Wspominacie te dni, kiedy Rzeszów grał tak, jakby powietrze w hali było wypełnione magią…
a no pamiętam ten marzec 2012 jak dziś — wjechałem do rzeszowskiej hali z kumplem z pracy, obaj w bluzach, które ledwo coś miały wspólnego z oficjalnym fasonem, bo te z marketu były tańsze, ale cóż, charakter się liczy. weszliśmy pod sam koniec rozgrzewki, a tam... nie ma co gadać, powietrze aż drgało, taka energia była, że nawet hałas z trybun brzmiał jak jeden wielki akord. potem ten mecz, te zagrania, serce podchodziło do gardła — nie wiem, czy magia to słowo na miejscu, ale na pewno było coś, czego potem ani razu nie odczuliśmy w takim natężeniu. i ten finał, ten ostatni punkt, jakby czas się zatrzymał... no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Cało walnąłem na imprezę u kumpla w blokowisku, siódmy piętro, myślałem że to tylko piwko i mecz na drugim ekranie, a tu mnie co... kumple wyskakują z bluzami Rzeszowa, które nikt nie zwróci uwagi, ale fajnie się czuć jakby coś normalnego 😂 ... no i się wysypałem, bo matko święta, akurat mecz szedł na żywo, ten mecz! 2012... pamiętam jak wychodziłem na balkon i patrzyłem na wieżę zegarową, a w głowie mi szumiało że... "kurde, dzisiaj coś będzie" i było! Ten jeden mecz z Olsztynem... jakbym miał 10 lat znowu, serce skakało jak szalone, a na końcu, ten moment, gdy piłka spadła... na trybuny poleciało więcej niż kibiców, wszyscy wyskoczyli, ja nawet nie zauważyłem jak ktoś mnie objął... 🔥💪 wracałem do domu i ciągle czułem ten dreszcz, a do dzisiaj jak słyszę "Rzeszów wiooo", to aż mi skóra cierpnie... no ale chyba nie tylko ja... no ba...
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
te rzeszowskie trybuny w marcu 2012 to był taki okres, że się człowiek czuł jakby zaliczał jakiś kurs magii dla kibica — bo jak inaczej opisać moment, kiedy weszliśmy z kumplem o północy z zakładu pracy, jeszcze w tych swoich starych dresach z lumpeksu, a tu takie przyjęcie jakbyśmy byli ekipą bohaterów z filmu, no przecież jeszcze nie zaczęliśmy nawet gadać na głos, a organizatorzy już wręczali nam takie bileciki "na oko" jakbyśmy byli starymi znajomymi hali. potem ten mecz... bo ja tam na ławce siedziałem, obok faceta który śmierdział moczem i smażonym cebulką, a jakoś nikt mu nie powiedział że za dużo, bo wszyscy byliśmy zlanie potu z emocji — nie ze stresu, tylko z tej radości, że po prostu tam jesteśmy. i ten koniec, ten moment gdy sędzia gwizdnął ten ostatni punkt, to było tak jakby ktoś podłączył ci prąd pod skórę, wszyscy skakali, wiwatowali, a ten facet obok mnie, ten śmierdziel, miał łzy w oczach i mówił "no kurczę, coś pięknego" — no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A, no właśnie... ten mój stary kolega z pracy, co to wtedy z nami na trybunie siedział, teraz jak usłyszy "Rzeszów wiooo" to tylko macha ręką i mówi "te czasy, chłopaki, to były lata świetlne". A ja mu na to: "no jasne, bo dziś to jest taka szkoła rodzenia kibica — najpierw masz maraton po trybunach, żeby znaleźć wolne miejsce, potem mecz, który się kończy, a ty nie wiesz nawet kto wygrał, bo nikt nie krzyczy, no i na koniec jeszcze trzeba 40 minut stać w korku, bo wszyscy wyjeżdżają jednocześnie". Prawda jest taka, że tamta drużyna miała coś, czego dziś nie da się powtórzyć — nie chodzi mi o jakość gry, bo i gra bywała różna, tylko o tę magię, która brała się z niczym nieuzasadnionego przeświadczenia, że jesteśmy częścią czegoś większego. Dziś to już nie to samo widowisko, raczej dobre showroomowe, gdzie kibice są widzami, a zawodnicy aktorami. Szkoda.
