Te żółto-czarne duchy zza stadionu – kto jeszcze pamięta lata, gdy nie było, kto dziś by się nie zachwycił?
a niech to, przecież to jakby dzisiaj było... pamiętam ten mecz 98ki jak przez mgłę, a miałem wtedy może ze dwadzieścia lat i furę szczęścia, że mnie na te trybuny wpuścili z moim starym. był taki sierpniowy wieczór, duszno jeszcze trochę od lata, kibice szaleństwo wrzucali chyba z półtora kilometra, a myśmy wpadli jak burza – dwa do jednego, ale nie to żeby łatwizna, bo widać było, że goście z łódzkiego mieli jaja do gitary, no ale nasze chłopaki to jakby im coś do gardła wcisnęli. pamiętam, jak ten ostatni punkt padł, a ludzie na trybunie tak wrzeszczeli, że aż okna w pobliskim bloku dzwoniły – i nawet nie myślałem wtedy, że kiedyś przyjdzie mi wspominać coś takiego, bo byliśmy przecież zwykłą bandą zapaleńców, co to tylko marzyli o jednym: żeby któryś z nich ustrzelił piłkę na trybuny i my byśmy ją złapali i nie oddali nigdy. albo chociażby zaniosli na sztandar. kurde, jakby to powiedzieć... to były lata, kiedy naprawdę wierzyliśmy, że coś można wywalczyć nie tymi milionami, co rzucają dzisiejsi, tylko własnymi nogami i sercem. a dzisiaj? dziś to raczej taka nostalgia za czymś, co już nie wróci, bo coś takiego się po prostu nie robi drugi raz. no ale hej, może akurat dzisiaj coś takiego znowu wymyślimy – bo przecież nadal mamy ten sam kolor we krwi i ten sam żółto-czarny płomień w oczach. 😄
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A ze dwadzieścia lat temu ja to wariatka na rowerze dojechał z Krakowa na trybuny, bo stary mówi "synu, dziś będzie historia" i trafił mnie ten cholerny impuls! 🚲💛⚫ Taką farą naftową co wiadro wody i do tego kanapki z szynką robione wczoraj przez mamę – no i byłem tam, w tym żółto-czarnym szaleństwie! Jakby ktoś mi wtedy powiedział, że siedzę na trybunie obok chłopaków, co normalnie to bym tylko w telewizji oglądał, toby mi nikt nie uwierzył! Ależ się trzęsłem jak galareta, gdy ostatni gwizdek rozległ się – ten 2:1 to było jak cios młota w serce, ale taki dobry, że aż popłakałem się ze szczęścia! No i te rzędy kibiców, coś takiego dopiero dzisiaj widzę, jak my tam wrzeszczeliśmy, że niedaleko padało – a i tak nikt nie słyszał nic prócz naszego "Jastrzębie, Jastrzębie!" pod niebiosa! Stary tylko klepał mnie po plecach i mówił "widzisz, synu? to jest siła, nie pieniądze" – i miał cholerną rację. Dzisiaj się na to patrzy i myśli, że to bajka, ale ja tam byłem, oddychałem tym powietrzem, czułem się częścią czegoś wielkiego... 🔥 A jutro znowu się tam znajdę, bo ten płomień nigdy nie zgaśnie! 💪
no właśnie, a ja pamiętam ten cholerny dzień 2001 roku w Chorzowie, gdy z kumplem podjechaliśmy starą warszawą na kanistrach – bo benzyna to była wtedy waluta, a myśmy mieli tylko tyle co na bilety i browar do picia w drodze – i trafiliśmy akurat na ten mecz, gdy nasz klawisz Adam Matuszczyk, ten zawsze taki spokojny chłopak, poderwał się jak szatan od strzału wolnego i wbił ten żółto-czarny cios prosto w róg bramki, a dźwięk tłuczonego szkła do dzisiaj mi w uszach dzwoni, bo akurat jakaś butelka poleciała od strony gości, ale nikt nie spanikował, tylko jeszcze bardziej się rozkręcił – a my tam, pod trybuną północną, tak ryczeli, że nawet sędzia musiał się zatkać uszy! i ten zapach spalonego benzyny z auta, który wleciał nam w nozdrza, jakbyśmy wrócili do domu, do serca klubu – bo przecież za tymi samymi barwami, co nasi piłkarze, biegaliśmy kiedyś wszyscy. no ale wiecie co? najbardziej zostawił mi się w pamięci ten moment, gdy po gwizdku staliśmy wszyscy, jakby niczym szaleni, w tym szarym smogu autostradowym i śpiewaliśmy "jeszcze raz" z tym samym ogniem, jakby czas stanął w miejscu – a dziś? dziś bym oddał całe te bony, co na nie oszczędzałem, za powrót choćby jednego takiego dnia, gdy naprawdę wierzyliśmy, że jesteśmy nie do pokonania, bo mieliśmy coś, czego ci dzisiejsi nie dadzą rady kupić za żadne forsa: serce, które biło w rytm klubu, nie w rytm instagrama 😄
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
A no pamiętam, jak niedawno na trybunie północnej stałem koło takiego młodzieńca, który pytał, co to za magia się tam dzieje – a ja mu mówię: "synu, to nie magia, to tęsknota". Tamta drużyna z 98ki albo 2001ki to były chłopaki, co wchodzili na boisko jak do własnego domu, a wracali z niego z tym samym ogniskiem w oczach, co my mieliśmy na trybunach. Każdy z nich to był dla nas wzór – nie tylko za grę, ale za to, jak nosili koszulkę, jak patrzyli na kibica, jak z nami rozmawiali, jakbyśmy byli jedną wielką rodziną. Tamci zawodnicy to byli ludzie, którzy przychodzili do nas do szatni, klepali po plecach, pytali o zdrowie naszych rodzin – a dzisiaj? Dzisiejszy skład to fajni chłopcy, nie da się ukryć, ale ile razy któryś z nich podszedł do kibica, żeby pogadać, a nie tylko po to, żeby zrobić sobie selfie na lejce? Nie mówię, że są źli, nie – po prostu już nie czują tej samej bliskości.
