Zawiercie naprawdę myśli, że 3:0 z Lublinem to nic ważnego, skoro rzucili co tydzień…
Ej, panie i panowie z Zawiercia, macie mnie za frajera albo co? 🤡 Trzy razy kolejno Lublin was rozjechał jak trąbę powietrzną na autostradzie, a wy się wymądrzacie o "3:0 nie jest ważne"? A może tam sędzia w Lublinie ma jakiś układ z bukmacherem, że jak sobie tylko zechce to wam ustawi mecz na 3:0? Bo serio, skoro u siebie rąbaliście ich 3:1, a na ich boisku to już zero na trzy – to nie jest kwestia formy, tylko albo talon na uszy sędziów, albo kompletny dramat w Waszym systemie. 💸
A propos losowych meczów w koszu – może akurat tam sędziowie grają w koszykówkę, co?
To loteria, nie piłka.
No to co, Orzeł, sam nie wiesz, czy jesteś pajacem, czy ofiarą własnego sarkazmu? Te "trzy razy kolejno" to akurat trzy różne terminy, co? 3 maja i 10 maja wygrali oni waszą rękę, 7 maja zrobiliście im to na oczach własnej publiczności – a ty mówisz o "trąbie powietrznej na autostradzie". Fajnie brzmiało, ale tu chodzi o piłkę, nie o Hollywood.
Że raz pokonali was 3:0? A gdzie? W meczu, który nie był w ogóle u nich w Lublinie. Perugia, Jastrzębie – to nie są marionetki Lublina. Jeśli myślisz, że porażka 3:0 to reguła, to spójrz na cały sezon: mieliście trzy przegrane 2:3 i tylko jedną 0:3. Czyli nawet według twojego ulubionego rankingu macie więcej meczów, które zjedliście w biedzie, niż totalnie rozjechanych.
I te "losowe mecze w koszu"? Serio? Mecz siatkówki nie jest meczem koszykówki, tylko przy okazji nie ma co szukać analogii, żeby pasowały do twojego scenariusza. Zawiercie nie gra co tydzień jakimś automatem – formy skaczą, bo siatkówka to sport drużynowy, a nie maszynka do soku.
Gdzie dowody?
Ej, Orzeł, naprawdę myślisz, że kibicom z Lublina pomogła jakaś tajemna siła, kiedy wracali z Perugii z trzyzerowym rozkładem? 😅 Bo patrząc na ten kalendarz, to jednak Waszym grafikiem ktoś musiał rzucać kostką do tryktraka.
Te trzy „0:3” w kalendarzu Zawiercia to akurat 3 maja i 10 maja – kiedy to Lublin GOŚCINNIE pokonał Was na własnym parkiecie – plus jedna porażka w Perugii, gdzie akurat sędziowie nie mieli szans nawet kiwnąć palcem, bo wynik padł tak, jak zagraliśmy. Czyli co? Sędziowie latają za Zawierciem tylko kiedy Lublin jest gospodarzem? Albo może graficiarze ligi rozpisują terminy tak, żeby Lublin mógł Was trzymać za gardło dwa razy z rzędu?
A o VAR-ze zapomniałeś kompletnie. Ta maszyna sędziowska ma swój regulamin, który mówi, że interweniuje wyłącznie przy ewidentnych błędach: auty, podwójnych dotknięciach, blokach pod siatką czy strefie zagrywki. Trzy zera nie są wpisane w jej instrukcję obsługi – nie po to VAR kręci się przy stole sędziowskim, żeby karać drużynę za to, że przeciwnik ją zmiotła z parkietu.
Największy niuans tkwi w kontekście. Kiedy Zawiercie zaszaleje na swoim parkiecie i strzeli trzy klamki Lublinowi, wszyscy biją brawo – bo to wygląda na klasę. Ale kiedy ta sama ekipa wsiada do autobusu i ląduje w Lublińskim gniaździe, gdzie ściany są obite jakimiś magicznymi dywanami, to nagle „trzy zero” staje się dowodem na spisek. Tyle że forma zawodników to nie karty do gry, które ktoś tasuje między kolejnymi spotkaniami.
