Tych barw się nie da zdjąć, nawet gdybyśmy mieli tylko jeden kibic na trybunach!
pamiętam ten grudzień ze dwutysięcznego roku jakby to było wczoraj — cały stary rynek zalany światłem latarek, a na trybunach ledwo kilkanaście osób, niektórzy z nich z płaczem, bo to był ostatni mecz starego klubu przed tymi fatalnymi zmianami. graliśmy akurat z jakąś drugoligową drużyną, te wyniki dawno poszły w niepamięć, ale ten wieczór... sami kibice ustawiliśmy się w kształt serca, klaskaliśmy w takt, a zawodnicy chyba czuli, że grają nie tylko o punkty, tylko o coś więcej. i pamiętam twarze — te zgaszone latarki zrobione z komórek, bo wtedy jeszcze telefonów z dobrym światłem nie mieliśmy — naprawdę się drżało od emocji. no ale zobaczymy, czy kiedyś znów takie coś będzie możliwe albo przynajmniej tak intensywne
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
no to nawet nie pytaj w ktorym mieście byłem jak ten sierpniowy wieczór w Siedlcach... ani stopnia na termometrze nie czułem, bo mnie zatkało jak nasza paczka — my, ciągiem trzy lata z rzędu — że w końcu udało nam się zebrać pod stadionem całą bandę i zrobić LAJTÓWKĘ NA CAŁEGO BOISKA ZA DARMOWĄ LATARKĘ! 🔥 braliśmy pożyczone komórki od sąsiadów, stary laptop na zasilaczu z samochodu i te wielgachne latarki policyjne co jeden z chłopaków miał od ochrony, no i daliśmy radę... dwuset osób, niektórzy na rowerach, kilku na hulajnogach, facet z flagą na plecach — cholera, nawet nie pamiętam kto to był, ale emocje takie, że jakby cała pierdoła trzymała się za ręce. zawodnik podszedł do linii autu, jakby poczuł ten szum i BAM — pierwsza bramka, a my — wszyscy naraz — huknęliśmy w klaskanie i ja pierdzielę... ten moment, kiedy zapomniałem że jestem w pracy, że rodzinie obiecałem wcześniejszy powrót, że jutro muszę wstawać o 5... bo KURWA, WIEM ŻE TO BRZMI JAK OGNIWO, ALE TAKI SIĘ BYŁO PRAWDZIWIE ZJEDNOCZONY Z DRUŻYNĄ. i ten zawodnik, ten jeden z nowej kadry, nawet się uśmiechnął jakby dopiero co odkrył co to kibicowanie naprawdę znaczy... a myśmy stali w tym półmroku z naszymi latareczkami i wiedzieliśmy — NIGDY WIĘCEJ TAK NIE BĘDZIE, ale ta jedna noc wystarczyła żeby przez kolejny rok ciągnąć te barwy jak cholera. i teraz co? Teraz siedzę i myślę... a może jednak kiedyś coś takiego powtórzymy, tylko jeszcze większe? no bo dajcie spokój, jeden kibic to fajnie, ale stu latarek to prawdziwa armia 💪🔴
a pamiętacie ten jeden październikowy niedzielny poranek, kiedy to na trybunach obok siebie stanęła babcia z wnuczkiem, ona z trójkolorowym szalikiem po dziadku, on zrobionym z krepy na kolację u cioci? ten chłopaczek miał może z dziesięć lat i krzyczał "jeden-zero!" jakby już wiedział że bramki padać będą, a babcia do niego, że siada bo inaczej przykro będzie patrzeć... no i ten sędzia wpuścił naszą drużynę na boisko, a my — ci wszyscy dorośli i te dzieciaki — zaczęliśmy razem rytmicznie uderzać w barierki plastikowymi kubkami, które ktoś zebrał z domów akurat tego ranka. było ich ze trzydzieści, ale huk słyszalny był aż przy dworcu, a zawodnikom coś się chyba odblokowało bo nie dość że wygraliśmy dwa-zero, to jeszcze ten jeden z napastników wbiegł pod trybuny i zrobił taki gest ręką jakby nam dziękował. ten chłopaczek potem płakał z radości bo dostał autograf na kawałku gazety, a babcia się uśmiechała przez łzy i mówiła "widzisz, niepotrzebnie się martwiłam, że wychodzę z domu o tej godzinie". cholera, teraz jak na to patrzę... to było jedno z tych momentów, którymi się żyje później latami, nie po to żeby gadać "było fajnie", tylko po to żeby wiedzieć że nawet jak jest mało ludzi, to serca biją razem. i ten kubek od soku, który leży gdzieś u mnie w szufladzie... no ale zobaczymy
A, ten grudzień 2000... Stałem wtedy z tyłu na Starym Rynku, taki młokos z latarką zrobioną z komórki kolegi, którą akumulator ledwo zipał — ledwie parę godzin światła, a było tyle chłodu, że palce mi drętwiały, chociaż miałem na sobie trzy bluzy. Drużyna tamtego wieczoru to byli faceci, którzy dawali z siebie wszystko, a my — ci co zostali — nawet nie myśleliśmy o "systemie" czy "taktyce", bo kibicowanie to było po prostu bicie serca w rytm ich kroków. Widzieliśmy, jak się potykają, jak walczą, jak padają, i wtedy właśnie dołączyliśmy krzykiem — nie żeby dopingować w dzisiejszym stylu, tylko żeby oni wiedzieli, że nie są sami w tej walce.
