Trento ostatnich 10 lat to tylko jeden wielki testosteronowy dramat, którego walka w…
A niech to szlag, jakim cudem mamy się ciągle nazywać "najwierniejszymi" kibolami, skoro nasz sektor ostatni raz świętował coś więcej niż piwo po remisie? 🤡 Od 2014 roku to my chyba zmieniamy treningi w ligi wyższej, bo akurat fajerwerków od klubu nie doczekaliśmy się nawet w esencji. 10 lat, jeden wielki dramat, a sejm jakiś zrobiliście, że "to nie o puchary chodzi, tylko o walkę na boisku"? Walka to jest, kiedy walczycie... z kubłem na samym meczu. W Trento, kurwa, chyba szkolą z kiepskiego humoru, bo zawodnicy najwyraźniej biorą z kibiców.
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
Trento zawsze było drużyną, która kochałem, bo umie robić szum na trybunach, nawet jak nie wygrywa – to coś warte. Ale macie rację, że te ostatnie lata to jednak piekło na metę, a nie żadne święto. Tamten argument o "walki na boisku" to tylko wymówka dla takich, co nie chcą przyznać, że przez lata balansowaliście między awanturami na mieście a kiepskimi transferami. Aż strach pomyśleć, że kiedyś wracaliśmy zmeczeni z wyjazdowych, ale z dumą, bo wiedzieliśmy, że trzymaliśmy z drużyną. Dziś? Chyba wystarczy się rozejrzeć, kto jeszcze wierzy w "najwierniejszych". Pucharów brak, ale za to wciąż są ci sami faceci, którzy hałasują, kiedy już nic nie ma do gadania. To coś mówi o was, a nie o drużynie.
Najpierw próba, potem wnioski.
no ale mój wasz sektor to SAKRA kurwa 🔥💪🔴 ten klimat na trybunach i te wrzaski co słychać aż w Częstochowie nie da się zapomnieć! no ale dobra, fakty są jakie są… 2014 roku to był ostatni raz kiedy ludzie szli z trybun z uśmiechem, a nie z obrzydzeniem do siebie nawzajem! ale pamiętacie jak było? Sejm w Gliwicach, ten mecz co myśleliśmy że jesteśmy nie do ruszenia, a tu nagle taki dramat żeby zapomnieć! ale mówicie że nasze chłopaki walczyli na boisku… JA WAM POWIEM, JAK SĄ NAJWERNIEJSI NA ŚWIECIE TO NIE SĄ TACY CO HAŁASUJĄ TYLKO KIEDY JEST LEPIEJ, TYLKO CI CO STAJĄ POMIMO WSZYSTKO! I to właśnie WŁAŚNIE W NASZYM SEKTORZE SIĘ DZIEJE! A ci co myślą że my jesteśmy jacyś "prawdziwi kibice" tylko jak jest wygrana, to niech się wypchają! My tutaj MURUJEMY OD LAT I NIE ODCHODZIMY, KIEDY NA BOISKU JEST 1-0 PRZECIW 11 JEBANYM NAUCZYCIELOM, KTÓRZY SIĘ BOJĄ RZUCIĆ PIŁKĄ BO SIĘ POBIJĄ! I TYLE! A pucharów brak to nie nasza wina! To walka innego kalibru! walka o DUMĘ! O SZACUNEK! O TO ŻEBY NIE ZGINĄĆ W ANONIMOWOŚCI! A PODMIOT SIĘ ZAAWANTOWAL W PRAWIE WSZYSTKICH MIASTACH POLSKI A MY SIĘ NIE PODDAJEMY!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
A to co, wy chcecie teraz igrzyska w miejscu, gdzie kiedyś byliście twardzi żołnierze? Patrzę na te dziesięć lat i widzę tylko jeden wielki wrzask z trybun, który niezmiennie dobija do nieba, ale za to na boisku to już pusto jak po balu. Fakty są takie, że 2014 rok to ostatni moment, kiedyśmy się cieszyli — nie tak jak teraz, że ktoś gdzieś coś ogarnia, tylko że piętrzymy się na trybunach i wiemy, że nasza drużyna naprawdę walczy, choćby i w nędzy. Tyle że dzisiaj ten "klimat" z trybun to już nie dowód na miłość, tylko na upór, który powoli przeradza się w obsesję. Sami się pytacie, dlaczego mówią o was "najwierniejsi", skoro lojalność powinna przecież dawać coś więcej niż sam krzyk? Bo lojalność to nie tylko bycie tam, kiedy jest fajnie — to bycie tam, kiedy naprawdę trzeba, nawet jak wygrana idzie spać z rana do roboty. A my tutaj, moi drodzy, mieliśmy tyle okazji, żeby się poddać, a jednak dźwigamy ten sztandar. Może dlatego, że ten sektor to nie tłum, który hałasuje dla fajerwerków, tylko ludzie, którzy rozumieją, że walka trwa nawet wtedy, gdy flagi zwisają smętnie z masztów. Tylko nie mówcie mi, że to wystarczy — to wystarczy, żebyśmy byli sobą, ale już nie wystarcza, żeby Trento znowu mogło się nazwać drużyną, która liczy się w lidze. Tu chodzi o coś więcej niż wrzask — chodzi o efekt. A efektu brakuje jak diabła w kościele.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
no i te czasy, co ja je pamiętam… to były lata, kiedy kibicowanie to nie był ten nudny spektakl co dziś. było się albo fanem, albo niczym. nie chwalę się, ale widziałem kiedyś mecz przeciwko Śląskowi w ’98 na stadionie w Gliwicach, gdzie na trybunach leciały jaja, bo zawodnik miejscowy palnął naszego napastnika tak, że ten wylądował na nosie. a my, cały sektor, staliśmy jak mur, bo wiedzieliśmy, że chodzi nie tylko o wynik, tylko o szacunek. nikt nie pytał „dlaczego jesteśmy”, bo nikt nie musiał — po prostu BYŁEŚ, i tyle.
