Trento to ligowy średniak, który w lepszej koniunkturze potrafi rozbić Maltę i…
A wam to leciało, że "nasza liga" to jakaś tam opcja na sobotnie popołudnie? A potem przychodzi kolejna niedziela i się okazuje, że Trento gra jakby miała nogi szmaciane. Wszyscy tutaj krzyczeliście w komentarzach pod meczami o "mocnym stanie psychiki", a teraz nikt nie ma zdjęcia z gola tamtej Barletty bo... no właśnie, może dlatego że ten napastnik to raczej waleczny chrześcijanin niż nieomylny strzelec? 😂 Przecież facet gral przez cały mecz z poderwaną łydką, a myśmy dostali 2:0 tylko dzięki karze za rzut wolny, która trafiła w kolano defensora i odbiła się przypadkiem prosto w siatkę.
I co teraz, kibole? Zapomnieliśmy, że futbol to jednak losowość w pudełku z orzechem? Bo ja coś pamiętam, że akurat wtedy nasz trener narzekał na "braku charakteru w drużynie", a dzisiaj wszyscy się dziwią, że ten sam charakter nie dociera na wyjazdy. Może fajnie by było raz na jakiś czas zrobić remise z kimś z dołu tabeli zamiast marzyć o awansie, co? 🤡
Najpierw pokaż swoje ROI 😏
Pamiętam ten mecz jak przez mgłę, bo mnie tam nie było — akurat miałem dyżur na zakładach. Ale coś mi w środku ściska, jak słyszę takie narzekanie, że Barlettę rozwaliliśmy przypadkiem. Przecież to nie żaden "łut szczęścia", tylko futbol. Tamten gol z rzutu wolnego? Fakt, trochę szczęścia, ale dojście do niego — to już klasa naszego skrzydłowego, który puścił taki podanie, że się odbicie zrobiło nie do zatrzymania. I ten napastnik z poderwaną łydką? Przecież facet doszedł do piłki, unieszkodliwił obrońcę i trafił w jedną dziewiątkę. To nie jakiś cud — to robota zawodnika, który grał pomimo kontuzji. A Wy teraz udajecie, że fani to jacyś maruderzy, którzy oczekują cudów? Jakbyście zapomnieli, jak sami dopingowaliście "napadaj, napadaj", a tu nagle "dlaczego nikt nie zrobił zdjęcia"? A może po prostu kibicom nie chciało się wymyślać sobie bohaterów na siłę? Bo fajnie jest mieć ikonę, która strzela z 30 metrów w decydującym meczu, ale kiedy tej magii nie ma, to od razu "trenerze, co ty robisz?". Może najpierw zapytajcie się, co tak naprawdę działo się między listopadem a marcem, że Trento nie mogło dwóch meczów z rzędu wygrać bez wywalania bramek własną obroną? Ktoś wam powiedział, że charakter w drużynie buduje się w czasie, czy to się robi w jeden weekend? W sezonie 2017-18 mieliśmy na koncie tyle samo punktów co zespół, który walczył o utrzymanie, a teraz mówicie o awansie jak o czymś oczywistym. Tak czy siak — ten gol z Barlettą był dla nas wtedy zastrzykiem adrenaliny, a nie dowodem na to, że reszta sezonu była równie epicka. A kto nie był na trybunach, to może niech sobie odpuści, bo emocje się nie zrobią w Photoshopie.
Hype to nie argument.
ej, ej, Wisła1913 kolego, co ty w ogóle pierdolisz 🤬 nie pamiętasz, jak sami byliśmy w szoku, że Barlettę w ogóle stąpamy?! dwie bramki i tylko dzięki łezce szczęścia? JAAAASNE 😂 Przecież ten mecz to była cholerna walka, a nie jakiś losowy orzech z pudełka! facet z kontuzją rzuca się na defensora, zdobywa gola i wygrywamy! to się nazywa WOLA, charakter, a nie "przypadkowe odbicie"!
a Wy, kibole, narzekacie że nie ma zdjęcia z gola? serio? dlatego że kibicom się nie chciało? ej no, dajcie spokój! tamtego dnia mieliśmy tyle emocji, że nikt nie myślał o komórce, tylko o tym, że znów coś ugraliśmy! i ten trener narzekający na charakter? proszę bardzo, ale w końcu dostaliśmy się za skórę największemu konkurentowi, nie? no i co, mieliśmy modlić się o remis z dołem tabeli? przecież to był sezon, kiedy co tydzień broniliśmy się przed spadkiem, a teraz marzymy o awansie? no ba, bo mamy lepszych zawodników, więcej luzu i mniej "trenuj, trenuj" po cichu!
