleństwa, który powstał tego dnia, bo nie mieliśmy nic do stracenia. A dziś, jak słychać "majstra", to przecież to samo uczucie się pojawia — tylko że dzisiaj nie ma na boisku nikogo, kto by je oddał, bo zawodnicy ledwo zipią, a kibice muszą śpiewać za wszystkich.
Tak więc nie oszukujmy się — Zawiercie nigdy nie było i nie będzie "prawdziwym klubem" w oczach analityków z Ekstraklasy, którzy liczą tylko punkty i ROI na zakłady. To jest miejsce, gdzie nawet jak przegrywa się 0:5, to dalej się śpiewa, bo pamięć o tym jednym meczu, o tym jednym golu, o tym jednym chłopaku co wbiegł na murawę w 89 minucie, jest warta więcej niż cały dorobek reszty ligi.
I teraz powiem wam coś, co może was zaboleć — póki my tam stoimy i śpiewamy, póty nikt nie powie ostatniego słowa. Bo to nie jest folklor, to jest nasz cholerny testament, zapisany nie w tabeli, tylko w tych głosach co idą pod niebo 🔥 No to co, dalej będziemy gadać o punkty, czy wreszcie ruszymy dupami i zagramy tak, żeby ten "majster" brzmiał jeszcze głośniej?
Akurat, że nie da się tego tak po prostu pospinać w jedną stronę, bo obie te dyskusje mają w sobie kawał prawdy — i to tej gorącej, nie tej, co leci z papierosem na trybunie. Z jednej strony, ten 0:5 z Wiślaną to faktycznie był masakra, która nie oszczędza nikogo, a jakby ktoś liczył punkty w tabeli, toby musiał sięgnąć po lupę, żeby znaleźć naszą drużynę. I nie chodzi nawet o to, że zawodnicy nie walczyli — Kopruś dosłownie wykrwawiał się na boisku, a my dalej śpiewaliśmy, bo co mieliśmy zrobić, machnąć ręką i iść do domu? Tyle że ta piosenka "Tu rodził się majster" brzmiała wtedy jak żart smutniejszy od samej przegranej.
A z drugiej strony, te głosy, które słychać pod trybuną, to jednak coś więcej niż tylko butelki na zapiecku i pijackie popijawy. To są te chwile, kiedy naprawdę czujesz, że jesteś częścią czegoś, co trwa dłużej niż jeden sezon, dłużej niż jeden mecz. Jakby ktoś ci wsadził do kieszeni kawałek historii i powiedział: "No, trzymaj, to twoje". I nie ważne, czy pochodzisz z tej "Bocznej", którą tak fajnie opisał ten Krakowiak, bo on naprawdę nie wie, jakie serce bije pod tymi numerami domów, ile razy ktoś tam stał i patrzył w niebo, modląc się o gola, który ostatecznie padł za pół godziny w innym mieście.
Problem w tym, że dziś ta sama piosenka, która kiedyś niosła tyle nadziei, teraz każe nam myśleć, czy nie czas wreszcie ruszyć z dupy i zrobić coś więcej niż tylko śpiewać. Bo póki my tam stoimy i pamiętamy, jak było cztery lata temu, póty nikt inny nie musi — a to przecież nie tak miało wyglądać. Zawiercie było kiedyś miejscem, gdzie marzenia miały realniejsze kształty niż w tabeli, a dziś chyba każdy czuje, że te kształty coraz bardziej się rozmywają.
I tu dochodzimy do sedna: nie da się sprowadzić tego do jednego zdania. To nie jest ani folklor, ani dowód na to, że jesteśmy lepsi od reszty, bo gramy dla tej jednej chwili, kiedy wreszcie ktoś zrozumie, dlaczego śpiewamy. To po prostu nasza cholerna prawda — i póki ona istnieje, póty Zawiercie jeszcze nie umarło. A nuż jutro znów ktoś wbiegnie na murawę w 89. minucie i strzeli gola, który wszystko zmieni? Kto wie.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