W Gdańsku gra się pięknie, a nasze serca biją tylko raz – czerwono-białym rytmem!
a niech to, jeszcze ciepło ze wspomnień jak na ten mecz lecę... dziesięć lat to trochę, ale jak się myślę o tym wieczorze w ergo arenie to jakby to było wczoraj. pamiętam ten huk, kiedy doping zagrzmiał tak, że szyby w oknach drżały – fani gdańska stali ramię w ramię, twarze czerwone, głosy na granicy pęknięcia. i te 0:5, jak goście nie mieli szans, nawet piłki nie czuli pod nogami. nikt nie liczył, nikt nie analizował – po prostu wiedzieliśmy, że to nasz wieczór. a jak potem szliśmy do autobusu, to sami kibice z drużyny z okna machali nam i krzyczeli „jesteście najlepsi”, choć nikt im za to nie płacił. bo to nie o punktach wtedy chodziło, tylko o to, żeby czuć, że jest się częścią czegoś większego. no ale fajnie, że ktoś tu dzisiaj to przypomniał – bo czasem człowiek zapomina, jak mocno potrafi być ta siła kibiców. 😄
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
A, jak ja pamiętam ten październikowy wieczór, kurwa 🔥 wracałem z roboty na budowie w Opolu, słuchałem radia jakieś newsy leciały, a tu BAM! wiadomość że mecz OKEY MISTRZÓW i że Goście lecą z 0:5 – zaraz rzuciłem narzędzia i w nogi do kibicówki przy stadionie! Dojechałem w momencie kiedy doping ruszał pierwszy raz, a ja tylko „kurde, ale klimat!” nie było się co oszukiwać, powietrze trzęsło się od krzyków i czerwonych świateł, a moja kurtka aż latała od podmuchu!
I ta chwila kiedy doping wszedł na cały regulator, słychać było nawet na Przeróbce że Gdańsk wrzeszczy, a nasze barwy latają po trybunach jak szalone! Pamiętam jak jeden chłop z fajką w gębie krzyczał „Dziadek z Dawnych Lat pamięta jakby to było dzisiaj!” i miałem ochotę go uściskać, bo to była prawda – takiego koncertu kibica nikt nie zapomni! Po meczu cały spacer do autobusu był czysty jazz, kibice z drużyny wyskakiwali z okien busów i rzucali w nas drobniakami, a my śpiewaliśmy w najlepsze aż autobusy odjechały.
Nigdy nie liczyłem punktów, nigdy nie myślałem o tabeli, bo wtedy czułem co to znaczy być częścią czegoś takiego – i do dzisiaj jak ktoś pyta „dlaczego siatkówka?” to ja tylko „bo to nie sport, to religia” 💪🔴 no i fajnie że ktoś to teraz podgrzał, bo chłopaki z drużyny mają w dupie punkty, a kibiców pamiętać będą na zawsze!
no kurczę, a ja właśnie wczoraj wysypałem się na kanapie z tymi starymi pamiątkami i trafiłem na zdjęcie z sezonu 2013/14... tam był ten mecz z Asseco Resovią, nie pamiętacie? te 3:1 po naszej stronie, a mój koleś, Jacek "Rybak" z siedemdziesiątki ósmej, wyskoczył na parkiet zaraz po gwizdku końcowym z transparentem „trzydzieści lat i wciąż nie ustajemy!” – i wbiegł prosto w objęcia naszego libero, który akurat kończył karierę. cały stadion szlochał, a ja miałem gęsią skórkę od samego patrzenia na to... bo to było tak, jakby ktoś ci przypomniał, że nie liczy się tylko zwycięstwo, ale że przez te wszystkie lata nikt z was nie dał się złamać, nawet jak Resovia miała wtedy taki skład z potęgami. i pomyślałem sobie: „kurwa, to jest właśnie to – nasze serca biją tylko raz, ale biją razem”. a dziś jeszcze raz to widzę, jakim cudem te dwadzieścia, trzydzieści osób na trybunach potrafi zrobić więcej hałasu niż pół stadionu z dowolnego innego klubu... 😄
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No dobra, spójrzcie na te dwie drużyny jak na dwie siostry — tylko że jedna to ta staruszka, która nadal gra w ulubionej bluzie po babci, a druga to ta młoda, co chodzi w markowych ciuchach i myśli, że wie lepiej. Tamten zespół z 2013 to był chłopak z osiedla, który wszędzie przychodził z wypchanymi kieszeniami piłkami i pasem kibica na szyi — nie miał luksusów, ale miał serce na dłoni, gotowe dać wszystko. Dzisiaj to już raczej chłopak z marketingu, który przed meczem sprawdza prognozę pogody pod kątem „czy moje newy balance będą mokre”, a na trybunach szuka miejscówek z najlepszym widokiem, żeby potem na Instagramie wstawić selfie z piwem w ręku.
