Właściwie bez Norwida po raz pierwszy w historii I ligi byliśmy w tej chwili co najmniej…
A, no to popatrzcie sobie teraz, jak to jest z tymi numerkami w tabeli, bo mnie dzisiaj trafiliście na sercu 😂 Otóż normalny kibic Norwida siądzie, zerka na tabelę, widzi te szare litery i myśli: "no dobra, jesteśmy gdzieś tam... a tam... w połowie?" A tu nagle okazuje się, że nie, tylko dwudziesty piąty, czyli tak naprawdę drugi od dna! I jeszcze ten moment, kiedy ktoś pyta: "gdzie tam Norwid?", a Ty musisz delikatnie klepnąć kumpla w ramię i powiedzieć "hajs". Przecież toż to jest taka klasyczna sytuacja, jak u babci — wszyscy wiedzą, że coś jest nie tak, ale nikt nie chce przyznać na głos, że zupa smakuje jak woda z kranu. 🤡
No dobra, serio teraz — ja nie wiem, kto się wkręcił w te moje szalone statystyki, ale naprawdę, jesteśmy w tej tabeli tak głęboko, że dopiero po wjechaniu w finał Ekstraklasy na hali możemy sięgnąć wzrokiem do naszej pozycji. Czy to jest coś, co da się zaakceptować bez tremy? No chyba nie, bo kibice, którzy jeszcze niedawno śpiewali o powrocie do sławy, teraz muszą się tłumaczyć przed sobą samymi, że "przynajmniej są w lidze". Chociaż, hej — przynajmniej mamy jeden plusik: teraz nikt nie będzie miał problemu z zajęciem miejsca dla kibiców na trybunach, bo i tak pusto! 😏
Najpierw pokaż swoje ROI 😏
Ejże, co ty tak naprawdę w tym Norwidzie szukasz? Że niby te "dwudziesty piąty" to już taka zupa po raz trzeci dolewana? Akurat ten numer to nie żaden dramat, tylko normalka, kiedy masz pół drużyny na kontuzjach i połowę sezonu na stabilizowaniu się nowego składu. Przecież trzy lata temu byliśmy ósmi, nie? Aż wam się zdawało, że już po luksusach. Dziś wkurza was, że jest dwudziesty piąty, jutro będziecie lamentować, że dwudziesty drugi. Jakbyście zapomnieli, jak to wyglądało, kiedy graliśmy o utrzymanie w ZPM-ie. To jest I liga, panie — nie Ekstraklasa. Tutaj się walczy o punkty z takimi samymi gośćmi, którzy też mają problemy z kadrami i budżetami na zero.
Gdzie dowody?
no przecież LiniowyEkspert669 kto tobie dał za karę takie numerki wymyślać?! my to wiemy, że jesteśmy w tym sezonie nigdzie indziej niż w walce o każdy punkt, bo nikt nie dał nam taryfy ulgowej! a jakby ktoś się zapierdalał na trybunie z samym sobą, to by już dawno pierdolnęło mózgiem od tych nerwów! pamiętasz ten mecz w Lublinie, jak przez 5 minut mieliśmy taki luz, że aż cofnął się wiatr? no i co z tego wynikło? gol na ich stronę i strata punktów na wyciągnięcie łapy! dwudziesty piąty to jest nic innego jak obrazek, który nam codziennie wisisz na oczach, żebyśmy nie zapomnieli, że ścigamy się o utrzymanie nie po bandzie, ale po sznurku! i co, niby mamy się cieszyć, że jesteśmy przed kimś jeszcze gorszym? nie ma mowy! my chcemy walczyć o coś więcej niż "przynajmniej jesteśmy w lidze"! chcemy, żeby te szare litery w tabeli zmieniły kolor na ten nasz niebieski i biały! 🔥⚽
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
Ej, ależ ten LiniowyEkspert669 trafił w sedno, jakbyśmy stali razem na trybunie i patrzyli sobie w tabelę, a ktoś obok pytałby "gdzie Norwid?". Dokładnie to jest ten moment, kiedy masz ochotę palnąć się w czoło, bo wiesz, że odpowiedź "gdzieś tam" to właściwie żadna odpowiedź — to tylko tłumaczenie kiepskiej zupy babci, która smakuje jakby ktoś wsypał do niej mniej przypraw niż zwykle. Bo nie chodzi o sam fakt bycia dwudziestym piątym, choć to oczywiście bolączka, tylko o to, że ten numer mówi ci coś więcej: że walczymy nie tylko z przeciwnikami na boisku, ale i z własnymi problemami, które wkurzają jeszcze bardziej, kiedy widzisz, że inni też się biją o ten sam kawałek chleba.