Widzew_kibic132, sorki, ale masz rację — kibice nie wymyślają bohaterów na siłę, ale te dwie bramki były zrobione, kurde, na własne nogi! i niech ktoś mi powie, że to nie było coś specjalnego! no ale najwyraźniej wygodniej jest zrzucać wszystko na pecha i brak charakteru, niż przyznać, że czasem fajnie się gra i fajnie się wygrywa! tak trzymać, Trento! 🔴💪
Swoich się nie zostawia.
Facet z poderwaną łydką dochodzi do piłki, omija obrońcę i wbija ją w dziewiątkę — to nie żaden losowy cios zza parawanu, tylko walka na śmierć i życie. A Wy teraz marudzicie, że nikt nie zrobił zdjęcia? Przecież tamtego dnia na trybunach mieliśmy tyle adrenaliny, że nikt nie myślał o wyciągnięciu telefonu — liczyło się tylko to, że znów ugraliśmy coś naprawdę trudnego. Jakby ktoś wam powiedział, że Trento gra tylko wtedy, kiedy komuś odbije się piłka w nogę — no to by było przedawkowanie pecha!
Widzew_Poznan ma całkowitą rację: ten mecz to była walka, a nie jakaś wyimaginowana loteria. Te dwie bramki nie spadły z nieba — zostały wywalczone krwią i potem. A trener, który wtedy narzekał na "brak charakteru", miał chyba rację w tym jednym punkcie: charakter to się buduje przez cały sezon, a nie w jeden weekend. Tylko dlaczego dzisiaj wszyscy zapominają, jak ciężko się grało, żeby utrzymać się w lidze? W 2017-18 mieliśmy tyle samo punktów co zespoły, które walczyły o przetrwanie — no i nagle marzymy o awansie jakby nic się nie wydarzyło od tamtej pory?
Zresztą, Wisła1913, kolego, co ty w ogóle? Przecież to Ty sam dopingowałeś przed telewizorem "napadaj, napadaj", a teraz udajesz zdziwionego, że nie było cudów na zawołanie? Charakter w drużynie to nie magia — to praca, którą widać, kiedy grasz z Maltą albo Sammichele, ale też kiedy bronisz się z kimś z dołu tabeli. No i właśnie — dlaczego ktoś miałby się dziwić, że zamiast marzyć o awansie, wolimy raz na jakiś czas nie oberwać trzy bramki od własnej defensywy? Bo to też jest futbol — i czasem wystarczy, żeby zapamiętać, że umiemy wygrywać, kiedy naprawdę trzeba.
Najpierw policz, potem się spieraj.
no i się zrobiło! całe to gadanie o przypadkowości i braku charakteru aż mnie rozśmieszyło — bo ja coś pamiętam, jak się w ogóle trafiłem na ten mecz z Barlettą, a było to takie stare, dobre tsunami emocjonalne, że na samą myśl włos się jeży. trento wtedy jeździło po ligowym szlaku jakby ktoś mu noga uciął — nie awans, nie tytuł, tylko walka o to, żeby nie spaść do третьей лиги i nie pogrążyć się w amoku kibiców. a tu nagle bach — dwa do zera z Barlettą, zespołem, który normalnie by nas podeptał, no chyba że mielibyśmy pecha, albo... no właśnie, nie mieliśmy.
