Tych 30 sekund, które wszyscy pamiętamy jak wczoraj – chwila, gdy miłość do…
a u mnie było tak jakby wczoraj… to ten sierpniowy wieczór 2018, kiedy skończyliśmy remont trybun i wyszliśmy na powietrze jakby się zrodzić na nowo, no ale nie o trybunach dzisiaj gadamy tylko o tym cholernym meczu. piątek, normalny rewanż, ludzie tłoczyli się jakby na rzeź, a ja akurat stałem w tłumie zaraz za bramką na czysto zielonym boisku — no i pamiętam ten zapach rozgrzanego plastiku od trybun i piwa w kubkach, typowe zgrzybiałe popołudnie kibica, które się kiedyś kończyło albo brzemiennym niepowodzeniem albo tymi chwilami, które nazywasz cudem.
i do 88 minuty to była klasyczna jastrzębiarska niedziela — te nerwy, te napady histerii, że „ależ kurwa, oni chcą nas do domu posłać”, a tuż obok mnie stary kolega z banderą tak krzyczał, że omal nie oberwał przez sędziego — no i wtedy ten moment… napastnik, głupi skok, piłka przelatuje nad bramkarzem jakby w zwolnionym tempie, my wstrzymaliśmy oddech, a sekundę później ktoś wrzasnął „wszedł!”, i tu nagle ulica przed stadionem wybuchła, wszyscy rzucali się w objęcia, ktoś płakał, ktoś rzucał kubki w powietrze, a ja? ja tylko patrzyłem w górę na trybuny, które nagle zrobiły się jednym wielkim orkiestronem, wszyscy równocześnie wyli hymn, a do moich uszu dochodziło „jastrzębie! jastrzębie!”, i ten jeden jedyny raz w życiu miałem wrażenie, że naprawdę jesteśmy nie do ruszenia. nawet te 30 sekund to była wieczność, i do tej pory, jak patrzę na tamten filmik, to mam ciarki na karku jakbym żył tym momentem od nowa.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No ale cholera, ValueNerd, ty nawet nie wiesz jak cię rozumiem bo ja akurat wtedy stałem nie za bramką tylko na samym samym szczycie trybuny południowej, tam gdzie zwykle krzyczą najgłośniej bo to chyba jedyne miejsce gdzie drgania powietrza słychać 5 stadionów dalej 😱
Pamiętam dokładnie ten moment kiedy ten nasz kapitan wyskoczył jakby go diabły goniły, a piłka leciała wprost do bramki jakby ktoś ją na spowolnieniu puścił, no i wtedy… BACH! od razu serce podeszło do gardła, wszyscy wokół mnie zaczęli bić po plecach tak mocno że myślałem że zaraz mi żebra pękną, a ten głos z megafonu który nigdy się nie odzywa aż ryknął „GOOOOOOL JASZCZURY!” to aż kurz od trybun podniósł się w powietrze 🔥
Wtedy w ogóle nie myślałem, tylko krzyczałem razem z tysiącem gardeł, płakałem jak bóbr bo w końcu… w końcu coś się udało! I wiesz co? ten filmik oglądam do dzisiaj i za każdym razem włosy stają mi dęba, bo to nie był zwykły gol, to był cud, nasz cud! I teraz myślę… moje wnuki kiedy będą oglądać ten mecz, to też dostaną ciarki, bo to nasza wspólna historia, ta która trzyma nas przy sobie przez lata 💪🔴
pamiętacie ten mecz z koroną i tym całym szumem, że jakby sądy niechcący przyznają nam punkty za dobre zachowanie albo co? bo akurat tego dnia moja córka, która wtedy miała może z osiem lat, wystroiła się w nasze stary koszulkę na ławkę kibica — myślałem, że sobie tam posiedzi grzecznie, ale nie, dzieciak złapała mnie za ramię w 80 minucie i powiedziała „tato, oni muszą wygrać bo inaczej jutro nie dostanę loda”, no i zaraz potem ta piłka wlatuje… a ona tam jakby wiedziała, skoczyła w górę jak kangur, uderzyła się przy tym kolanem o barierkę i nadal krzyczała „mój gol! mój gol!” — i do dzisiaj, jak widzę ją na zdjęciach z trybuny, to myślę że ten moment to była dla niej ceremonia dojrzewania kibica, a ja siedziałem z bolącym kolanem i sercem takim, że nie wiem czy bije jeszcze… no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A no właśnie, kiedy patrzę na tamten mecz i tamtą drużynę, to uderza mnie jak porządny blok zza linii — to było coś zupełnie innego niż dzisiejszy zespół, i nie chodzi mi nawet o styl, tylko o ducha, który wiał po tym stadionie tamtego wieczoru.