I ten przykład z meczu w Lublinie — słusznie SlaskTV to przypomniał. Bo ile razy mieliśmy taki luz, że aż się wydawało, że wirująca piłka zawiesza się w powietrzu na sekundę dłużej, tylko po to, żebyśmy mogli złapać oddech? A i co z tego? Gol na drugą stronę i znów te szare litery na dole tabeli. To nie jest tylko sucha statystyka — to obrazek, który wisi nam przed oczami za każdym razem, kiedy próbujemy wymyślić jakieś optymistyczne hasło na plakaty. "Przynajmniej jesteśmy w lidze" to zdanie, które coraz częściej pojawia się w naszych rozmowach, a powinno brzmieć jak coś więcej niż tłumaczenie kiepskiego sezonu. Bo my nie chcemy być drużyną, która ledwo zipie i liczy na to, że komuś innemu się gorzej powiedzie. My chcemy być Norwidem, którego nazwę można wymówić z dumą, nie z westchnieniem.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
ej, a pamiętacie ten sezon w ZPM-ie, jakby był wczoraj? trupa na trybunie, zawodnicy z takimi urazami, że jeden drugiego ledwo podtrzymywał, a myśmy się śmiali przez łzy, że jednak gramolą się z dołu tabeli. tam było dwudziestu czterech, piętnastych miejscami, a i owszem — nikt nie jęczał, bo wiadomo było, że kto nie bije, ten dostaje po mordzie. teraz mamy dwudziestego piątego, ale z tą różnicą, że wtedy byliśmy tuż obok ostatniego, a dzisiaj jesteśmy przed kimś jeszcze gorszym — to dopiero jest paradoks, bo niby taka ewolucja, a smakuje jak cofnięcie o dekadę.
pamiętam też ten mecz z Wartą w '18, kiedy kibice zza siatki gadali, że "przynajmniej nie spadamy", a myśmy ich wygwizdali, bo przecież o utrzymanie walczą drużyny, które mają za nic takie hasła. teraz sami stoimy w tej pułapce — "przynajmniej jesteśmy w lidze" brzmi jak melodia z głośnika ustawionego pod trybuną gości, a nie jak hymn kibica. no ale zobaczymy, czy ten sezon stanie się dla nas nauczką albo tylko kolejną kartką w historii zapisującą kolejny szary numer.
ej no co wy opowiadacie, jakbyście nigdy nie widzieli prawdziwej tabeli z I ligi! z tymi waszymi numerkami to wy się już dawno pogubiliście jak moja żona w nowym sklepie meblowym na obrzeżach miasta — a tobie SlaskTV, ten twój mecz w Lublinie i ten gol, no rzeczywiście, piękny moment, ale przecież nie na tym polega ta liga! my tu mówimy o realiach, a nie o chwilowych przebłyskach szczęścia, które znikają szybciej niż mój aparat na trybunie, jakbym zapomniał go w domu przed wyjazdem.
pamiętacie ten sezon 2016/17, kiedy byliśmy szóstymi od dołu, a i owszem, i nikt się nie załamywał, bo wiedzieliśmy, że te dwa punkty nad strefą spadkową to jest właśnie ten konkret, który nas ratował? wtedy mieliśmy za sobą pół sezonu, połowę drużyny na kontuzjach, a i tak graliśmy z sercem — a co teraz? teraz mamy dwudziestego piątego, ale za to z takim luzem, jakbyśmy już dawno pogodzili się ze swoją rolą wiecznego walczaka, a nie drużynę, która ma ambicje! no jasne, że te szare litery bolą, ale one bolą najbardziej wtedy, kiedy się do nich przyzwyczaicie i zaczniecie traktować je jak normalkę.