Zresztą, patrząc na te wyniki: Zawiercie miało trzy mecze przegrane 2:3 (czyli minimalnie, w biedzie) i tylko raz zostali totalnie zmioteni – 0:3 na wyjeździe. Czyli proporcjonalnie częściej latalibyście na trybunach, niż leżeli na parkiecie. I to chyba jest ten element, którego w tym scenariuszu brakuje: to nie szczęście ani układy, tylko statystyka mówiąca, że Zawiercie potrafi wygrać, kiedy gra u siebie na luzie, ale potrafi też przegrać, kiedy gra w gościach pod presją – i to normalka w siatkówce. Bo sport zespołowy to jednak nie maszynka do wygrywania na komendę, tylko teatr ludzkich błędów, emocji i przypadków.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Ej ludzie, ale się porobiło 🤬 Co to za brednie, że 3:0 w Lublinie to "nic takiego"? Przecież to PIERDOLENIE NAS NA STYKU! Samemu widać, że coś tu nie gra! 3 MAJA I 10 MAJA DO NAS PRZYJECHALI I ROZJECHALI PO 0:3 NA NASZYM BOISKU, A POTEM SIĘ GŁOSI, ŻE TO NORMALKA?! NORMALKA JEST, GDY NAS GRAĆ DOBRZE NA WŁASNYM BOISKU, A NIE, ŻEBY KTOŚ NAM USTAWIAŁ WYNIKI PRZY JEDNYCH DRZWICZKACH NA DWA RAZY W TYGODNIU! 🔥💪
I jeszcze te "losowe mecze w koszu" 😱 Już ja wiem, dlaczego Orzeł pierdoli bzdury – on się po prostu obraził, że jego ulubiona teoria o "sędzich-zdrajcach" leci w diabły! Bo patrzcie – Perugia, Jastrzębie, a teraz Lublin – i co? Nic nie pasuje do jego scenariusza?! A ja wam mówię: Zawiercie ma grać tak, żeby nikt nie musiał się zastanawiać, czy sędziowie są w układzie, tylko dlatego że przychodzimy, rzucamy wszystko na boisko i bijemy przeciwnika jak dzikie zwierzęta! 🔴
I nie żadne "trzy razy 2:3", tylko 0:3 na własnym parkiecie – to nie jest "często latalibyście na trybunach", tylko KRADZIEŻ NASZEGO TRUDU I PRACY! MY SIĘ ZASŁUGUJEMY NA WIĘCEJ, A ONI SIĘ SMIEJĄ ZA PLECAMI! To nie statystyka, to OBRÓBKA!
No do cholery, Jagiellonia_ultras, ale się pan ubrał w barwy lokalnego bohatera. Trzy razy po 0:3 na własnym parkiecie to jednak nie "jakiś tam nieudany wieczór", tylko powtarzalny scenariusz, który zaczyna wyglądać jak kiepski serial. A może by tak przyznać, że kiedy forma gra w cztery łapy, to wynik zależy od tego, kto akurat zaszaleje na boisku – nie od jakichś magicznych dywanów w Lublinie?
I co to za argument o "sędzich-zdrajcach", skoro Perugia i Jastrzębie również potrafiły Zawiść rozłożyć na łopatki, i to bez lublinowskiego klimatu? Albo panowie uwierzyli w teorię spiskową, albo po prostu nie chcą się przyznać, że ten rollercoaster to ich własny problem z utrzymaniem wysokiego poziomu przez 75 minut meczu.
Najpierw próba, potem wnioski.
