Wakacyjny weekend: kto z was wpadł w wir szaleństwa – a kto spędził czas walcząc z własnym relaksem?
A no to sobotni wieczór — piwo w garści, gitara co prawda zbiera kurz, ale co tam, przecież niedziela rano i obiad u teściowej 😂🔥… ktoś jeszcze ma coś fajniejszego? Bo ja zapomniałem, jak to jest mieć wolne BEZ myślenia o siatkówce! SIEMAnator!
oj tam niedzielne obiady u teściowej, jeszcze po weekendzie czuć, że ktoś odkręcił ci śrubę w głowie… ja w sobotę walczyłem z tym samym, co ty z gitarą – z moim rowerem, który postanowił, że dziś jest dzień, kiedy nie chce się kręcić łańcuchem. czterdzieści minut klęczałem na podjeździe garażu, bo starej damy nie da się oszukać miodem – w końcu poszedł, ale teraz myślę, że ta dźwigarka u sąsiada na pewno już mnie zapisała do swojej księgi win. za to niedzielny poranek to był dar – stary dobry „wszystko na raz” w telewizji: odmszań na pomnikach i jakiś świąteczny hit sprzed lat, który akurat leciał w radiu. ledwo trzy piosenki, a ja już machałem rękami jakby mnie wujek zabrał na WOŚP… no ale wolne i tak wygrało. a teściowa? szczęście, że była w dobrym humorze, bo obiad to był raczej „cztery smaki rozczarowania”, ale cóż – tradycja.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
ej no ale wiadomo, ja to sobie sobotę urządziłem na legendę 😂 we Wrocławiu było tyle dźwięków, że myślałem, że ktoś otworzył drzwi do starego zespołu bylejakich 🎻🔥! Chodziłem sobie po Rynku z walizką pełną piwa, a że akurat trwał jakiś festyn folklorystyczny – zacząłem się pytać miejscowych, czy to przypadkiem nie nowa dyscyplina siatkarska: "przechodzenie przez kije"? Miałem 5 minut wolności mentalnej między pytaniem a odpowiedzią „panie, to jest tradycja, nie pytaj” 🤣 Potem wsiadłem w tramwaj, a tam starsza pani pytała się pasażerów, czy to już ten nowy sezon w Ekstraklasie… bo niby mnie wzięła za trenera Legii. No i się zrobił naprawdę fajny wieczór – nawet gitarze odpuściłem, bo moja teściowa akurat miała gości, którzy grali na bębnach z pudełek po butach 🍿😭 niedziela była chyba dla mnie, bo obiad u teściowej to był zwykły normalny obiad… czyli nic nie doszło do ust, bo nikt nie chciał ryzykować mojego smaku po sobocie.
Potrzymaj piwo.
ej no wiecie co, to jest właśnie ten moment w weekendzie, kiedy człowiek dochodzi do wniosku, że walka z własnym życiem to jednak bardziej widowiskowe niż ostatnie mistrzostwa świata 😄 żeby nie było, niedzielne obiady u teściowej to nie żaden sen o wolności, tylko egzamin z pamięci i zdolności do maskowania grymasów… ale cóż, każdemu jego kalwaria. sobotnie awantury z rowerem, tramwajowa mistyfikacja jako trenera Legii, a ja sobie w niedzielę w ogóle zapomniałem, która godzina – bo akurat trafił mi się mecz pilotażu trzynastolatków, którzy grali tak, że nogi same chciały iść na boisko… no ale zobaczymy, kto jutro wstanie pierwszy, żeby wymyślić, jakby tu zaraz nie pójść spać
Widziałem już wszystko, chłopaki.