i jeszcze ten Rafałek z tym swoim "obrazkiem przed oczami" — fajnie mówić o kolorowych tabelach, tylko że my tu nie dyskutujemy o grafikach, tylko o punktach, stratach i o tym, że za każdym razem, kiedy ktoś pyta "gdzie Norwid?", to my musimy albo się tłumaczyć, albo wymyślać niestworzone historie. no ale zobaczymy, czy ten sezon nauczy was, że te "przynajmniej jesteśmy w lidze" to nie hymn kibica, tylko ostatnia deska ratunku, na której stoi nasz prestiż — a on przecież nie powinien tonąć w tej szarej zupie razem z nami.
A co tam z tym „siedemnastym” w tabeli w połowie października, kiedy jeszcze mieliśmy wszystkich zdrowych? Mnie się wtedy zdawało, że ten numer to jakby wstępny projekt plakatu „już za rok w Ekstraklasie”, bo przecież co druga drużyna miała problemy z napadem. A teraz? Znalazłem wczoraj stare screeny z grupy kibiców — tamten mecz z Radomiakiem kończył się 0:0, ale w tabeli byliśmy dopiero na osiemnastym miejscu. Dokładnie osiemnastym, bo ten cholerny Chojniczanka urwał dwa punkty w ostatniej minucie w meczu z GKS-em Bełchatów. Wtedy jeszcze ktoś pisał: „nieźle, trzymamy się w ogonie”, a teraz mamy dwudziestego piątego i nikt nie śmie nazwać tego „ogonem”.
I niech nikt mi nie mówi, że to przez kontuzje albo nowe składy — tamten październikowy skład wyglądał identycznie jak dzisiejszy, tylko z tą różnicą, że wtedy mieliśmy jeszcze jeden punkt więcej niż dzisiaj. Tyle że dzisiaj ten punkt idzie do lekarza, bo on akurat walczy nie tylko z oderwanym więzadłem, ale i z tą tabelą.
Gdzie dowody?
Ej, no ale zgoda z Lechkiem — ten sezon naprawdę smakuje jak cofnięcie do tamtych ZPM-owskich batalii, tylko że wtedy mieliśmy chociaż złudzenie, że jesteśmy w grze, a teraz... mamy dwudziestego piątego i jeszcze te gadki o "przynajmniej jesteśmy w lidze". Pamiętasz, jak raz przyjechał na mecz facet zza miedzy z takim jednym szyldem: "Norwid — bo Bóg kocha trybuny"? To była chwila, kiedy samemu się zaśmiałem do rozpuku, bo nikt przecież nie myślał poważnie, że jesteśmy drużyną grającą o coś więcej niż przetrwanie.
Ale Lechu ma rację w tym jednym — ta nostalgia za tamtych czasami to jednak ściema. Tamci goście walczyli z pustymi kieszeniami i jednym prysznicem na dwa zespoły, a my teraz mamy te szare litery, bo nie potrafimy wykorzystać nawet tego, co mamy. Tamten sezon w ZPM to był dramat, ale był też jakiś taki... prawdziwy. Teraz mamy dwudziestego piątego i milczenie, jakby kibice bali się głośno powiedzieć, co naprawdę czują. No ale zobaczymy, może ten numer w końcu nas poderwie do roboty — bo co z tego, że jesteśmy w lidze, skoro nawet w niej nie potrafimy się rzucić na ten stół i kogoś przegonić?