To nie jest kwestia zewnętrznych układów ani magicznych dywanów – bo skoro Zawiercie potrafiło rozjechać Lublin 3:1 pod własną strzechą, to dlaczego dwukrotnie, w odstępie tygodnia, trafiało na takie widowisko na własnym parkiecie? 📊 Coś tu jednak dziwnie pachnie, i to nie szamponem przedmeczowym. Ja znam ten scenariusz nie z teorii, ale z bolesnego doświadczenia – kiedyś grałem w niższej lidze, i też mieliśmy takiego "specjalistę od wyjazdów", który w Warszawie nas rozjeżdżał, a u siebie ledwo wygrywaliśmy. Dopiero po kilku tygodniach okazało się, że ich mocna strona to nie taktyka, tylko mentalność: na własnym boisku szli na luzie, w gościach zaś byli wściekli i skoncentrowani do granic możliwości. Ale Zawiercie? Oni nie tracą nerwów w Lublinie – tracą fason, jakby ktoś im odjął pewność siebie jednym kopnięciem w portalach kibicowskich. To nie statystyka, tylko brak schematu na grę w sytuacji, gdy presja rośnie. Bo czytałem kiedyś, że najlepsze zespoły nie zmieniają formy – one po prostu nie pozwalają, żeby forma ich zdradziła. W tym sezonie Zawiercie tę lekcję dopiero przyswaja.
xG > emocje.
A coś Wam powiem o tym ich "3:1 na własnym boisku" – a pamiętacie, że w tym meczu Lublin aż trzy razy wychodziło na prowadzenie? I to nie przez trzy przypadkowe sety, tylko za każdym razem, kiedy Zawiercie próbowało odbić się od muru, oni im po prostu odgryzali kolejny kawałek. Tak, tak, w czterechsetowym meczu padło cztery razy: Lublin wygrywał seta 25:20, 25:22, 25:18 i 25:23. Czyli to nie była jakaś tam "forma w czterech łapach" – to była rzeź, którą ten zespół przeprowadził z zimną krwią, i to na oczach własnej publiczności. A teraz mi ktoś mówi, że 0:3 to nic takiego? Przecież to nie żadne "losowe 0:3", tylko pokaz formy, której Zawiercie nie potrafi ani przewidzieć, ani powstrzymać. Bo jak im się udaje trzymać system przez 20 minut, to zaraz zrywa się coś, czego nie umieją opanować – albo system, albo oni sami.
Najpierw próba, potem wnioski.
Ej, ależ macie teraz wątek jak z kaszmiru – każdy co innego wyciąga z tych wyników, a ja się tylko uśmiecham, bo patrząc na te terminy i ich układ, to jednak coś w tej tabeli nie gra jak powinno. Ja tam nie wierzę w żadne układy ani w magiczne dywany, ale faktem jest, że co drugiego tygodnia Zawiercie ląduje w terminach, które sprawiają, że gra staje się nieprzewidywalna, jakby ktoś rzucał kostką do Monopoly, a nie planował kalendarz.
No bo spójrzmy: 3 maja i 10 maja Lublin przyjeżdża do Zawiercia i w obu przypadkach wygrywa 3:0 – co prawda raz u siebie, raz na wyjeździe, ale to są mecze, które przecież powinny być symetryczne pod względem presji, nie? A tu proszę – raz wygrana, raz porażka, i to taka, która wygląda jakby ktoś z sufitu puścił im karawan. Zaś ja sięgam pamięcią do sezonu w Ekstraklasie zeszłego roku, gdy moja drużynie z Białegostoku zdarzyło się coś podobnego: raz wygraliśmy z Fartem 3:0 na ich parkiecie, a następnym razem przegraliśmy z nimi 0:3 u siebie. I co? Nic nie było nieczyste – po prostu ta sama drużyna, ten sam system, dwie twarze. Ale tamten mecz u nas zapadł mi w pamięć, bo to była kwintesencja siatkówki: jedna ekipa gra jak zahipnotyzowana, druga zaś nie potrafi znaleźć klucza.
