Tyle szczęścia w legendach, że pogubił je gdzieś Polak — a my mamy GKS!
ah, pamiętam ten strzał… było jakieś pół finału pucharu z warszawską polonią, może ’87? kibole katowickiego wkurzeni na całego, atmosfera tak gęsta że powietrze można było kroić, a ten jeden gość — chyba z akademika, bo miał na sobie kurtkę wojskową jak z dechy — nie wytrzymał i puścił ten kamień prosto w nogę jakiemuś sędziemu, co akurat stał za linią. na szczęście trafił w kostkę, a nie w głowę, bo wtedy to by było naprawdę nieładnie… i jeszcze się chwalił potem przy piwie, że "zrobił porządek", a my mu tylko mówiliśmy, że to on właśnie zrobił bałagan, bo przez niego mecz prawie przerwali. ale cholera, wiadomo jak to jest — kiedy emocje buzują, ręce same idą do kieszeni po co tam mają być.
a teraz, jak na to patrzę, to w sumie mieliśmy w tamtym czasie takich „aktywistów” więcej niż ktokolwiek by chciał. pamiętam też mecz z łódzkim w tamtych latach, gdzie kibice rzucali tak dużo papierosami na boisko, że sędzia musiał przerwać grę i ładny kwadrans czekaliśmy, aż te pety powyrzucać. no i co? wygraliśmy 3:0, ale o tym nie zapomnimy, bo jak przychodziłem potem na nową budowlę trybuny, to ze schodów wciąż ktoś wyjmował niedopałki z cegieł… klasyczne katowickie.
no ale zobaczymy, czy młodzi teraz potrafią tak naprawdę się wkurzyć, a nie tylko klaskać pod transparentami. co myślicie, chłopaki?
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
o kurde, no co to była za "aktywność" w tamtym czasie xd pamiętam, jak to ja wracać z imprezy u kumpla koło Dworca Gł. w Katowicach, a tu właśnie działo się coś niedobrego na trasie — chłopaki zrobili spontaniczne blokowanie ulicy przez ogniwa łańcuchowe i gaz łzawiący taki, że pół osiedla musiało się schować po klatkach, no ale co? po godzinie dopadliśmy na trybuny i tam ten sam numer z papierosami, tylko że tym razem rzucaliśmy nie żadne pety, a stare buty z szafy! "żeby sędzia widział, że nam nie brakuje fantazji" — krzyczeliśmy, a on to załapał i dograł… do momentu, aż jakaś babcia rzuciła w niego spodniami od dresu! no ale cholera, przecież wiadomo jak to działa — kiedy GKS gra, to gra całe Katowice, a kto się nie bawi, ten się wstydzi! 🔥😂 i co? drugi połowa na maksa doping, wygraliśmy 4:1, a ja potem z kumplem pieczonymi kiełbaskami dzieliłem się przed szatnią, bo przecież nie byliśmy zwykłymi kibolami — byliśmy rodziną, co miała serce w tych barwach! 💛❤️ no ale teraz to już raczej nikt nie odważy się rzucać butów, bo na dziś mamy samych grzecznych chłopaków w garniturach… szkoda, bo atmosfera była chlebem powszednim i pamiętamy, że to właśnie takie numery robiły nas wielkimi!
Na trybunach od dzieciaka.
a cóż tam… pamiętacie ten mecz z warszawską polonią w ’85? nie, nie półfinał, tylko normalny ligowy, ale było tak, że kibole stali jak jeden mąż — od samego rana pod stadionem, już było wiadomo, że ten dzień nie będzie zwyczajny. a jak zaczynał się mecz i jakiś warszawski sędzia znowu był zbyt „obiektywny” w stronę naszych… to któryś z chłopaków z akademika rzucił tym swoim „królem” — no nie kamieniem, tylko kawałkiem cegły, którą akurat mieli przy sobie, bo remontowali właśnie trybunę. trafił prosto w jego czapkę, która poleciała w powietrze jak ptak… i wiesz co? przez te pięć sekund, które zajęło mu schowanie się w loży, to my wszyscy zdążyliśmy wstrzymać oddech i pomyśleć: „oj, teraz będzie awantura”… ale wiecie co? nic nie było! on potem zagrał dalej, tylko trochę bledszy, a my wygraliśmy 2:0, bo jakieś tam szczęście? pff, my mieliśmy wtedy wiarę w klub, co nie miała nic wspólnego z szczęściem, tylko z duszą. i jeszcze ten moment, jak któryś z naszych zawodników, jakby wyczuł te emocje, to strzelił gola z odległości — nie z nóg, tylko z kolana, bo akurat upadł po faulu — i wszyscy na trybunie zamilkli, a potem krzyknęli jak jeden: „to dla nas, kurwa!” no ale, powiem wam, że takich chwil nie da się powtórzyć, bo dzisiejsza młodzież ma dobre serca, ale brakuje im tej cholernej wiary, że za katowicką flagą stoi coś więcej niż tylko drugoligowy zespół… no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ale fajnie, że o tym przypomnieliście, bo akurat dziś rano przeglądałem stare zdjęcia z rodzinnego albumu — a tam, między biletami z pucharu i wycinkami z gazet, znalazłem taki jeden z ’86, gdzie widać tłum na starej trybunie A. Byliśmy wtedy dosłownie jednym organizmem: starsi kibole, studenci z akademika, chłopaki z hut, nawet ci z Popradu co przyjeżdżali na weekendowe mecze. Każdy miał swoją cegłę do rzucenia, swój pomysł jak zrobić „małe zamieszanie”, żeby sędzia choć na chwilę się zawahał. I wiecie co? To nie był tylko doping — to była pewność, że GKS ma w nas coś więcej niż fani.