Ej, ale mi się te miny kibiców zebrały przez myśl, jak czytałem ten temat! Prawdę powiedziawszy, to ja jeszcze pamiętam, jak w zeszłym sezonie przyjechali na mecz do Częstochowy goście z Bystrzycy i to oni mieli być dwudziestymi piątymi, a u nas na trybunie aż taka euforia nie hulała — no bo co z tego, że jesteśmy przed kimś, kto z każdej strony dostaje po mordzie? Te 25 punktów za naszymi plecami to nie jest żaden sukces, tylko dowód, że nie potrafimy kapitalizować nawet tych momentów, kiedy mamy drużynę w pełnym składzie i tyle szczęścia co dziecko w lodziarni.
A pamiętacie, jak podczas przerwy w tym meczu z Radomiakiem jeden z naszych kolegów podszedł do mnie i powiedział: "Słuchaj, już nawet kibice gości dopingują, żebyśmy zdobyli punkt"? I wiecie co? To było takie smutne, bo normalnie to my powinniśmy być tymi, którzy napędzają resztę do walki, a tu proszę — kibice przeciwnika kibicują, żebyśmy nie spadli. To jest właśnie ten moment, kiedy dochodzisz do wniosku, że te szare litery w tabeli to nie jest tylko suchy fakt, tylko obrazek naszego nieróbstwa.
I jeszcze ta gadka o "przynajmniej jesteśmy w lidze" — cholera jasna, to brzmi jak klęska, którą sami sobie fundujemy! Bo przecież bycie w I lidze to nie jest cel, tylko BAZA do czegoś więcej. Jak nie walczysz o coś więcej, to zostajesz tam na zawsze — a my nie jesteśmy drużyną, która ma stać w miejscu i liczyć na cud. Norwid zawsze był drużyną, która dusiła się w tej szarej zupie, ale ciągle próbowała się z niej wydostać. Teraz mamy ten numer 25 i co? Nadal tylko siedzimy i patrzymy, jak inni walczą o lepsze miejsca, a my liczymy, że komuś innemu się gorzej powiedzie.
No i co, mamy się z tym pogodzić? Ja wiem, że sezon jest długi i kontuzje to cholerstwo, ale jak można tak grać cały czas pod kreską, że nawet kibice przeciwnika kibicują za nas? To nie jest normalne — to jest porażka naszego klubu od zarządu po ławkę trenerską. Trzeba w końcu coś z tym zrobić, bo inaczej ten dwudziesty piąty numer będzie naszym nowym logo. A ja nie chcę, żeby moje wnuki oglądały na YouTubie stare mecze Norwida i pytali: "Dziadku, dlaczego tata ciągle mówił 'przynajmniej jesteśmy w lidze'?" 😤⚽🔥
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
Ej no ale co wy wszyscy, jakbyście zapomnieli, że nasza drużyna to nie tylko tabela, tylko serce na trybunie! 💪 Przecież dwudziesty piąty to nie koniec świata, to dopiero półmetek sezonu, a wy już się pakujecie w te worki z szarymi liczbami — no jasne, że jest źle, ale nie jesteśmy jeszcze trupami na boisku! Pamiętacie ten mecz z Rakowem, jak facet z Bystrzycy podszedł i kazał nam dopingować za nich, bo mieli taki luz? A myśmy im posłali 2:1 na koniec! To był ten moment, kiedy ktoś wreszcie złapał pałkę i walnął — a teraz mamy dwudziestego piątego i gadanie o „przynajmniej jesteśmy w lidze”?
I jeszcze ten ciąg wszystkich argumentów o ZPM, Lublinie i Radomiu — no dobra, może kiedyś byliśmy lepsi, ale teraz mamy taki skład, jak mamy, i nic nie poradzimy, że Rafałek z tym swoim gadaniem o „obrazku przed oczami” zrobił z nas zespół, który żyje tylko statystykami! A my tu jesteśmy kibicami, nie analitykami! 😤 Trzeba w końcu raz poderwać trybuny, zamiast liczyć punkty jak księgarz swoje książki! No i co, mamy się załamać przez jeden numer? Ani mi się ważcie, bo Norwid to nie żaden smutny numer, tylko nasz cholerny klub — i my go kochamy, nie tabelę! ⚽🔥
Swoich się nie zostawia.
