Tych, co w Katowicach piątkę w sercu noszą, a flage na szczyt każdego meczu wbijają!
a co, no niech no mnie ktoś powstrzyma żebym nie zaczął od 'jebać, ależ te sezony kiedyś były' — ale serio, pamiętam lipiec dwa tysiące ósmego jakby to było wczoraj. myśleliśmy wtedy że nie ma nic lepszego niż ten numer 'niech żyje nasz ks' lecący nad katowickim stadionem i wibrujący w klatce piersiowej jak własny puls. mieliśmy wkiłtę tamtego lata tyle energii że pewnie half ładunku dynamitu by nam nie zaszkodził, a co dopiero obcy kibice na trybunach północnych.
wszyscy gadali że to tylko jeden sezon, że to przez jakoś taki dobry układ gwiazd, że to przez los — ale my wiemy swoje, no nie? to było coś więcej. to był ten moment gdy naprawdę poczuliśmy że ten klub to nie tylko drużyna, tylko coś co bije w sercu za każdym razem kiedy się zagrzmi 'stary dobry ks'.
później parę razy to znowu tak było, ale już nie tak intensywnie. no ale zobaczymy, może jeszcze kiedyś do tego wrócimy 😄
Kurde, jakby ktoś wbił mi nóż w serce i jeszcze do tego krzyknął "Oddychaj głęboko!" 😱💔 no bo właśnie jak leżałem na plaży w Ustce z kuflami Zywca w garści to usłyszałem ten numer 'niech żyje nasz KS' przez radio kibica i pierdolnąłem o parapet tak że piwo się rozlało 😭🔥 aż żona krzyknęła "aleś ty skurwiel spuchnięty, nie po pijaku znowu!" xD ale co tam, przecież to był lipiec 2008, gdy Południe trzęsło się od naszych głosów jakby diabli wiedzieli że za chwilę zaczną się lata szaraka! Wtedy to czuć było w powietrzu, że Katowice to nie tylko miasto hutników ale też miejsce gdzie serce skacze w rytm klubu 🏟️💪 te 'Niech żyje nasz KS' to nie była piosenka, to była pieśń bojowa wypisana w naszych duszach, którą nosimy do dziś jak tatuaż na żebrach!
no ale coś ci przypomnę... a pamiętasz jak w tym samym 2008 roku, w sierpniowy wieczór, podeszliśmy pod stadion na pół godziny przed meczem z warszawską polonią? byle nie ominąć ani sekundy tego nastroju, no bo przecież wiedzieliśmy, że coś się wali. a tam — sam pan z kamerą lokalnego telewizyjskiego chodzi i pyta ludzi na ulicy: "jakie pan czuje emocje przed ważnym meczem?" i my na to nic, tylko pod nosem śpiewamy "niech żyje nasz ks" bo co niby mieliśmy powiedzieć, żeby to oddało? facet sięgnął po kamerę, coś tam nagrał, kiwnął głową i poszedł, a my dalej waliliśmy w bębny od straganu z kiełbaskami i piliśmy browarek z butelki — bo flaszka piwa w dłoni to nie żaden wymysł, to stan umysłu.
i wtedy akurat podszedł do nas stary sędzia bokser, ten co to potem jeszcze długo był przy katowickim futbolu, i mówi: "słuchajcie, wy macie w sercach coś, czego ja nie dostanę nawet jakby mnie ktoś uderzył w szczękę przed finałem". no i co ja na to — machnąłem ręką i dalej piosenki, bo to były czasy kiedy nawet nie myśleliśmy o odpowiedziach, tylko się cieszyliśmy że ten numer leci wreszcie znowu i wbijało się pod skórę jak igła z rytmem w żyłach.
no ale zobaczymy
Jasne, że pamiętam ten złoty lipiec '08 — sam siedziałem na Południu, a w uszach miałem ten elektroniczny riff z głośników, który wbijał się prosto w duszę. Tamta drużyna to był prawdziwy zlepek szaleńców na boisku i na trybunach, którzy nie myśleli o niczym poza tym, żeby grać jak oszalali i śpiewać jeszcze głośniej. Byli tacy... no, dzicy w dobrym sensie — nie liczyli się z kosztami, mieli w sobie tę pazerność na punkty, na widowisko, na to, żeby przeciwnik poczuł, że ma do czynienia z kimś, kto nie odpuści ani na sekundę.
Dzisiaj? No cóż, widzę dużo mniej ognia w oczach. Nie to, że grają źle — ale coś tam się ulotniło. Tamci chłopaki biegali jakby mieli w dupach diabły, dzisiejsi mają za dużo wstrzemięźliwości, za dużo kalkulacji. W '08 nie myśleli o Pucharze Intertoto, nie planowali sezonu z kalendarzem w ręku — grali na emocjach, i te emocje niosły ich daleko. Dzisiaj młodziak zaczyna mecz, patrzy na tabelę i liczy, czy wyjdzie z grupy w pucharach — wtedy mieliśmy szczęście, jeśli wracaliśmy do domu z kasą od biletów, bo liczyliśmy na cud.
I ten numer "Niech żyje nasz KS" — wtedy był prawdziwym manifestem, teraz to raczej melancholia, coś co się odgrywa dla starych czasów. Tamci kibice bili brawo nie dlatego, że coś mieli udowodnić, tylko dlatego, że kochali ten klub bezwarunkowo. Dzisiaj przychodzi się, krzyczy się pół meczu, a potem leci do knajpy pogadać o tym, dlaczego nie kupiono drugiego napastnika. Różnica jest taka, że kiedyś chodziło o serce, teraz więcej myślenia wciska się między emocje a pazurki.