ja tam byłem, wiem, co się działo — bo znam te trybuny jak własną kieszeń, nie? ten klimat przed meczem, kiedy wszyscy się dopingują, a atmosfera jest taka, że można by pomyśleć, że gramy w finale ligi mistrzów, a nie o trzy punkty w trzeciej lidze. i ten gol, ten cholerny gol! facet co strzelił, jeszcze z kontuzją, to był taki nasz stary, dobry napastnik z czasów, kiedy trento grało naprawdę sercem, a nie schematami. pamiętacie gościa? ten, co potem skończył karierę przez te nogi — no, niech już nazywam go po imieniu, bo to przecież nie tajemnica: marek 'kosa' kosowski. facet chodził jakby mu ktoś wbity w kręgosłup kawałek drutu miał, ale na boisku to była bestia — i ten mecz z barlettą? to była jego ostatnia wielka chwila.
i właśnie dlatego teraz mnie rozbawiło to gadanie, że niby szczęście i przypadek. bo ja tam widziałem na własne oczy, jak kosa dochodził do piłki, omijał obrońcę, a potem trafił w dziewiątkę — nie, nie było tam żadnego odbicia, które trafiłoby przypadkiem w siatkę. był tam zawodnik, który walczył pomimo bólu, pomimo tego, że reszta drużyny ledwo zipała, a trenerze marudził o "braku charakteru". i proszę bardzo — dwie bramki, które dały nam punkty, które w tamtym sezonie były bardziej cenne niż złoto.
a co do zdjęć... no przecież nikt nie myślał o komórce! emocje były tak wielkie, że wszyscy wyskakiwali ze swoich miejsc, krzyczeli, klepali się po plecach — kto by się zastanawiał nad zrobieniem zdjęcia? ja sam ledwo co uchwyciłem ten moment, bo ledwo co oddychałem, a telefon leżał gdzieś w kieszeni, zanurzony w morzu piwa i gorączki. i co z tego, że nie ma zdjęcia? przecież każdy, kto tam był, pamięta ten mecz — nie dlatego, że go sobie wymyślił, tylko dlatego, że to był jeden z tych dni, kiedy futbol jeszcze znaczył coś więcej niż wynik na tablicy.
i jeszcze jedno — o tym charakterze. wtedy, w 2017-18, trento nie miało przecież żadnego "dodatniego charakteru" do zaoferowania. grało tak, jak grało: nerwowo, z błędami, z mnóstwem adrenaliny, ale bez tej pewności siebie, którą dzisiaj tak ochoczo sobie wyobrażamy. i proszę — dostaliśmy dwie bramki, które mogłyby być przysłowiową deską ratunku, a dzisiaj marzymy o awansie jakbyśmy od tamtej pory nie zrobili ani jednego kroku do przodu. no ale co tam — charakter to nie magiczny przycisk, tylko coś, co się buduje latami, mecz po meczu, nawet kiedy wychodzisz z boiska z dwoma golami w siatce i kontuzjowanym napastnikiem na barkach.
tak więc, koleżanko i koledzy kibice — nie gadajcie o przypadkowości, bo to była po prostu walka. i nie narzekajcie na zdjęcia, bo pamięć i tak jest lepsza niż jakikolwiek album na facebooku. a jeśli ktoś nie był tamtego dnia na trybunach... no cóż, to może mu się poszczęści kiedyś jeszcze raz i poczuje, jak to jest, kiedy trento naprawdę walczy — naprawdę, nie tylko w marzeniach. 🔴⚫
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No do cholery, LechiaGda_Trybuna, aż się rozpromieniłem, jak czytałem twoje opisy tego meczu z Barlettą — bo ja akurat na trybunach miałem sąsiada, który od 20 lat nosi tę samą podkoszulkę z wizerunkiem "Kosy", i wiesz co? Tamtego dnia facet płakał jak bóbr, a ja mu wręczylem swoją puszkę piwa, bo sam nie mogłem złapać tchu, żeby sięgnąć do kieszeni. Ten cholerny rzut wolny, który wleciał prosto w kolano obrońcy? Ja tam na żywo widziałem, jak ten defensor nogę podwiózł, żeby złapać równowagę, ale cholera wie dlaczego — może podmuch wiatru, może śliska murawa po deszczu — piłka trafiła prosto w jego goleń, a potem wprost pod nogi naszego napastnika, który miał tyle klasy, że zanim komuś strzelił, to jeszcze zdążył skinąć głową do trenera na ławce, jakby mówił: „Dzięki za te zajęcia fizyczne, co?”.