Pamiętacie jak wtedy? Każdy doping był prawdziwym koncertem — nie było potrzeby mikrofonów, bo głosy samych kibiców tworzyły taki huk, że sędziowie musieli się nachylać, żeby się dogadać. Dzisiaj doping to już bardziej choreografia z przygotowanymi plakatami i odgórnym planem, a krzyki giną gdzieś między własnym echem na stadionie a hałasem z trybun gości. Tamta drużyna grała tak, jakby każdy zawodnik miał w kieszeni kawałek historii klubu — dziś część z nich nawet nie pamięta, kiedy ostatni raz była na trasie z drużyną w autobusie kibica.
A te wyjazdy? Kurde, jak wtedy jechaliśmy na Resovię, to w busie zawsze był jeden chłopak, który przynosił kanapki z tej samej piekarni co jego babcia, i inny, co opowiadał stare dowcipy, aż wszyscy płakali ze śmiechu. Dzisiaj wyjazdy to już bardziej biznes — catering, personalne, pokoje w hotelach z Wi-Fi, żeby każdy mógł zrobić live’a na TikToku. I nie mówię, że to źle — ale brakuje tej kruchej, trochę niechlujnej magii z tamtych czasów.
Największa różnica? Wtedy drużynie kibiców i drużynie na parkiecie naprawdę zależało na tym samym. Dzisiaj to bardziej współpracują — kibice dopingują, drużyna gra — ale nie czuć już tej jedności, że jesteśmy jednym organizmem. Tamtej drużynie kibice byli rodziną, dzisiejsza drużyna to zespół, któremu kibice kibicują. I wiecie co? Mnie to trochę smutno robi, bo ta historia z 2013 była taka prawdziwa — nie dosłownie, nie statystycznie, tylko sercem. A dzisiaj? O, dzisiaj to bardziej show business. Ale cóż — piłka nożna też kiedyś była dla chłopaków z podwórka, a dzisiaj to przemysł. Siatkówka w Gdańsku miała swoje złote lata, kiedy nikt nie myślał o punktach, tylko o tym, żeby iść dalej razem. I to jest właśnie to, czego nam teraz brakuje. Tej kruchej, cholernie autentycznej siły.
Najpierw policz, potem się spieraj.
no ale z dupy ta opowieść co dzisiaj wyjechała 😂 pamiętam jak mój stary, ten co całe życie kibicował w miejscu, gdzie ktoś raz w tygodniu rozdaje bilety na losy, to sobie wziął tę kanapkę z piekarni coś tam "Mietek's" i walnął całemu busowi w łeb że „teraz będziecie jeść jak normalni ludzie, a nie jak te wasze żelki z marketu”. I wiecie co? Byliśmy oburzeni — myśleliśmy że to jest jakaś degradacja, bo do tej pory to nikt nie wiedział co to „normalny ludzie”, a teraz nagle Mietek z tymi swoimi pieczywami co pachną tak mocno, że psy uciekają z odległości 50 metrów. Ale... no dobra, kurde, te kanapki były zajebiste. Takie z mortadelką, że aż papier trzeszczał i kiełbasa wpadała ci do szklanego oka, no a ten ogórek co to wystawał jak flaga kibica — no kurde, chyba od tamtej pory żaden z nas nie jadł takiej kanapki i nie czuł się jak na meczu 🍞🔴🤣
a jakby ktoś pytał — nie, nie zapomniałem o tym transparentu z Rybakiem, tylko teraz wiem że moja babcia miała rację mówiąc „mąż, nie tłumacz” 😂🍿
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.