Tamci chłopcy grali z taką desperacją, że aż bolało. Byli dosłownie o krok od zapaści, remont trybun, ciemne chmury nad klubem, a do tego ta opinia, że Jastrzębie to wiecznie pijany średniak Ekstraklasy. Oni nie mieli nic do stracenia, ale mieli coś, czego dziś brakuje — ten zespół był zszyty z desperacji, z chęci udowodnienia, że jesteśmy lepsi od losu. Można było czuć to w powietrzu, że każdy skok, każdy atak to walka na śmierć i życie, nie tylko sportową, ale dosłownie o honor.
Wtedy mieliśmy taką grupę, która naprawdę nie odpuszczała. Był tam nasz kapitan, który latał jakby miał skrzydła, a obok niego chłopaki, którym kibicowanie schodziło na drugi plan, bo oni po prostu mieli w sobie tę żądzę wojny. Dzisiaj? Dzisiaj mamy fajny zespół, naprawdę, z lepszymi indywidualnościami, ale gdzieś ta pierwotna, dzikusa energia zanikła. Tamci grali tak, jakby samemu sobie udowadniali, że są warci czegoś więcej. A teraz? Teraz jest trochę jak w dobrym domu — miło, schludnie, ale brakuje tej iskry, którą tamtego dnia wstrzelił gol w 89. minucie.
I nie chwaląc się — ja tam byłem, stałem z tyłu, kiedy ta piłka wleciała. Mój kolega obok mnie, stary wyjadacz, który przez 30 lat kibicowania widział setki meczów, powiedział wtedy tylko „to nie był gol, to cuda ogień”, i ja rozumiem, dlaczego. Bo tamtego wieczoru nie graliśmy przeciwko drużynie z tabeli, graliśmy przeciwko całemu światu, który nas nie doceniał. A dziś? Dziś raczej walczymy o punkty, o lepsze miejsce, o stabilność. To oczywiście ważne, ale coś się w tym utraciło — tę magię, że raz na jakiś czas możemy obronić się przed losem jednym uderzeniem serca.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
kurcze, aleście mnie wczoraj wkręcili, bo akurat dzisiaj przeglądałem te stare zdjęcia z tamtej trybuny i dosłownie miałem ciarki na plecach jakbym znowu tam stał — a wiesz co? ja akurat w tym meczu byłem nie tam gdzie wy, tylko z drugim bratem na miejscu 127B, tuż obok tej cholernej instalacji przeciwmgielnej, która ciągle za bardzo świeciła w oczy, no ale cóż, kibic się nie wybiera na luksusy.
pamiętam, że kiedy tamten gol padł, to ten nasz lewy obrońca — ten stary lis, co potem poszedł na emeryturę i teraz całymi dniami szuka niedźwiedzia w lesie — wyskoczył tak wysoko, że aż mu pasek od spodni puścił, i wszyscy zaczęli dopingować „jeszcze raz ten pasek!”, a on tam wisiał w powietrzu jak kapelusz na wietrze, no i wylądował na bandzie, a potem dopiero wbiegł na środek boiska.
i wiesz co jest najgorsze? do dzisiaj, jak słyszę w radio „jastrzębie grają defensywnie”, to od razu mam przed oczami tamten moment — tamci chłopcy nie mieli żadnej defensywy, oni mieli tylko serce wbite w buty i chęć, żeby komuś nareszcie pokazać, że nie jesteśmy żadnym „pijany średniakiem”. a teraz? teraz się mówi o taktyce, o rotacjach, o cichym geniuszu trenera, ale gdzie tam… tamten gol był jak jeden wielki „a nie mówiłem?!” zesłane z nieba, no bo przecież nie było na to innego wytłumaczenia.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
no i tu mi się rozwalają mózgownica jak patrzę na wasz nostalgia 🤣 bo sam tamtego wieczoru akurat siedziałem w kibicowskiej ławce z fajką, którą dostałem od dziadka za „całoroczny doping”, no i obiecałem sobie, że nie wstydzę się tego snusa nawet jakby sędzia mnie wylał — ale wiecie co? jak ten gol padł, to ta fajka wyleciała mi z rąk prosto w szklankę z piwem starego pana obok, który akurat krzyknął „w końcu!”, a ja na to tylko „kurde, stary, to już nie moja wina, że jastrzębie strzelają tak głośno” 🍿🔥
Memy to też analiza.