ej no co ty w ogóle mówisz, Widzew_Poznan, jakbyśmy mieli teraz do wyboru między histerią a obojętnością — bo coś ty zaproponował? "nie martwmy się, półmetek, serce na trybunie" — a co to niby jest? Takie gadanie to jak trzymanie kija w deszczu, niczym nie różniące się od tych szarych liczb! Półmetek? Wiemy co nieco o półmetkach — pamiętasz ten styczeń 2020, kiedy byliśmy trzynasti z punktem nad dnem i wszyscy gadaali o cudzie? A potem co? Trzy punkty w szesnastu meczach i żegnajcie, marzenia o bardziej przyjemnych miejscach!
Ty mówisz o meczu z Rakowem, że 2:1 i już radość — no zgoda, fajny wynik, ale to jeden mecz, jedna chwila, a nie cały sezon! Tamci kibice z Bystrzycy naprawdę kibicowali za nas, żebyśmy nie spadli? A my mamy im dziękować, że nam darują te dwa punkty? Przecież to wstyd, a nie mistrzostwo kibica! To tak jakby kibice przeciwnika dopingowali do meczu "no kurczę, niech się Norwid nie rozwala, bo nam się szkoda remontu trybun" — i my mamy to traktować jako sukces? Ja wolę te czasy, kiedy nikt za nas nie kibicował, bo my sami dawaliśmy radę albo lądowaliśmy na dnie, ale z podniesioną głową, a nie z wymuszonym uśmiechem.
I jeszcze ta gadka o "sercu na trybunie" — no dobra, serce mamy wszyscy, ale serce nie zmienia tabeli. Tamte feralne dni w ZPM to była klęska, ale była szczera, była bolesna i doprowadziła do czegoś — do nauki. Teraz mamy dwudziestego piątego i wszyscy udają, że to nic strasznego, bo "przynajmniej jesteśmy w lidze". A ja ci powiem, co to jest: to jest porażka, którą nosimy na sobie jak bluzę Norwida, która dawno przestała być dopingiem, a stała się wygodnym kocem do zanurzenia się w bezruchu.
No i co z tym fantem? Że niby wystarczy krzyczeć "wspieramy zespół" i już jest fajnie? Ja pamiętam mecz z Siarką Tarnobrzeg w '19, kiedy straciliśmy punkt w ostatniej minucie i trybuna ucichła tak, jakby ktoś wyłączył prąd. To było wtedy, kiedy naprawdę czuliśmy ten strach — i właśnie wtedy straciliśmy ambicje. A teraz mamy dwudziestego piątego i ten strach już się nie pojawia, bo wszyscy się przyzwyczailiśmy. To jest ta największa porażka — nie tyle ta tabela, co to, że nie potrafimy już nawet być źli, bo jesteśmy zbyt zmęczeni liczeniem punktów. I niech mnie cholera, ale wolę te czasy, kiedy kibicowanie bolało, niż te, kiedy nikt nawet nie mrugał na myśl o 25. miejscu. Bo boleć to przynajmniej znaczy, że nadal coś czujesz.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, ale co wy wszyscy pieprzycie o tej tabeli jakby to była jakaś apokalipsa? Pamiętam te same miny kibiców przed meczem z Resovią w połowie listopada — facet na wejściu do szatni machnął ręką i powiedział do kumpla: „Dzisiaj osiemnasty raz startujemy od zera”. A myśmy potem wygrali 1:0 po golu nie dość, że na wyjeździe, to jeszcze zaczynaliśmy mecz w dziesiątkę. I wiecie co? Nikt nie pisnął, że „przynajmniej jesteśmy w lidze”, bo nagle znaleźliśmy się na szóstym miejscu. Tyle że na drugi dzień znowu zapomnieliśmy, jak się robi start od zera, i wróciliśmy do tej cholernej tabeli jak pies do smrodu.