Dzisiaj? Też mamy emocje, ale inaczej — jak ktoś rzuci papierową kulką, to już jest „incydent”. Tamten czas to była walka, nie przedstawienie. Pamiętam, jak niedawno poszedłem z synem na pierwszy mecz i on szepnął: „Tato, dlaczego nikt nie krzyczy tak jak kiedyś?”. A ja mu na to, że wtedy krzyczeliśmy, bo byliśmy pewni, że nasz głos może zmienić coś więcej niż wynik na tablicy. Teraz kibice potrafią dopingować, ale nie potrafią już wymyślić nowej metody na to, żeby sędzia choć na sekundę się zawahał. I nie chodzi o to, że są gorsi — po prostu wiem, że im brakuje tej bezgranicznej wiary, że GKS może wygrać nawet wtedy, kiedy powinien przegrać.
No ale hej, nie jest źle — jeszcze niedawno mieliśmy ten mecz z Wrocławiem, gdzie atmosfera była naprawdę mocna, a chłopaki wyszli i zagrali jakby mieli w piersi serce naszych babć z kuchni. Tyle że… szkoda, że dzisiejszy kibic rzadko idzie pod bramę z kamieniem w kieszeni albo butem w reku. Bo to nie chodzi o to, żeby narobić szkód — chodzi o to, żeby dać znać, że tutaj, w Katowicach, piłka jest święta. I że nie ważne, czy jesteśmy w Ekstraklasie, czy w trzeciej lidze — GKS zawsze był naszym herbem, a nie numerkiem na koszulce. 💛❤️
I w sumie fajnie, że młodzi docierają na stadion, ale szkoda, że tak rzadko trafiają na te chwile, kiedy kibicowanie to nie klaskanie w rytm, tylko wręcz przeciwnie — walka o to, żeby nasz zespół usłyszał, że jesteśmy z nim do końca. Bo GKS to nie jest tylko drużyna — to kawałek nas samych, z tymi wadami, z tymi momentami, kiedy ręce same idą do kieszeni… i z tą wiarą, że kiedy już ruszymy, to nic nas nie zatrzyma. Nawet sędzia. 😉
Najpierw policz, potem się spieraj.
ej, a wiecie co to było najlepsze w tych starych numerach? że po meczu, jak już sędzia poszedł z kwadratową miną do szatni, a my pijani radością i tą całą "aktywnością" na trybunie, to któryś z chłopaków z akademika zawsze miał pomysł na jeszcze jeden patent! raz, pamiętam, to ten Janek "Cygan" — taki z wąsem jak u Dartha Vadora, ale ubrany w kurtkę policyjną, którą akurat ukradł z kiosku… no dobra, może nie ukradł, tylko "pożyczył" od kumpla, co był na mieście — bo odbijał bilety za frekwencję, chodziło mu o gotówkę, nie o eksmisję. no i ten Cygan, po meczu z Cracovią, wziął tę kurtkę i powiesił ją na drzwiach wyjściowych z trybuny A, tak żeby widział ją cały stadion. a potem krzyknął: "panie sędzio, kurwa, wasze boisko jest wolne, idźcie się pouczyć, bo nie dacie rady!"… i wiecie co? ta kurtka wisiała tam przez trzy mecze, dopóki ktoś nie doniósł, że to nie policyjna, tylko od sąsiada, co policji nie lubił… ale cholera, zrobił na nas wrażenie! dziś takie cuda to byśmy oglądali na tiktoku w postaci "7 sekund sławy kibola" i tyle, a wtedy? wtedy była to wielka sztuka performatywna godna sceny Teatru Śląskiego!
i w sumie fajnie, że dzisiejsza młodzież nie musi już nosić w kieszeni cegieł ani butów — wystarczy im telefon i story, żeby wszyscy zobaczyli, że GKS gra w ich sercach! 💛❤️🔥 no ale serio, pamiętajcie chłopaki — kiedy następnym razem będziecie na trybunie i zobaczycie sędziego, który chce nas olać, to zawsze może któryś z was ma w plecaku skarpetę… bo stara prawda mówi: "kibol bez skarpety to jak GKS bez serca" 😂🍿 no to trzymajcie się, a jutro przed meczem spotykamy się przy Barze Piwnica — pierwsza kolejka piwa na was!
Memy to też analiza.