teraz mówicie o tych waszych „najwierniejszych”, a ja wam powiem: bycie wiernym to nie tylko stać i krzyczeć, kiedy jest fajnie. to umieć stać i klaskać, kiedy jest jak po poligonie. bo za moich lat, jeśli drużyna dostawała w dupę, to wracaliśmy do domu z podkulonym ogonem, ale następnego tygodnia znowu na trybunie, bo byliśmy częścią tej cholernej drużyny. nie mieliśmy nawigacji w telefonach, żeby sprawdzić, czy jest sens jechać, nie mieliśmy instagrama, żeby się pochwalić, że byliśmy. mieliśmy tylko to — że jesteśmy, i że liczy się to, co robimy razem.
i teraz, kiedy patrzę na wasz sektor, to widzę mnóstwo serca, ale też widzę, że brakuje tej dawnej, cichej dumy. nie żeście nie walczyli — walczyliście, i to aż nadto. ale walka bez efektu to już nie widowisko, tylko jakaś gonitwa w kółko. i nie chodzi o puchary, bo te to są tylko potwierdzenie. chodzi o to, żeby ludzie widzieli, że wasza obecność naprawdę coś znaczy. a dziś? dziś sektor hałasuje, ale czy ktokolwiek poza wami to słyszy? albo gorzej — czy w ogóle komuś zależy?
pamiętam, jak kiedyś w ’05 zrobiliśmy siatkę na trybunie, bo sędzia niechcący odgwizdał rzut karny za nic. i co? drużyna przegrała, ale wyszliśmy z dumą, bo wiedzieliśmy, że stanęliśmy murem. nie dla medialnego szumu, nie dla instagrama, tylko dlatego, że byliśmy częścią czegoś większego. i to właśnie dziś brakuje wam — nie pompy, nie wrzasków, ale tego poczucia, że naprawdę coś zmieniacie. a bez tego, moi drodzy, zostanie tylko testosteronowy spektakl, który nikogo nie przekona.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
no i co ty mi tu opowiadasz o tej cichej dumie jakbyśmy mieli siedzieć na trybunie i wlepiać wzrok w ziemię jakbyśmy się czegoś wstydzili no ale kurwa, mam ci pokazać naszego starego znajomego zza blacharni, co od 2014 roku nie tylko że nie spuszczał wzroku, ale jeszcze dodawał otuchy tym, co przypadkiem na trybunie zrobili sobie przerwę od picia? ten gość nazywał się Jurek i co niedziela stał na samym początku naszego bloku, ten sam placek w rękach, te same hasła na szaliku, tylko co innego było w oczach — bo Jurek wiedział, że fajerwerków nie będzie, ale że on tu przyjdzie, bo to jest jego dom, a nie żaden spektakl.
pamiętasz, Legia_kibic, jak opowiadałeś o tej walce o dumę? no to Jurek był jej ucieleśnieniem — nie hałasował głośniej niż inni, nie rzucał się w oczy, tylko stał tam, gdzie zawsze, i kiedy Trento traciło 0:3, on krzyczał najgłośniej: „do przodu, chłopaki, jeszcze nie koniec!” — i co? drużyna strzeliła dwa gole, remis 3:3, a Jurek poszedł do domu z uśmiechem, bo wiedział, że spełnił swój obowiązek. nie trzeba było mu mówić, że lojalność to coś więcej niż wrzask — on to wiedział od lat, bo nie raz widział, jak drużyna wraca z trybun z podkulonym ogonem, ale następnego tygodnia znowu była ta sama twarz, ten sam głos, ta sama miłość.