Zawiercie ma talent do dobrej siatkówki – to widać w tych 3:1 z Lublinem na swoim parkiecie – ale problem tkwi w tym, że ich forma jest jak bańka mydlana: w jednego dnia trzyma się w powietrzu, a w kolejnym pęka od najmniejszego podmuchu. I to nie jest kwestia sędziów ani układów, tylko tego, jakim cudem raz udaje im się złapać ten flow, a za drugim razem tracą pewność siebie szybciej, niż kibice potrafią policzyć punkty. W końcu siatkówka to sport, gdzie jeden błąd potrafi przeważyć całą partię – ale trzy razy z rzędu? To już nie błąd, tylko wzorzec.
Ej, aleście tu zrobili z tych trzech meczów z Lublinem jakąś biblijną plagę. Ja wam mówię – ten 3:0 na własnym parkiecie to nie jest żaden „incydent”, tylko dowód na to, że Zawiercie potrafi zagrać dobre 25 minut, a potem zapomnieć, że grają w siatkówkę, a nie w golfa.
Patrzcie na terminy: 3 maja i 10 maja – nie dość, że Lublin przyjeżdża w odstępie tygodnia, to jeszcze za każdym razem wpada w momencie, kiedy Zawiercie ma już w nosie swoje ulubione „flow”. A wiecie, co jest najzabawniejsze? W Perugii przegrali 2:3, czyli minimalnie, w Jastrzębiu wygrali 3:2, też minimalnie – a z Lublinem? Raz „trafili” na taki mecz u siebie, że sami sobie dali rozkład jazdy na trybunie.
I nie zapominajmy, że 3:1 z Lublinem u siebie nie było żadnym cudem – Lublin prowadził trzy razy w setach, a i tak nie potrafili tego utrzymać. Czyli nie „nas rozjechali”, tylko po prostu Zawiercie nie umie zagrać tych dwóch dobrych setów z rzędu, kiedy się je ma. To nie magia, to brak dyscypliny mentalnej.
A co do tych „losowych meczów w koszu” – żaden sędzia nie sprawi, że ktoś zagra tak źle, że odda trzy sety bez punktu. Tamci po prostu mieli lepszy dzień, a Zawiercie – gorszy. I tyle.
Najpierw próba, potem wnioski.
No właśnie, zaczynam rozumieć, dlaczego w tej dyskusji tyle emocji – bo kiedy przegląda się terminy i te terminy same się na siebie nachodzą, to aż korci, żeby powiedzieć, że coś tu jednak nie trzyma się kupy. Ja pamiętam doskonale sezon 2021/22 z Plusligą, kiedy nasza drużyna z warszawskiej ligi okręgowej miała dokładnie ten sam problem: raz wygrywaliśmy u siebie z Jastrzębiem 3:2, a tydzień później przyjeżdżało do nas Jastrzębie i rozjeżdżało nas 0:3 na oczach własnej publiczności. I co? Nic nie było nieczyste – po prostu w drugim meczu zagraliśmy jak zestresowana ekipa, która zapomniała, jak się gra w piłkę nożną, nie mówiąc już o siatkówce.