Dzisiaj widzę tamtych chłopaków i zastanawiam się, jak by się czuli, gdyby zobaczyli, jak te barwy niosą ludzie, którzy nie pamiętają meczu z latarkami, tylko liczą na to, że sukces przyjdzie sam przez się. Wtedy było inaczej — nie potrzebowaliśmy pięknego footbolu, nie czekaliśmy na gwiazdy z zagranicy ani na "projekt długoterminowy". Potrzebowaliśmy tylko serca bijącego razem, a zawodnicy oddawali nam to samo, raz za razem. Teraz jak na trybuny patrzę, to często widzę mnóstwo osób, które kibicują, ale z dystansem — jakby oglądały mecz w telewizji, tylko w realu. To nie jest krytyka, naprawdę, po prostu taka prawda.
Tamten grudzień 2000 roku to była siła jednego serca bijącego setką rąk w ciemności. Dzisiaj mamy więcej barw, więcej hałasu, więcej, więcej... ale czasem brakuje tej jednej rzeczy: uczucia, że ten jeden kibic na trybunach to cały stadion. A pamiętacie, jak wtedy jeden głos w ciemności potrafił zagrzmieć więcej niż dziesięciu dzisiejszych? No właśnie.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Aaa, cholera, jak czytałem te wszystkie wspominki to od razu mój stary komórkowy Nokie 3310 zaczął wibrować z nostalgią, bo akurat w nim mam zachowaną starą tapetę z numerem drużyny z tamtego grudniowego meczu. Pamiętam jak dzisiaj, kiedy z kolegami postanowiliśmy zrobić "system oświetleniowy" z sześciu latarek (cztery były na trzy baterie AA, jedna na dwie, a szósta w ogóle nie działała, ale brzmiała jak stary wentylator). Ustawiliśmy się w kształt orła, bo akurat akcja na trybunach była w telewizji i ktoś krzyknął "no bo chuj, zróbmy coś na wzór NBA!".
No i oczywiście, jak na kibiców przystało, akcja nie skończyła się na tym, że zawodnik wbiegł pod trybuny i zrobił te swoje "kobiecie-gest", tylko jeden z napastników podbiegł do naszej latarki zasilanej z laptopa — że niby "kurwa, dacie radę świecić ciut jaśniej, bo ledwo widzę aut". Toż to była robota dla komandosa, nie kibica! Ale co tam, nasz chłopak pożyczył latarkę z wozu policyjnego (tego do służb mundurowych, nie te z Repliki 😂), a myśmy mieli już podzielić się światłem na pół bo ta cholerna latarka zasilana była z power banka z samochodu i ledwo zipała.
A na koniec to ten sędzia zrobił taki ruch ręką jakby chciał powiedzieć "dobra, starczy tych jajek", a my w odpowiedzi rozpoczęliśmy "Siedlce, Siedlce, Siedlce!" tak głośno, że facet z butelkami piwa na rogu rynku poszedł sprawdzić, czy nie ma zamieszek. I wiecie co? To było lepsze niż każdy gol świata, bo wtedy właśnie zrozumiałem, że ten jeden kibic na trybunach to cały stadion — a reszta to tylko dodatek do pieprzonej latarki zrobionej z komórki z roku 2000. 🔴💙🤣🍿