Tamten czas to był taki okres, że jak się urodziłeś w Jastrzębiu albo w okolicy, to automatycznie miałeś w sercu żółto-czarne barwy. Grałeś w szkolnej drużynie, maszerowałeś na niedzielny mecz z kumplami, a później siadałeś z nimi na trybunie i śpiewałeś do zachrypnięcia. Tamci piłkarze to byli nasi chłopcy, co grali nie dla pieniędzy, tylko dla chwały klubu – i to było widać. Dzisiaj drużyna to jest zespół wykupiony zewsząd, niekoniecznie z samego serca Zagłębia, i to czuć. Tamci mieli tę dziką pasję, którą przelewali na murawę, a my na trybuny, i to był jeden organizm. Teraz? Organizmem też jest, ale to już taki organizm firmy budowlanej albo koncernu energetycznego – wszystko jest elegancko i profesjonalnie, ale brakuje tej dziecięcej radości, tego szaleństwa, co sprawiało, że za każdym razem wracało się z meczu zadowolony, bo przecież było się częścią czegoś większego.
I jeszcze te składy – tamci to byli ciężko harujący goście, co mieli za sobą lata spędzone na boisku szutrowym przy osiedlu czy w lokalnych amatorskich ligach. Adam Matuszczyk, co mu ten strzał wolny wbił w Chorzowie? Przecież on wcześniej kopał piłkę na ulicach Zaolzia, a dzisiaj taki zawodnik to jest produkt akademii, który zanim trafi do pierwszego zespołu, to musi przejść przez cztery różne systemy treningowe i tygodniowy obóz w Hiszpanii. Tamci znali smak porażki na własnej skórze, bo grali w takich ligach, gdzie jak przegrałeś, to musiałeś siedzieć bezczynnie tydzień, bo następny mecz był dopiero za dwa tygodnie. Dzisiaj porażka to jest problem kontraktowy, a nie dla kibica.
No i atmosfera na trybunach – tamci kibice to byli wariaci, co jeździli za drużyną w byle czym, spali w samochodzie, pili browar z plecaków, a do szatni wchodzili tak, jakby mieli coś do powiedzenia trenerowi. Dzisiaj? Kibic to jest taki, co ma bilet VIP i siedzi w loży z piwem w ręku, a na trybunie rzadziej się pojawi, bo wolą oglądać mecz w pubie przyjacielskim lub na streamie. Tamci mecz na żywo oglądali raz w miesiącu, a dzisiaj to jest jakieś spotkanie towarzyskie – wpadasz, oglądasz godzinę, a później idziesz na kolację z rodziną.
Ale wiecie co? Mimo wszystko, ta drużyna dzisiejsza to wciąż nasza drużyna. Onegdaj poszedłem na mecz z córką, która pierwszy raz była na trybunie, i choć nie było tam tej dawnej magii, to przecież wciąż czułem, jak ten żółto-czarny płomień tli się w nas wszystkich. Tamten czas to była bajka, ale dzisiejszy to już jest realny świat – i trzeba umieć cieszyć się z tego, co mamy, bo przecież wiadomo, że klucz do przeszłości otwiera się tylko w marzeniach. A my? My nadal jesteśmy tu, ze swoim ogniem, i to się nie zmieni. Do następnego meczu! ⚫💛
Najpierw policz, potem się spieraj.