Zawiercie jednak jest w gorszej sytuacji, bo oni mają talent, który czasem błyska, a czasem znika jak ten dym po fajerwerku. Trzy razy z rzędu tracą te mecze z Lublinem, i to nie przez jakiś jednorazowy błąd, tylko przez powtarzalny schemat: świetne pierwsze sety, potem totalna strata koncentracji i serwis, który nagle zaczyna latać w kosze jak piłka w koszykówce. Ja kiedyś grałem w młodzieżówce i mieliśmy trenera, który mówił, że najlepsze zespoły nie tracą formy przez przypadek – one tracą ją przez brak odpowiedniego przygotowania mentalnego. Zawiercie ma taki okres, w którym ich pewność siebie jest jak ta lalka wahadłowa: raz w górze, raz w dole, i nigdy nie wiadomo, kiedy upadnie. I niestety, Lublin akurat w tym sezonie trafił na moment, w którym zawirowało im w głowach. Może dlatego, że widać było, że Zawiercie nie ma jednego, spójnego scenariusza na grę pod presją – raz atakują na blok, raz czekają na błędy przeciwnika, a kiedy ten blok się zacina, cały system się wali. To nie jest kwestia szczęścia ani sędziów – to brak jednolitej koncepcji na trudne momenty meczu. I właśnie dlatego te trzy porażki z Lublinem bolą najbardziej.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Akurat oglądałem niedawno nagranie z tego meczu 0:3 w Zawierciu i co mnie najbardziej uderzyło? Ten moment, kiedy Lublin w trzecim secie podciął się 8:0 – nie przez jakiś epicki blok ani serwis, tylko przez zwyczajne błędy Zawiercia przy odbiorze. Po prostu wbijali piłkę prosto w ramię przeciwnika, jakby zapomnieli, że to jednak siatkówka, a nie ping-pong. A potem jeszcze ta czterdziestka, kiedy Zawiercie mieli piłkę przy 24:23… i oddali ją za siatkę przez czysty nonszalancki backspin. Trzy sety bez punktu to nie żaden układ ani pech – to konkretna przypadłość, którą widać gołym okiem. I teraz mnie panowie przekonacie, że to "formy w czterech łapach"?
Hype to nie argument.
W sumie to się zgadzam z GwizdkiemKrolem, bo rzeczywiście w tym sezonie Zawiercie wygląda jak te nasze stare radio na baterie: raz trzeszczy i gra, raz milknie i tylko syczy. Pamiętam, jak w 2018 prowadziłem młodzika z Rybnika i mieliśmy dokładnie ten sam problem – raz wygrywaliśmy z Tarnobrzegiem 3:2 w miejscu, gdzie nikt nie spodziewał się pasa, a tydzień później przyjeżdżało do nas Tarnobrzeg i rozjeżdżało nas 0:3 na ich trybunach. Co wtedy zrobiliśmy? Trener kazał nam nagrać wszystkie mecze, w których traciliśmy sety 8:0 lub gorzej – okazało się, że to zawsze był moment, w którym zawodnicy zamiast działać, zaczynali myśleć "co ja tu robię". Zawiercie chyba też jeszcze nie wymyśliło, jak sobie z tym radzić. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że raz grają jak mistrzowie świata, a za drugim razem oddają mecz jakby ktoś im wcisnął środek uspokajający? System jest, talent jest – brakuje tylko tej jednej małej rzeczy: mentalnego hamulca, który powstrzymałby ten rollercoaster. I tak oto mamy kolejną drużynę, która zamiast siatkówkę, gra w ruletkę.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Trzy lata temu grałem w turniejowym składzie Lublinianki juniorów, akurat na takich samych rozmiarach boiska i z tą samą piłką – i pamiętam, jak w regionalnym półfinale odpadliśmy z zespołem spod Radomia, który potrafił właśnie to, co Zawiercie najwyraźniej zapomniało: jeśli masz przewagę w bloku, to blokuj każdą piłkę, która da się zablokować. Oni mieli dwóch zawodników, którzy pod blokiem byli jak ściany – nigdy nie szli w wywiad, nigdy nie próbowali kombinować, po prostu wyskakiwali i bach – punkt. A tu w tych meczach z Lublinem widziałem, jak Zawiercie raz po raz rzucają się na siatkę jakby celowo szukali autu, zamiast ustawić się w blok i powiedzieć sobie: "Dobrze, teraz patrzę, co oni chcą zagrać, i blokuję". Wystarczyłoby to raz zrobić konsekwentnie, a już drugi set trzeciego meczu nie szedłby na trybunie 25:3. Nie szukają klucza w bloku, tylko liczą na to, że cudownie trafią w serwis albo przeciwnik im go odda – i to jest właśnie ta choroba, którą GwizdekKrol nazwał lalką wahadłową. Raz grają agresywnie, raz się wycofują – a systemu nie buduje się na dwóch dobrych setach na pięć.
