Tyle było chwały, że pół Lubina się nie zmieściło!
no do cholery, wreszcie ktoś przypomniał te czasy... pamiętam jakby to było wczoraj, ten mecz z Asseco w Zielonej Górze, chłopaki grali jak opętani, a na trybunie ludzie tyle szaleli, że sędzia chyba myślał, że zaraz tam wiszący daszek nie wytrzyma. baza była zatłoczona jak nie wiem co, autokary stały od samego rana, a ci co nie załapali biletu, to w grupkach pod płotem nasłuchiwali przez megafon. i ta piłka... pawek banaszek puścił na boisko całą paczkę szaleńców, kto by pomyślał, że po latach będą ludzie mówić o drugim miejscu z takim sentymentem? no ale fajnie, że się odezwałeś, bo naprawdę warto sobie to odgrzać w pamięci
oj chłopie jakie te wspominki mnie dzisiaj łzawią xd no bo ja w 2011 byłem takim żółtodziobem na trybunie za północnym daszkiem, akurat tam gdzie się normalnie nie mieści nikt, ale mój wujek miał tam "swoich" zresztą i wpuszczili mnie jakoś 😭 że niby jestem "przyszłość lubina" haha ale co ja wiedziałem o piłce xd siedziałem obok starego pana co przychodził tu od lat 80, on mi krzyczał "Pawełek idzie na zmianę!" jakby Banaszek miał mnie wysłuchać, a ja tylko na te pomarańczowe koszulki patrzyłem jak na świętość 😭🔥 a na koniec tamtego sezonu wracaliśmy z Zielonej z transparentem "PIERWSZE MIEJSCE ALBO SZYBĘ ZBIJEMY" i wszyscy śpiewali w wagonie autokaru, a ja myślałem "kurwa, chłopaki, naprawdę mogliśmy!". tego marzenia nie da się zapomnieć, no nie?! 👊🔥
W radości i smutku, do końca z nimi.
a nie pamiętacie tego meczu z Widzewem w półfinale? tam to dopiero było gorąco, ja akurat stałem tuż przy sztabie i widziałem jak Banaszek na ławce się wierci jak na szpilkach, a nasz chłopaki to mieli nerwy ze stali — pamiętam spojrzenie Pawła na ostatnie minuty, jakby chciał ich wessnąć do boiska całych, żeby dokończyli robotę... a tam na trybunie był stary Staszek z banderą sprzed lat, ten co to latał z nami jeszcze z czasów młodzieżówki, on wtedy krzyczał coś o "swoim chłopaku" i machał jak opętany, aż mu czapka z głowy spadła. no ale ten jeden rzut rożny, ten strzał zza pola karnego — ten moment gdy piłka wpadła do siatki to był taki huk wśród naszej grupy, że ludzie pod skarpą myśleli, że zaraz trybuna zleci... a potem to już był jazgot, wszyscy skakali na siebie, ktoś wyjął starą trąbkę z 2006 roku i zagrał coś na odczepnego. w tym wagonie z Zielonej nikt nie spał potem przez pół nocy, gadaliśmy jak opętani, przewidywaliśmy finał, jakbyśmy byli trenerami... i patrzcie, no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Widzicie, to jest takie porównanie, które na pierwszy rzut oka boli, ale z drugiej strony — wiemy wszyscy, że futbol to nie tylko wyniki, to historię się pisze. Tamten zespół z 2011 roku? To była maszyna do grania, która naprawdę mogła grać o wszystko. Pawek Banaszek miał w ręku taką paczkę zawodników, którzy grali ze sobą nie od dziś — znamienny przykład, jak chłopaki z Lubina grali w Zielonej Górze, to nie był mecz, to było widowisko. Pamiętam, jak szedłem tamtego dnia i myślałem sobie: "O kurczę, to jest ten moment, kiedy naprawdę coś może się wydarzyć".
A teraz? Teraz mamy drużynę, która walczy, ale nie widać tej iskry, tej pewności siebie, która przychodziła naturalnie, jak oddychanie. Tamci chłopacy grali tak, jakby mieli w sobie zapisane, że muszą wygrać — nie szukali wymówek, nie kombinowali, po prostu bili się na śmierć i życie. Dzisiaj widzę zespół, który próbuje, ale brakuje tej synchronizacji, tego luzu, który kiedyś miał szansę przerodzić się w coś wielkiego.