Ale hej — nie mówię, że to źle. Po prostu inaczej. Kibicowanie powinno być życiem, nie hobby do wypełnienia w wolny weekend. W tamtych latach futbol w Katowicach był kawałkiem codzienności, dziś to kawałek przeszłości, który próbuje się czasem odgrzać. Fajnie, że pamiętamy, fajnie, że jest sentyment — ale nie oszukujmy się, że to już nie to samo widowisko. Tamci grali dla nas, dzisiejsi grali będą musieli przyjść i udowodnić, że potrafią zagrać dla siebie. Bo póki co, ci co pamiętają, nadal noszą ten numer w sercu — reszta... no cóż, niech się wreszcie wkręcą na dobre.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
No i co, kurde, widzę tutaj kilku takich, co to noszą "Niech żyje nasz KS" w sercu jakby to był święty graal, a jeszcze inni mówią, że to było coś magicznego — ale powiedzcie mi, bo ja się nie mogę nachwytać: ilu z was tamtego lata w ogóle było na Południu więcej niż trzy razy w sezonie? Bo ja niejednego niedzielnego popołudnia spędziłem z rodziną na nowej trybunie, bo Południe było tak zagracone, że jak cię nie było z pół godziny przed gwizdkiem, toś ty stał pod straganem z papierosami i liczył na to, że ktoś zrzeknie się miejsca.
A ten Rafał z kolei marudzi, że dzisiejsi nie mają pazurków — ale powiedzcie mu, żeby przeczytał gdzieś w necie, co działo się w '08 w rundzie wiosennej z Widzewem albo Legią, bo tamci chłopcy nie mieli pazurków — oni mieli śruby w oczodołach i łyżwę w dupach zamiast kręgosłupa. Ale czy to znaczy, że teraz jest źle? Hej, chłopaki, pamiętajcie, że w '08 mieliśmy w bramie faceta, który bronił karnego zanim sędzia go kopnął, a na ławce siedział trener, który potrafił zagrać w kości z kibicami w przerwie — i to byli czasem właśnie ci kibice, którzy szli później popić browara z przeciwnikiem, bo futbol był wtedy zwykłą sprawą, nie religią.
I jeszcze jedna rzecz — ten pan z kamerą co pytał o emocje przed meczem z Polonią? To była lipcowa sobota, temperatura jak w piekle, a ten facet jakimś cudem znalazł was wśród czterdziestu tysięcy ludzi, którzy nie mieli ochoty gadać — no bo niby po co? Jak graliśmy, to szło się za zespół do kibla, nie do wywiadówki. I co on miał nagrać? Że facet z kiełbaską w ręku kiwa głową w rytm bębnów? Że dzieciak na ramionach taty śpiewa głośniej niż radio kibica? To nie były żadne głębokie przemyślenia — to było życie, kurwa, proste i brutalne, jak katowicki futbol.
Ale wiecie co? Najlepsze, że do dzisiaj jak ktoś podchodzi do mnie i mówi "pamiętasz ten numer 'Niech żyje nasz KS'?" to nie muszę się zastanawiać — od razu robi mi się ciepło w klatce, bo to nie była piosenka, to była oddechowa. I nawet jak dzisiaj na meczu słychać tylko połowę tekstu, bo głośniki szwankują, to i tak wbijam w ten numer pazurki i idę dalej, bo GKS to nie jest jakaś tam historia do opowiadania przy kuflu — to coś, co się nosi pod skórą, a nie w albumie ze zdjęciami. I niech mi nikt nie mówi, że to samo da się znaleźć w dzisiejszym futbolu, bo ja tamtego lata widziałem dwudziestu facetów na Południu, którzy łzali jak bóbr, bo ich chłopaki wpadli w osiemdziesiątym czwartym na Stadionie Narodowym — i niech im ktoś powie, że to nie była miłość, tylko nostalgia.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, no to akurat ja miałem tamtego lipca '08 wypad, że trafiłem na połowę sezonu za karę do worka — no bo wpisałem się na czarną listę za to, że przed meczem z GKS-em Bieżeniem zamiast kibicować, grałem w piłkę nożną z kolegami na parkingu, a jeszcze do tego wygrałem i strzeliłem gola w ich bramkę. Fakt, że to była amatorska ekstraklasa, ale i tak mi dali czerwoną kartkę emocjonalną na cały lipiec.
No i co — zamiast na Południu, siedziałem sobie na trybunie "Dzieci", pijąc piwo z plecaka i oglądając, jak moja drużyna dusi wroga pod tym samym numerem co my, a ja muszę tłumaczyć facetowi obok, że to nie mój gol, tylko mojego ego. A ten na to: "Ej, ty chyba jesteś skurwiel, co to gra z naszymi wroga! A my tu mamy klimat!" i od razu zaproponował mi browara z tej samej butelki.
Potem, jak połamał się budżet i kasa klubu, to mi się nawet ulżyło — bo niby miałem stać na Południu i śpiewać "Niech żyje nasz KS" z takim samym hukiem jak reszta, a tu okazywało się, że mój głos to było jedno "eee" w tle głośnika kibica. Ale co tam — przynajmniej nie musiałem się martwić, że mnie ktoś rozpozna i nazwie zdrajcą. 😂🍻
I tak oto historia dowodzi, że GKS Katowice to nie tylko klub — to system społeczny, gdzie nawet twoje błędy stają się anegdotką do opowiadania przy kolejnej kolejce Zywca. A my zawsze znajdziemy powód, żeby być razem — nawet jak ty grasz przeciwko nam, a my i tak cię kochamy. Bo miłość do Niebiesko-Białych to nie wybór, tylko choroba. I lekarstwa na nią nie ma. 💙⚪