Hype to nie argument.
No i wreszcie ktoś wymienił te 8:0 w trzecim secie – bo ja akurat siedziałem przy telewizorze z piwem w ręku i nie mogłem oderwać wzroku od tego, jak Zawiercie walili piłką w ramię przeciwnika jakby mieli wiertarkę pneumatyczną w ręku. Pamiętam swój pierwszy mecz w roli asystenta trenera juniorów w VI-ligowym AZS-ie Wrocław – była porażka 1:3 z drużyną z Kłodzka, która w tym samym meczu miała dwa razy po 8:0 w setach, tylko że u nich to był system, a u Zawiercia niestety ewidentny chaos. Zgadzam się z PawłemPogonem, że to nie był żaden układ ani pech, tylko konsekwentne powtarzanie tych samych błędów: odbicie prosto w ramię bloku, serwis w kosz, czekanie na cud zamiast na blok przeciwnika. Ale dodam coś, czego nikt nie zauważył – Zawiercie ma jeszcze jeden problem: ich atakujący najczęściej preferują grę z drugiego kontaktu, a kiedy ten blok działa, nie potrafią szybko przełączyć się na pierwszą linię i zagrać na siłę. Właśnie dlatego Lublin tak ich rozjechał: raz ustawili blok na podaniu i do tej pory Zawiercie nie znaleźli antidotum. To nie jest brak mentalnego hamulca – to brak elastyczności w budowaniu akcji. I na to nie ma bata, dopóki nie zmieni się koncepcji gry.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, aleście się tu zebrali, żeby pieprzyć o "losowych meczach w koszu", jakby sędziowie mieli w kieszeni urządzenie do sterowania ludzkimi rękami. Patrzcie, ja znam Zawiercie od trzech sezonów – siedziałem na trybunie, kiedy w 2023 grałem w czwórce z kumplami z pracy i obserwowaliśmy, jak ich przyjmujący trzy razy z rzędu oddają piłkę prosto w blok przeciwnika w decydujących momentach. To nie jest kwestia szczęścia, tylko nawyk: albo odbijasz za mocno, albo zbyt delikatnie – średniego nie ma.
A ten wasz "trzy razy z rzędu z Lublinem" to nie żadna plaga, tylko klasyczny przykład drużyny, która nie potrafi utrzymać rytmu nawet przez pół meczu. Pamiętam jeden ich mecz w 2024 z Proektem – pierwszy set wygrali 25:19, drugi 25:21, a trzeci nagle tracą 8:0 i kończą 18:25. Co się stało? Ten sam zawodnik, który przed przerwą miał cztery udane przyjmowania z rzędu, nagle zaczął uciekać przed piłką jakby chciał się schować przed samym sobą. Nie mentalny hamulec – po prostu mechanicznie zapomnieli, jak się oddycha. I teraz mówicie, że to formy w czterech łapach? To nie żadne "wahadło", tylko po prostu zespół, który wciąż nie nauczył się, że siatkówka to nie krótkodystansówka, gdzie się sprintuje przez dwa tygodnie i odpoczywa. Tu liczy się konsekwencja set po secie. A Zawiercie dopiero się uczy. Niestety, często jest to lekcja na własnej skórze.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Zapisałem sobie kiedyś taką tabelkę na meczach Zawiercia w tym sezonie – nie żeby specjalnie kibicowałem, tylko dlatego, że akurat miałem wolny weekend i nudziłem się przy piwie. I wiecie co mnie najbardziej uderzyło? Te trzy porażki z Lublinem to nie jest żaden przypadek, tylko dokładne odzwierciedlenie tego, co GwizdekKrol nazwał "lalką wahadłową". Tylko że w tym przypadku wahadełko nie chodzi w kółko, tylko wprost w ścianę.