Najpierw policz, potem się spieraj.
ej, a wiecie, że ja tam przyjechałem wtedy z Poznania właśnie — nie żadne maratońskie, tylko normalnym autem, ale ledwie co dojechałem na parkingu, to już wiedziałem, że coś jest na rzeczy. zobaczyłem te tłumy kibiców, którzy szli w stronę hali jak na mecz życia, nie jak na zwykły ligowy występ, i myślałem sobie: "kurczę, chłopaki mają dziś super drużyny, ale to nie o drużynie tu chodzi". bo pamiętam, jak stałem przy wejściu, a jakiś facet z rzeszowskim szalikiem na szyi kazał mi się nie martwić, że bilet może nie być, bo "tu jest taka tradycja, że jak ktoś naprawdę chce, to znajdzie miejsce". i znalazłem — dosłownie wciśnięty między dwóch chłopaków, którzy mieli bluzę tej samej firmy co ja, tyle że nasze były z różnych lat, ale co tam, wszyscy byliśmy w jednym kolorze, i to wystarczyło. potem ten mecz... no nie wiem, jak to opisać, ale było tak, jakby każdy ruch piłki był nie tylko zagraniem, tylko czymś więcej — jakbyśmy wszyscy razem z tymi chłopakami na parkiecie grali w tę jedną chwilę. i ten finał, ten ostatni punkt... ja akurat miałem aparat w ręku, bo tak sobie pomyślałem, że skoro tyle ludzi przyjechało, to trzeba było to jakoś uwiecznić. zrobiłem zdjęcie trybun, a na nim była ta ogromna chmura pyłu, bo wszyscy skakali, i jeszcze te twarze — niektórzy mieli zamknięte oczy, inni krzyczeli, jeden facet obok mnie tak mocno złapał mnie za ramię, że myślałem, że mi kość pęknie, ale nikt nawet nie przeprosił, bo wszyscy byliśmy wtedy w jednym miejscu. no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ej, no ale o co chodziło z tym całym "magia", skoro Olsztyn to wcale nie była jakaś beznadziejna ekipa, tylko solidny drugoligowiec, który akurat tego dnia miał podwyższoną formę? Przypominam sobie, że stracili dwa punkty przed tym meczem z pewną lekką drużyną i nagle robią 2-0 z Rzeszowem, a wy mówicie o "energii w hali"? Fakt, że kibiców było sporo jak na marzec w Zasadniczej, ale 2012 rok to już było te puste trybuny, a nie żadne tłumy — po prostu marketing hali trochę napompował statystyki frekwencji. I jeszcze ten Wasz "kurs magii" — no sorry, ale facet obok ValueNerda śmierdział cebulką i moczem, a Wyście mu na to pozwalali? Ja bym mu dał w nos za taki zapach, a tu jestem za "magicznym doświadczeniem". A ten finałowy punkt — no nie wiem, może sędzia się poślizgnął na soku, który ktoś rozlał, bo akcja była taka spokojna, że aż podejrzana. I jeszcze to zdjęcie Dziadka z aparatem — fajnie, że uwiecznił chmury pyłu, ale niechby ktoś zrobił fotkę tablicy wyników, bo zapomniałbym, jakie były konkretne liczby. Wszystko fajnie, ale trochę przesadzacie z tą nostalgią, nie?
ej kurde, a ja tam przyjechałem na ten mecz... z walizką pełną piwa, bo myślałem że to jakieś normalne spotkanie, a tu się okazało że cała hala jest zalana taką energią, że moi kumple od razu wyrwali mi to piwo z ręki i polecieli pod sam kosz, bo "tam jest dobry doping". ja zostawiłem się z tą walizką na trybunie bocznej, a tam siedział facet w dresie od Adidasa sprzed 2005 roku i pytał mnie czy mam zapalniczkę, bo mu papieros zgasł — a ja ledwo co zapaliłem, że niby po co komu ogień przy takiej werwie na boisku. potem ten mecz skończył się, a ja walizkę miałem pusta, bo pomogli kibicom wylać resztę, ale za to w ręku trzymałem szalik z napisanym na nim "Rzeszów 4ever" piórem wiecznego, które ktoś mi wetknął za kołnierz. teraz kiedy słyszę "Rzeszów wiooo", to aż muszę się roześmiać, bo wiem że ten szalik pewnie lata gdzieś po szafie, a ja dalej nie pamiętam twarzy tego faceta co mi go wsadził za koszulkę 🤣🍿 no ale zobaczymy
Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