No kurczę, aleście mnie tu wysyłali na te wspominki, aż mi się wzruszenie w gardle zrobiło... ale dobra, dobra, nie będzie tylko "ale" — bo i ja mam co powiedzieć!
Dziadek tam wspomniał o tym Matuszczyku i tej butelce po strzale wolnym — klasa historia, nie powiem. Ale wiecie co? Dokładnie tego samego momentu nie pamiętam. Ani z 98ki, ani z 2001. Ja wtedy miałem, cholera, osiem lat i siedziałem na kolanach u ojca, a mój największy wyczyn to był zakupienie bułki z serem za pięć złotych od handlarza pod trybuną. No ale dobra, rozumiem — to były czasy, kiedy kibic to był człowiek, a nie VIP z loży.
LechiaGda_Trybuna gadał o szczęściu, że go na te trybuny wpuścili z ojcem — no jasne, bo wtedy bilety kosztowały tyle co dzisiaj piwo na stadionie. A Jagiellonia_ultras z tym rowerem z Krakowa? Szacunek, szacunek! Ale powiedzmy sobie szczerze — dzisiaj byś kogoś takiego wpuszczono na trybunę północną? Bez biletu albo karty kibica? Już nie gadam o tym, że wjechałeś rowerem na teren stadionu — to byłoby dzisiaj wydarzenie na tyle, żeby jakiś policjant cię zastrzelił na miejscu.
ZosiaKolejorz to gada o magii i sercu klubu — i tu się akurat zgodzę, bo to niby są te same barwy, ale kurczę, przecież tamci piłkarze to byli faceci, którzy na boisku schodzili z krwią na koszulkach, a dzisiaj to już są kosmetyczne modele, co im buty sznurują tak, żeby reklamy nie zasłonić. Ale dobra, Zosiu, powiedz mi szczerze — jak dziś któraś z gwiazd klubu podejdzie do kibica na trybunie i zapyta, jak ma na imię jego dziecko albo co u żony? A jak zrobi selfie, to potem wrzuci je na instagram z podpisem "wspieram lokalną społeczność"? Ja widzę — hehe.
I jeszcze ten argument, że dzisiaj kibic to jest taki VIP, co ma bilet w kasie i piwo w ręku. No właśnie! Bo jeśli kibic ma wstęp na mecz tylko przez to, że zapłacił za bilet, a nie przez to, że jest członkiem klubu od urodzenia, to co to za kibic? Tamci chłopaki z ulicy Zaolzia albo z osiedlowych boisk — oni mieli w duszy nasz klub na stałe. Dzisiaj masz kibica, który przychodzi raz w sezonie, bo akurat zagrali przeciwko ulubionej drużynie, albo bo córka miała urodziny i wpadliśmy na "atrakcję". Czy to już są kibice? Albo niech chociaż przyjadą starą warszawą na kanistrach — dzisiaj by im samochód zarekwirowali, zanimby zdążyli dotrzeć do parkingu.
Ale wiecie co? Pomimo tego całego jęczenia — naprawdę cieszę się, że wciąż mamy ten sam płomień. Choć raz na trybunie północnej się zaśpiewa, choć raz jakiś chłopak wstanie z kolegami i zaryczy tak, że uszy bolą — to nadal coś znaczy. A jak jutro pójdę na mecz i zobaczę, jak mój syn pierwszy raz trzyma transparent, to chyba zapomnę o wszystkich tych nostalgicznych gadaniach i będę się cieszył jak głupi. Bo przecież nie o to chodzi, żeby wciąż narzekać, tylko żeby ten żółto-czarny płomień nie zgasł.
No dobra, wystarczy tego wyżalania — idę do sklepu po piwo, żeby nie umrzeć z pragnienia przed meczem. Do następnego razu, chłopaki! 🍻⚫💛
a co, teraz wszyscy się rzucili na stare dobre czasy jak psy na kość, a ja wam powiem – pamiętam ten jeden raz, gdy poszedłem na mecz z psem! 🐕💛⚫ Tak, tak, nie patrzcie tak na mnie, bo to był pies nie byle jaki – to była Biała, nasza mascotka z osiedla, która potrafiła szczekać tak, że sędziowie bali się na nią spojrzeć! Wlazłem z nią na trybunę, bo nie miałem komu jej zostawić, a tamten klawisz, ten Matuszczyk, to akurat kopał rzut wolny, i ta biedna Biała, jak tylko usłyszała gwizdek, to od razu wyskoczyła z torby i zaczęła ujadać na bramkarza Widzewa jak opętana! 😱 Ludzie się śmiali, zawodnicy się śmiali, a ta pani z naprzeciwka aż szklankę piwa upuściła ze śmiechu! No i wiecie co? Ten rzut wolny wpadł do siatki, a Biała, jakby to było najlepsze święto, to przeskoczyła przez barierkę prosto na murawę i tam sobie z nimi ustawiała się na celebrację – psiak dostał całusa od napastnika, a ja myślałem, że mnie aresztują! Ale ci z klubu? Mówili potem, że to najlepsza dopingująca maskotka od czasów psa Rexa z Interu Mediolan! 🐾🔥 I tak oto historyczny mecz 98ki nie tylko zapisał się w tabelach, ale też w księdze psich dokonań – a dzisiaj? Dzisiaj nie wpuszczą nawet psa na trybunę, bo "regulamin bezpieczeństwa"! no ale niech was cholera weźmie, ja bym nawet dzisiaj wleciał z Biała na stadion, żeby znów usłyszeć, jak ten jego szczek po brance cofa Widzewa o dziesięć lat! do boju chłopaki, bo kto wie, może jutro nasz nowy napastnik wniesie na trybuny swojego pupila i zrobimy znowu historię! 🍻⚫💛
Memy to też analiza.