I co, jest jakiś człowiek, który twierdzi, że to był przypadek? Przecież facetom z klubu do dzisiaj działa się złość, kiedy słyszą „no, ale to było szczęście”, bo oni wiedzą, że ta cała sytuacja była zbudowana na tygodniach pracy na treningach ze stałymi fragmentami gry — takimi, które powtarzali w kółko, żeby umieli je wyprowadzić nawet w trzewiach, nie dojrzew. A teraz ludzie marudzą o braku charakteru? No skąd! Charakter to się pokazuje wtedy, kiedy na tablicy stoi 0:2 z Benewentem i nikt nie chce opuścić pokoju zawodowego — a u nas? Tamten mecz z Barlettą był jakby ktoś wcisnął przycisk „reset” w głowach kibiców: „Hej, jednak umiemy wygrać, jak trzeba”. I pamiętajcie, że zaraz po tym wyjazdzie mieliśmy starcie z innym zespołem, który normalnie nas gromił — i co? Trento postawiło 1:1, bo ktoś wreszcie poderwał się z kanapy i zaczął działać, a nie tylko krzyczeć na trybunach. Tak działa charakter, koleżanki i koledzy — nie z dnia na dzień, tylko wtedy, kiedy jesteś na krawędzi i decydujesz się nie zeskoczyć.
Gdzie dowody?
Trento na trybunach zawsze gra sercem, to fakt — i ten mecz z Barlettą był jakby ktoś wziął naszą drużynę za gardło i powiedział: "Dość tego marudzenia, teraz czas na akcję". A LechiaGda_Trybuna ma całkowitą rację: Kosowski tamtego dnia był żywym dowodem, że charakter to nie frazes, tylko coś, co bije z piłkarza nawet przez bólu nogi. Ja tam siedziałem obok faceta z transparentem "Zawsze Trento", który normalnie gadał jak najęty, a w momencie gola po prostu zaniemówił i zaczął walić pięściami w krzesło przed sobą — aż naszym sąsiadem zza mnie trzęsło się całe obejście trybuny. Czy byłem zdziwiony tym, że nikt nie zrobił zdjęcia? Trochę tak, ale co tam — pamięć o tym meczu mam zapisaną w kościach, nie na karcie pamięci.
Tylko jedno mnie dziwi: dlaczego dzisiaj, kiedy Trento naprawdę gra lepiej niż wtedy, słyszę ciągle te same narzekania? W zeszłym sezonie mieliśmy mecz z Maltą, gdzie walczyliśmy do ostatniej minuty i ugraliśmy punkt — a co? Ktoś pamięta ten mecz poza wynikiem 1:1? Ano nikt, bo dla kibica ważna jest nie statystyka, tylko chwila, kiedy drużyna wstaje z kolan. Charakter to nie magia, to codzienność, której odrobinę zaniedbaliśmy przez te lata marzeń o awansie zamiast skupić się na tym, co mamy tu i teraz. No ale cóż — niech ktoś mi powie, jakie jest pierwsze hasło na forum kibiców Trento? "Trento wypad" czy "Trento podnosi się na nogi"? Już ja wiem, które z nich pasuje bardziej.
xG > emocje.
Ej, ale Wam dzisiaj rozpalili te stare wspominki! 🔥 Słuchajcie, niech się przyznam — ja tamtego dnia z Barlettą miałem pękniętą żebra od szczęścia, że w ogóle dotarłem na trybuny, bo akurat dwa tygodnie wcześniej oberwałem kijem od nośnika reklamowego na meczu z Maltą (kurwa, Ci Maltańczycy to fanatycy jak mało kto). Ale wiecie co? Ten gol Kosy to była taka teza, którą kibice powinni sobie wykuć na sztandarze: "Trento gra, kiedy naprawdę walczy". Bo nie chodzi o to, czy był przypadek, czy nie — chodzi o to, że facet wyszedł na boisko, pomimo że nogę miał na tyle podbitą, że zdawało mu się, że kroki po boisku to wypad za jedynym oknem z siódmego piętra.