I nie żebym narzekał, bo przecież każda era ma swoje momenty — dzisiaj walczymy o utrzymanie, o to, żeby nie spaść niżej, a tamten zespół walczył o mistrzostwo kraju. To jest taka różnica, że aż trudno porównywać, ale jak się nad tym zastanowić, to widać, jak bardzo ten klub zaszedł za daleko w dół. A jednak — tęsknię za tamtymi czasami, bo wtedy naprawdę wierzyliśmy, że Lubin może zdziałać cuda. Teraz? Raczej staramy się nie dać się zepchnąć jeszcze niżej.
Najpierw policz, potem się spieraj.
a nie mówcie mi tylko — w 2011 roku miałem akurat na oku kupno nowego auta, no i myślałem sobie, kurwa, skąd ja wezmę na to hajsu jakby Cuprum spadło, bo co drugi facet na ulicy w Lubinie to gadał o tym, że finał mistrzostw to tylko kwestia czasu... a tu niespodzianka, lecą do kosza i wszystko się sypie w play-offach, ale cholera wie, dlaczego pamiętam dokładnie ten moment w moim samochodzie, jak radio leciało relację z meczu, a ja wdepywałem gaz w podłogę myśląc "spokojnie, jeszcze się wszystko może obrócić" — aż nagle cisza na antenie i ten facet od komentowania mówi "pudło w serii rzutów karnych" i ja: "kurwa, trafiłem na datę mojego życiowego pecha", bo akurat tego dnia mieliśmy umówione na następny dzień wizytę w komisie... no ale później jak widziałem Pawełk Banaszek w tv, jak mówił o tej serii, że "to nie była kwestia szczęścia, tylko mentalności" — no to ja wtedy nawijałem sobie ten film raz jeszcze w myślach i uderzyłem pięścią w deskę rozdzielczą, ale nie ze złości, tylko ze wzruszenia... bo naprawdę, te chłopaki tam grali jakby mieli w dupie cały świat, a my, kibice, mieliśmy wrażenie, że idziemy razem z nimi wszędzie. i dziś jak patrzę na te stare transparenty zalegające w piwnicy, to aż się śmieję, że nasz "PIERWSZE MIEJSCE ALBO SZYBĘ ZBIJEMY" wisiał przez tydzień przy oknie na ławce słońca... a teraz? teraz ledwo ledwo walczymy o to, żeby nie spaść z ligi, i co? ktoś tam siedzi w domku i liczy na to, że coś się ułoży? niech no ci moi koledzy z pogaduszek pójdą na trybunę, tam dopiero zobaczą, co to znaczy wierzyć...
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No to mnie dzisiaj obudziliście tymi opowieściami jakimś tam czwartym snem o 2011, a ja właśnie wczoraj znalazłem w garażu stary szalik z tamtych czasów – jeszcze ten od farbowanej tkaniny, który tak cuchnie naftaliną, że po dziesięciu sekundach od założenia śmierdziało w nim całe mieszkanie. Ale wiecie co? Znalazłem tam też bilet na tamten finał, a na nim komuś się nabiło coś na czarno piórkiem i teraz jest nieczytelne, ale domyślam się, że ktoś próbował dopisać "być może" albo "pewnie" obok wyniku. Czy wy naprawdę myślicie, że to była maszyna do grania, skoro na trybunie północnej ludzie walczyli o to, żeby chociaż kawałek piersiacy podać do garderoby? Tamci chłopcy grali w takim stresie, że jeden lewy obrońca co drugą akcję kopał piłkę w aut, bo nie miał pojęcia, co z nią zrobić – ale nikt tego nie pamięta, bo wszyscy oglądali tylko te błyskotliwe kontry, które wpadały do siatki raz na trzy mecze. I proszę bardzo, drugi w tabeli, a potem półfinał z Widzewem, który skończył się takim szczęśliwym trafieniem zza pola karnego, że aż mnie teraz ciarki przechodzą, jak sobie przypomnę, jak ten rzut wolny odbywał się w takiej chmurze dymu z petard, że sędzia ledwo co widział.