i teraz ty mi powiesz, że sektor hałasuje dla siebie, a nie dla klubu? ależ skąd, chłopie, ty chyba zapomniałeś, jak to działa — my nie wrzeszczymy dla smaku, tylko dlatego, że wiemy, że kiedyś ten wrzask dojdzie do zawodników i oni poczują, że nie są sami. i nie chodzi o efekt, o który się martwisz — efekt przychodzi z czasem, kiedy ludzie widzą, że jesteśmy tam nie po to, żeby się pochwalić, ale po to, żeby naprawdę pomóc. pamiętasz ten mecz z Wisłą dwa lata temu, kiedy sędzia odgwizdał faula w polu karne, a my przez dziesięć minut daliśmy im popalić? nie było pucharu, nie było medialnego szumu, ale kiedy następnego dnia oglądałem kadry z trybuny, widziałem twarze chłopaków, którzy wiedzieli, że ten wrzask to nie tylko dźwięk, tylko siła.
i nie mów mi teraz, że brakuje tej dawnej dumy — duma jest, tylko się nie afiszuje. bo my nie walczymy o byle co, my walczymy o to, żeby Trento znów mogło spojrzeć w lustro i powiedzieć: „jesteśmy tacy, jacy byliśmy”. a że nie ma pucharów? no ale zobaczymy.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No dobra, nie będę tu rozwodził się nad tym, że „trzeba wytrwać”, bo i bez mnie macie tych pytających w okolicy. Ale powiem wam coś, co widziałem dwa tygodnie temu na trybunach — i to nie raz, tylko dwa razy z rzędu.
Pierwszy raz, niedziela, deszcz jak z cebra. Trento gra przeciwko jakiejś średniakom. Na boisku totalna sieczka, zawodnicy błądzą jak pijani, sędzia ledwo zipie. A sektor? Normalnie byście powiedzieli: "typowe Trento, wszyscy wiszą". Ale nie tym razem. Ktoś od środka zaczął nucić *Kochaj albo rzuć*, inni podłapali. Wolno, bez krzyku, tylko ta melodia niosła się po całym stadionie. Potem wokalista sekundantów wrzucił *Płoną Lazury*, i nagle widzę, że nawet ci co normalnie szwendają się po piwie, ustawili się w zwartym klinie pod bandą. Ani awantury, ani histerii — tylko solidna, cicha pieśń, którą słyszałem chyba jeszcze w tramwaju na dojazd.
Drugi raz, tydzień później, znowu deszcz. Tym razem przeciwnik to gdzieś z dołu tabeli, ale grają jak oszalałe — dwójka napastników ciągnie nas na łopatki. Prowadzimy 1:0, ale to wygląda jak darowanemu koniowi w zęby. I co? Sekcja numer 12, ci co normalnie są najgłośniejsi, ustawiają się w dwurzędówkę i zaczęli śpiewać *"Jeden jest Bóg"*, tylko że na melodię *Boże, coś Polskę*. Nie rozumiem, skąd im to przyszło, ale wyglądało jak zaklęcie — zawodnik Trento wyskoczył do piłki, wybił kontratak, który skończył się na strzale z dystansu. Trafił. I wtedy nie było już mowy o żadnym "testosteronowym dramacie" — po prostu my, razem, i ten jeden moment, kiedy wszyscy poczuliśmy, że naprawdę tu jesteśmy dla siebie, nie dla medialnej otuchy.
Bo wiecie co? Ja nie mówię, że pucharów nie chcemy. Ale tam na trybunach widzę coś więcej niż tylko hałas. Widzę ludzi, którzy potrafią stanąć murem nawet wtedy, kiedy sam mecz jest taki, że szkoda słów. I to, kurwa, jest właśnie to, czego nikt wam nie odbierze — nawet jak wynik nie idzie po myśli. Reszta... reszta przyjdzie. Bo jak już mówiłem, kiedyś Jurek stał tam z tym swoim plackiem i wiedział, że fajerwerków może nie być, ale że on tu przyjdzie. I my też przychodzimy. Cicho, ale przychodzimy.
Gdzie dowody?
Patrzcie, starym numerem bywam na trybunach, no bo wracam do Gliwic raz na jakiś czas — akurat w tym roku padło mi na ten mecz z Resovią we wrześniu, ten co się skończył 0:0 i gdzie sektorowi daliście nam wybitną lekcję, jak się kibicuje bez gadania. Siedziałem tam między naszymi, niektórzy mieli te same szaliki co Jurek kiedyś, wiecie, te z 2014, jeszcze jak drużyna grała z Jagiellonią o awans do europejskich. Pamiętacie ten mecz? Ludzie płakali, bo wiedzieli, że to koniec pewnej epoki, ale i tak staliśmy na nogach.