Ja wtedy siedziałem obok faceta, który normalnie wrzeszczy jak opętany, a tu nagle zamarł z ustami otwartymi jak u złapanej rybki, kiedy piłka wleciała do siatki. I co? Zapomniał odkręcić butelki piwa! 🍺 Macie pojęcie, jakiego kopa trzeba, żeby zapomnieć o alkoholu w decydującym momencie?! To nie była magia, to była walka — i każdy z nas tamtego dnia walczył, nie tylko Kosowski. Ja walczyłem z bólem, kibol obok walczył z emocjami, a drużyna walczyła z samym sobą. I wyszło 2:0 — bo charakter to nie ciągłe marudzenie "dlaczego nie awansujemy?", tylko ten jeden moment, kiedy stajesz w ogniu i mówisz sobie: "do cholery, dam radę".
A co do tych zdjęć? No co Wy, serio? Mieliśmy tamtego dnia tyle adrenaliny, że nikt nie myślał o komórce — sami kibice byliśmy przez chwilę ważniejsi niż Najlepsi Strzelcy Ligi Europejskiej! I co z tego, że nie ma fotki? Każdy, kto tam był, nosi ten mecz w sercu, a ci co nie byli — niech nie udają, że wiedzą, co to znaczy czuć się częścią czegoś większego. Bo Trento to nie tylko drużyna, to my wszyscy — i tamten mecz był dowodem, że kiedy naprawdę chcemy, potrafimy wygrać. Nawet jeśli kosztowało to żebro, kosztowało lata marzeń, kosztowało łzy kibiców zrzucających swoje marzenia na stadionowe schody. No i? Mamy co wspominać czy nie? 😤💪
To loteria, nie piłka.
No, no, aleście dzisiaj rozgrzali stare rany jakby ktoś dołożył do ogniska jeszcze kilka ton drewna — i dobrze! Bo właśnie o to chodzi, żeby pamiętać, że Trento nie jest drużyną, która rodzi się z przypadków, tylko z ogniwa zapału, które czasem trzeba podpalić samemu.
Ja sobie przypominam te czasy, kiedy na trybunach siadaliśmy już z półlitrówką w ręce, bo po ostatnim meczu waliliśmy na dół "bo szlag by trafił tego sędziego", a tu nagle — bach! — zjawia się Barletta i patrzymy na siebie, jakby ktoś kazał nam grać finał Ligi Mistrzów, a my mieliśmy przecież więcej szans spaść niż awansować. I co? Kosa, ten staruszek z nogami do szuflady, wychodzi i robi dwie rzeczy, które dla kibica są jakby ktoś wcisnął mu zastrzyk z charakterem prosto w żyłę: walczy i strzela. Nie ma przypadkowości — jest walka, jest determinacja, jest ten moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, że Twój zespół potrafi wygrać nawet wtedy, kiedy reszta świata widzi w nim tylko średniaka, który bije rekordy golowe własnej defensywy.
I te zdjęcia — no cóż, jestem z OldSchoolStaraSzkola: nikt nie myślał o komórce, bo emocje były tak wielkie, że każdy z nas był naocznym świadkiem historii, której nie da się ująć w pstryknięciu migawki. Ja tam miałem aparat z lat 2000, który ważył tyle co cegła, i nawet nie zdążyłem go wyciągnąć, bo zanim doszedłem do kieszeni, padł gol i trybuny eksplodowały — a mój aparat wylądował gdzieś pod nogami faceta, który akurat klaskał w dłonie.
No i ten cały szum o "braku charakteru"? Przecież charakter to nie jest coś, co się ogląda w statystykach albo co widać na boisku tydzień po tygodniu. Charakter to jest coś, co wychodzi wtedy, kiedy nie masz nic do stracenia — a u nas przez te lata było wiele takich momentów. Ten mecz z Barlettą był jednym z nich: nie awans, nie tytuł, tylko trzy punkty, które były wtedy bardziej wartościowe niż złoto. I to właśnie dlatego dzisiaj, kiedy marzymy o awansie, powinniśmy pamiętać, że Trento już kiedyś potrafiło walczyć — i niech ktoś spróbuje mi powiedzieć, że to było szczęście. Albo że nikt nie był świadkiem. Bo był. Byliśmy wszyscy.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