Pawełek Banaszek miał wtedy w składzie zawodników, którzy potrafili grać w takim stylu, że dzisiaj by ich odesłano do drugiej ligi za trzy straty pod rząd – a my ich chwalimy jakby byli reinkarnacją Cruyffa. Widzicie, ja tam byłem w Zielonej Górze, siedziałem na samym szczycie trybuny, gdzie człowiek wachluje się programem meczowym, bo nie ma tam miejsca nawet na małe piwo, a jeszcze do tego dochodzi ten zapach spalonego makaronu z budy koło stadionu. I co? Mecz z Asseco grał się w takim tempie, że ja do dzisiaj nie wiem, która drużyna miała więcej posiadania, bo przez całe dziewięćdziesiąt minut biegałem między rzędami, żeby znaleźć swoją koleżankę z ławki, która akurat uciekła na chwilę do toalety. A ten cały "sentyment"? To była tylko romantyka wynikająca z faktu, że nikt nie spodziewał się drugiego miejsca – bo wszyscy myśleli, że Cuprum spadnie do I ligi, a tu nagle finał. Piękna bajka, tyle że teraz mamy drużynę, która w tym sezonie walczy o to, żeby nie spaść z Ekstraklasy, i nikt nie pisze transparentów "PIERWSZE MIEJSCE ALBO SZYBĘ ZBIJEMY", tylko "Trzymajmy się tam na górze, bo inaczej nie będzie biletów na następny sezon".
I wiecie co jeszcze? Te wszystkie opowieści o mentalności i tym, że chłopaki grali jak opętani, to tylko część prawdy. Bo ja pamiętam, jak po meczu z Widzewem jeden z naszych obrońców tak solidnie oberwał w łydkę, że następny tydzień chodził o lasce – a my mu wmawialiśmy, że to "waleczność". W dzisiejszych czasach ten sam facet by dostał karę za niesportowe zachowanie i jeszcze by go ukarali dodatkowo za symulowanie. Tamten Cuprum był taki, jaki był, bo akurat trafił się dobry sezon i grupa chłopaków, którzy jakoś się dogadywali – ale nie każdy zespół ma tyle szczęścia. Dzisiaj macie grupę zawodników, którzy harują jak wrony, ale brakuje tej magii, bo magię w futbolu da się kupić tylko raz, a potem trzeba czekać na następny los na loterii. No ale cóż, szalik śmierdzi naftaliną, bilet jest nieczytelny, a my dalej tu gadamy o tamtych czasach jakby to było wczoraj. Tylko że wczoraj to było wczoraj, a dzisiaj jest dzisiaj – i szkoda gadać. 😏
xG > emocje.
Ej, a wiecie co było najzabawniejsze w tym całym szaleństwie z 2011? Wtedy to przyjechałem do Zielonej na mecz z Asseco autem mojego kolesia, który normalnie jeździł nim na wywrotkę, bo miał jakiś problem z silnikiem i się odkleił 😂🚛. No i tak ten grat podskakiwał na wybojach, że ja myślałem, że zaraz poleci w powietrze jak helikopter, a tymczasem nasza paczka na trybunie śpiewała "A-a-a, będzie nasz finał!", a ja w samochodzie: "kurwa, to jednak nie helikopter, tylko latający bar". Ale wiecie co? Jak Pawelek puścił naszych na boisko, to ja zapomniałem, że mój samochód to wywrotka, bo wszyscy skakaliśmy jak szaleni, a ten grat jakoś tam dojechał z powrotem do Lubina, chociaż w środku śmierdziało paliwem bardziej niż moja ciocia po remoncie garażu 🤣🔥. I teraz sobie myślę, że może to był właśnie ten "współczynnik szczęścia" Banaszka – nie do końca normalny, ale działa! A szalik? Ten śmierdzący naftaliną? Miałem taki sam w swoim garażu, ale akurat moja żona powiedziała, że to "kultowy zabytek" i teraz leży u niej w szafie obok mojego starego buta od Adidasa z 2007 roku... no kurczę, w co się dzisiaj ubierać, żeby być na czasie? 😂
Potrzymaj piwo.