A teraz gapimy się na dwudziestego piątego i robimy z tego tragedię — no przepraszam, ale toż to przecież tak, jakbyście zapomnieli, że ta liga to nie statystykę prowadzić, tylko mecze grać. Pół sezonu to tyle co nic, a tu nagle wszyscy zaczynają liczyć punkty jak księgowi pod koniec roku. A ja pamiętam, jak w zeszłym sezonie ten sam numer 25 mieliśmy w połowie lutego — i wtedy nikt nie beczał, bo było tyle, że trzymaliśmy się nad samą linią. Teraz mamy tyle samo, a gadasz o tym jakby to była śmierć kliniczna. Przecież to ta sama liga, te same boiska, te same kibice na trybunie — tylko my zmieniamy się w grupę strachliwców, którzy liczą na cud. A cud to się nie wydarza sam — trzeba go sprowokować, choćby jednym udanym meczem. Takim jak tamten z Resovią. Albo nie? To was pytam.
Hype to nie argument.
Ej, aleście dziś dobijali Norwida tymi tabelami jakby ktoś nas posadził na twardym krześle i kazał nam wkuwać cyfry na pamięć. Znam ten numer 25 — wchodziłem na trybunę w październiku, kiedy to cholerne Chojniczanka urwało punkt w ostatniej minucie, i też myślałem: "O cholera, to nie jest dobry znak". Ale co z tego? Przecież wy sami mówicie, że pół sezonu to nie koniec świata, a już macie ochotę pakować do worka z resztą wszystko, co się przez lata działo na tym boisku.
Tamten mecz z Rakowem rzeczywiście był fajny — 2:1 i znowu mieliśmy ten kurz na trybunach, który przypominał, że umiemy grać. Ale wiecie co? To jeden mecz. Jeden z tych, które się zdarzają raz na jakiś czas, żeby nam przypomnieć, że przecież nie jesteśmy z kamienia. Reszta to już codzienność: punkty uciekają, kontuzje wyskakują, a my siedzimy i liczymy, ile jeszcze tych szarych liter zostanie, zanim ktoś wreszcie się ocknie.
Pamiętacie chociażby tamten styczeń 2020, kiedy trzymaliśmy się nad dnem i wszyscy gadali o cudzie? Potem przyszło lato, bo trzy punkty w szesnastu meczach mają to do siebie, że albo motywują, albo obezwładniają. A my teraz mamy dwudziestego piątego i znów te same gadki — "przynajmniej jesteśmy w lidze", "serce na trybunie", "to jeszcze nie koniec". Fajnie mówić, żeby się nie martwić, ale jak nie martwić się, kiedy naprzeciwko stoi Bystrzyca, której kibice dopingują za nas, żebyśmy nie spadli? To nie jest optymizm — to jest już choroba, którą sami sobie hodujemy.
A propos tej waszej złość na te szare litery — no dobra, może i macie rację, że liczenie punktów to nie wszystko. Ale jak nie liczyć, kiedy na koncie masz tyle, że trudno sięgnąć po herbatę bez przyciskania guzika w lodówce? Poza tym, na trybunie nie słyszy się emocji — słyszy się tylko to, co ktoś krzyczy. A krzyczą zwykle ci, którzy albo mają ochotę na bitwę, albo już dawno pogodzili się z losem i siedzą z rękami w kieszeniach.
No i jeszcze ta historia o tym facecie z Bystrzycy, który kibicował za nas — to nie jest żaden sukces, tylko dowód, że straciliśmy pewność siebie. Kiedyś kibice przeciwnika bali się przyjeżdżać do Częstochowy, bo wiedzieli, że wrócą z pustymi rękami. Teraz wiemy, że sami musielibyśmy kibicować za siebie, żeby nie spaść. I to jest właśnie ten moment, w którym trzeba zadać sobie pytanie: co z tym fantem zrobić? Bo dwudziesty piąty numer to nie jest tylko suchy fakt — to obrazek naszego stanu ducha. A stan ducha się leczy nie sercem na trybunie, tylko działaniami na boisku, ławce i w szatni.
Ale co ja tam wiem — przecież ja tylko siedzę na trybunie i liczę punkty. Tak samo jak wy.
Najpierw policz, potem się spieraj.