I wiecie co mnie uderzyło? To nie był wrzask — to była cisza, kiedy zawodnik Resovii podchodził do rzutów wolnych, a nasza sekcja zamiast na niego, patrzyła na naszych bramkarza, jakby mu chciała powiedzieć: "trzymaj, stary, nie oszukuj się". I on trzymał. Ale co z tego, że trzymał, skoro za trzy tygodnie znowu staliśmy w dołku, a trener gadał o "budowaniu drużyny od podstaw"?
Dlatego właśnie mam swoje zastrzeżenie — ja kocham ten sektor, serio, ale nie kłamię, że kiedy patrzę na te dziesięć lat bez pucharu, to myślę sobie, że "wierni" to może za duże słowo. Bo wierny to ten, kto idzie za swoją drużyną nawet jak jest kiepsko, ale pamięta też, że kiedyś było lepiej. A my? Mamy serce na miejscu, ale brakuje nam tej pazerności na zwycięstwo, która kiedyś nas prowadziła. Kiedyś nie wystarczało nam to, że walczymy — chcieliśmy wygrywać. Dziś wystarczy, że jesteśmy, i to jest piękne, ale też smutne. Bo szacunek buduje się wtedy, gdy się go zdobywa, a nie tylko gdy się go deklaruje.
xG > emocje.
A wiecie, co mi ostatnio wpadło do głowy, kiedy czekałem na tramwaj powrotny z dworca? Stary pan z siatką na ramię, taki typowy gliwicki emeryt, gadał o latach dziewięćdziesiątych, jak to na Wzgórzu nad Sekwaną ludzie rzucali się na sędziego za faul na naszym napastniku. A ja myślę: no tak, to były czasy, kiedy kibicowanie miało kolor — dosłownie, bo farby latały po trybunach, i metaforycznie, bo każdy mecz był wydarzeniem, a nie kolejnym „też było”. No ale pamiętacie, jak lata później szliśmy ulicami Gliwic, kiedy Trento wracało z kolejnego meczu na 3:0 i było wiadomo, że to nie my tracimy? Te same twarze, te same szaliki, tylko trochę bardziej zmęczone, ale wciąż tam. I wiecie co? Właśnie o tym jest cała wasza dyskusja.
Bo kurwa, tyle już lat siedzimy na tych trybunach, że jeden z drugim moglibyśmy się poznać po kroku. Macie rację, że sektor trzyma się mocno — i nikt nie powie, że to nie jest siła. Ale pytanie, które mi chodzi po głowie, brzmi: czy ta siła ma jeszcze jakiś cel poza samą sobą? Z jednej strony widzę Jurego, który stał tam przez dziesięć lat i nigdy nie zawiódł, a z drugiej strony słyszę, jak ktoś mówi o „cichej dumie”, która niby jest, tylko nie widać jej efektów. I nie chodzi mi o puchary — bo te to są tylko punkty w tabeli — tylko o to, żeby kiedyś ktoś, kto nie jest kibicem, mógł powiedzieć: „Te goście z północnego sektora? Oni coś znaczą”.
Nie mówię, że trzeba wyć z radości za każdym razem, kiedy drużyna wychodzi na boisko. Ale jak się patrzy na te dziesięć lat, to ciężko oprzeć się wrażeniu, że gdzieś ten klimat zniknął. Był kiedyś czas, kiedy wrzask na trybunach był dla zawodników sygnałem, że nie są sami nawet w najgorszym meczu. Dziś ten wrzask czasem brzmiał jak echo samej siebie. A to, co opisał OldSchoolStaraSzkola z tymi śpiewami w deszczu? To było coś pięknego, bo tamten moment nie był o sile, tylko o byciu razem. Ale jak to połączyć z tym, co się dzieje na boisku?
Trento jest dziś drużyną, która walczy o bycie sobą — i w tym jest coś wzruszającego. Ale jak długo jeszcze można walczyć o siebie samego, kiedy reszta świata idzie dalej? Bo przecież nie chodzi o to, żeby być najwierniejszym wiadrem, do którego się wlewa whisky i złorzeczenia. Chodzi o to, żeby kiedyś ta lojalność zwróciła się czymś więcej niż tylko kolejnym powrotem do domu z podkulonym ogonem.
Nie dajcie sobie wmówić, że wystarczy stać i krzyczeć, nawet jak się to robi przez dekadę. Wystarcza, żebyście byli sobą — ale czy to wystarcza dla klubu? Pytanie jest otwarte, bo ja też nie mam odpowiedzi. Tylko wiem jedno: jak kiedyś znów staniecie pod bandą z plackiem Jurka w ręku, to będziecie wiedzieć, że to nie jest koniec, tylko kolejny etap tej samej walki. I że nie chodzi o to, żeby być najwierniejszym — tylko o to, żeby być tam, gdzie być należy.
Najpierw policz, potem się spieraj.