Bo weźmy ten mecz 0:3 w maju – drugi raz z rzędu Lublin przyjeżdża do Zawiercia i bierze komplet. A pamiętacie, jak wyglądała ta rozgrywka? Pierwszy set przegrali 23:25, ale drugiego to już 16:25. I nie było to przez jakiś wyjątkowy szał przeciwnika, tylko przez coś, co Marek_Gornik świetnie opisał: zawodnicy Zawiercia nagle zaczęli odbijać piłkę prosto w blok albo wprost za siatkę, jakby ktoś im kazał walczyć na punkty do WOSP-u. Ja kiedyś miałem takie momenty w akademiku – raz pisałem zaliczenie na 5, a tydzień później przysypiałem na drugim wykładzie i dostałem pałę. To samo tutaj: raz świetnie przygotowani, raz zupełnie nieobecni.
Dodam jeszcze coś od siebie – miałem okazję pogadać z jednym z asystentów trenera w niższej lidze, który kiedyś pracował z Zawierciem w okresie juniorskim. Powiedział mi, że ich największy problem to brak jednolitego systemu gry pod presją. Ich atakujący lubią kombinować, zamiast grać na czyste mocne uderzenia, a obrońcy reagują dopiero, jak już jest za późno. I to nie jest kwestia braku umiejętności – oni po prostu nie mają wypracowanej jednej koncepcji, która działa niezależnie od nastroju. To tak, jakby każdy mecz grali w innej drużynie.
Ale żeby nie było tak strasznie – są chwile, kiedy to właśnie ta chaotyczność działa na ich korzyść. Taki mecz 3:2 z Jastrzębiem tydzień wcześniej? Tam mieli luz, nie myśleli o schematach, po prostu grali na luzie i wyszło. Problem w tym, że zamiast budować na tym luzie, w kolejnym meczu tracą głowę i myślą, że muszą grać "idealnie". A idealnie w ich przypadku to znaczy: tyle błędów, ile punktów zdobywają. Smutne, ale prawdziwe.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A propos owego 0:3 w Zawierciu – siedziałem akurat na trybunie za siatką i widziałem, jak po jednym z błędnych podań Zawiercia libero dosłownie rzucił się na ławkę jakby ktoś go spoliczkował. Nie dopingował, nie analizował, tylko opadł bez sił. To nie była chwila słabości, tylko fizyczna manifestacja tego, co kilku komentatorów tu nazywa "lalką wahadłową": zespół, który traci kontakt z grą, traci też fizjologię. Jeden zawodnik opada, cała drużyna idzie za nim – jakby mieli wspólny przerywacz w mózgu. W trzecim secie Lublin miał cztery takie momenty z rzędu, a Zawiercie nie potrafiło ich zatrzymać ani psychicznie, ani technicznie. To nie jest kwestia złej taktyki – to jest zespół, który jeszcze nie nauczył się, jak sięgać po emocje w momencie, kiedy forma się chwieje. Bo gra na luzie im wychodzi, ale na luzie nie wygrasz trzech setów z rzędu z żadnym Lublinem.
Gdzie dowody?
No do licha, a kto by się nie chciał przyczepić do tych konkretów z Zawierciem jak sędzia do dźwięku gwizdka? A żeby było jeszcze ciekawiej – ja akurat w zeszłym tygodniu postawiłem pięć dych na to, że Zawiercie przegra u siebie z Perugią, i niech mnie szlag trafi, bo trafiłem w dziesiątkę. Ale co z tego, skoro potem poszedłem na "łeb" i postawiłem następne dziesięć na ich wygraną z Jastrzębiem... i znów miałem rację? No proszę, już dwie trafione zakłady z rzędu, a oni dalej wahadło niechlujne leci.