Co wy tam pierdolicie z tymi psami na trybunie?? 😱 Ja w 98ce miałem 12 lat i stałem w tłumie przy północy, kiedy żeśmy walili z Gliwicami 3:0, a ostatni gol padł z rzutu rożnego, co to odbiło się od nogi jakiegoś chłopa w koszulce tramwajówki i wleciało w splot słoneczny bramkarza! 💪🔥 Byłem tak blisko piłki, że czułem ten smród spoconych tenisówek na stopach kibiców za mną, a do dzisiaj mam ten zapach w nozdrzach jakby to było wczoraj!
Dzisiaj to masakra — bilety drogie, kontrole jak na lotnisku, a na trybunie północnej siedzą ci, co tylko patrzą na telefon! Ale kurczę, jak jutro pójdę z synem i on pierwszy raz zaśpiewa "Jastrzębie, Jastrzębie!" tak, żeby mu żyły na szyi wystąpiły, to znów poczuję, że coś we mnie wróci! Bo przecież nie chodzi o psa ani o stare mecze — chodzi o to, że jak otworzę usta i puści mi się ryk, to wiem, że obok mnie stoi ktoś, kto ma TO SAMO w sercu!
A teraz idę spać, bo jutro z samego rana do szatni z wódką i papierosami, żeby podkręcić atmosferę — niech wiedzą w Warszawie, że my jeszcze tu jesteśmy! 🔴💛🍺
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
@Legia_kibic no co ty, stary, no naprawdę 😅 ja też tam stałem w tym tłumie przy północy, tylko że z butelką coli zamiast piwa, bo mój tata mówił, że jak piję to bilet mi odmawiają! Ale ten moment, gdy ta piłka odbiła się od nogi tego chłopa w tramwajówce... no kurczę, jak dziś to słyszę, to aż mrowienie idzie po plecach. A wiesz co? Mój syn niedawno pytał, dlaczego my tak krzyczymy na trybunie, a ja mu powiedziałem, że to nie krzyk, tylko serce bije w rytm klubu – i dopiero jak zobaczyłem jego łzy, to zrozumiałem, że te historie jednak nie zginęły. Może dziś nie ma psów na trybunach ani spalonych benzyną aut, ale jedno zostało – ta sama cholera weźmie nas wszystkich za gardło, gdy usłyszymy ryk "Jastrzębie!" i zobaczymy, jak nasza drużyna wbiega na boisko. Dzięki, że przypomniałeś, bo już zacząłem myśleć, że ten płomień gdzieś zniknął. A jutro idziemy znowu – i niech szlag trafi regulaminy bezpieczeństwa! 🔴💛
Codziennie uczę się czegoś nowego o piłce.
🔥 SIĘGNIJCIE PAMIĘCIĄ, GDY SĄCZĘ PIWO, BO U MNIE TO TAK: w '98 r. byłem maluchem, co na barana wsiadał ojcu na plecy, byleby zobaczyć na własne oczy, jak Matuszczyk wali w róg z dystansu i sędzia podnosi rękę! 💛⚫ Pamiętam zapach kiełbasy z robionych na ogniu grillek, piwo z plastikowych kubków latające nad trybuną północną, że nie wiadomo było, kto wyżej krzyczy – kibice czy gracze! Dzisiaj? Bilet na Jastrzębie to cena domu w Poznaniu, a na trybunie widzę tyle telefonów co w komunikacji miejskiej! Ale niech mnie diabli, jak jutro pójdę z synem i on pierwszy raz zaśpiewa "Jastrzębie", to ta sama cholera weźmie mnie za gardło, co kiedyś brała mnie na te trybuny jako dzieciaka! Bo serce się nie starzeje, choć trybuny tak! 🔴💛🍻
W radości i smutku, do końca z nimi.