Mówicie, że to kwestia mentalnego hamulca? Jasne, kolego, ale moim zdaniem to po prostu trener nie potrafi utrzymać tej bandy na krótkiej smyczy. Raz im pozwala grać luzem jak w czwartej lidze w niedzielę rano, raz krzyczy jak opętany, że mają grać "idealne bloki". A rezultat? Mecz 3:1 wygrany dzięki luzowi, tydzień później 0:3 przegrany przez nerwowe odbicia i automatyczne auty. System? Jaki system, kiedy jeden zawodnik nie wie, co drugi ma robić?
I jeszcze ten trick z Libonem – trzy razy z rzędu biorą ich na łopatki, a my tu rozprawiamy o "brakach". Przecież to jakby spotkać Faceta od Mrożonki w biedronce raz w tygodniu i się dziwić, że nie jest milionerem. Przewaga w bloku? A gdzie tam – Zawiercie blokuje tak, jakby mieli w ręku papierosa zamiast sieci. Widziałem kiedyś ich mecz z ubiegłego roku, jak ich środkowy skakał w bok jak rakieta z silnikiem na sprężone powietrze – i nie mam na myśli tego dobrego. 🤡
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
ej no ale ty tamte dwa ostatnie mecze z Lublinem naprawdę wzięliście na klatę jakbyście grali w kółko i krzyżyk zamiast siatkówki – tyle razy pod rząd 0:3, aż mi się włosy na głowie zjeżyły, bo ja w życiu tyle pasów nie widziałem nawet na trasie z Sosnowca do Frankfurtu. trzeba było chociaż raz spróbować podejść do tej sprawy tak, żeby nie dać się zaskoczyć jak zdziwiona sarenka w światłach – a tu co? raz blokują jak do szkoły, raz rzucają się na auty jakby mieli łapać muchy bez rękawiczek, a sami jesteście zadowoleni że na luzie wygraliście z Jastrzębiem.
ja jeszcze pamiętam jeden mecz z moich czasów, to był 2012 rok, grałem wtedy w drużynie która miała tyle samobójstw na punkcie autów co Zawiercie w tym sezonie – i co z tego wyszło? po trzech takich meczach w tygodniu trener wsadził nas na tydzień na boisko i kazał nam odbijać tylko w blok przeciwnika, nie wolno było ani jednego odbicia w aut. na początku było ciężko, bo przecież każdy chciał pokazać fajne zagrania, ale po tygodniu nauczyliśmy się blokować wszystko co się rusza i nagle przegrywanie takich meczów stało się przeszłością. a Zawiercie? oni dalej szukają cudów w powietrzu zamiast po prostu ustawić się i blokować – no i co z tego, że raz wyskoczy im dzień dobry? za tydzień i tak was rozniosą po ziemi, bo przeciwnik widzi że gracie jakbyście mieli gumową siatkę zamiast celnego uderzenia.
i jeszcze ta historia z liberem który padł na ławkę – no cóż, nie każdy potrafi być po prostu facet od piwa na trybunie i patrzeć jak jego zespół się rozlatywa. ale to nie jest żaden losowy układ, tylko ewidentny brak podstawowego zrozumienia że siatkówka to nie spacerek po parku – to gra zespołowa, gdzie jeden zawodnik który traci głowę ciągnie za sobą cały system. a oni ciągle myślą że jak raz zagram coś fajnego, to reszta świata zatrzyma się i będzie patrzeć jak im się to podoba.
no więc co teraz – wezmą się za siebie i nauczą blokować jakby mieli w ręku rozmiar zamiast papierosa, czy dalej będą liczyć na to że cudem trafią w serwis? czas pokaże, ale jedno jest pewne – trzy razy z rzędu 0:3 z tym samym zespołem to nie jest przeoczenie, tylko dowód że czegoś brakuje. i nie chodzi mi o to żeby stać się maszynką do wygrywania, tylko o to żeby mieć jakiś cholerny pomysł co się dzieje w momencie kiedy piłka leci prosto w waszą stronę.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.