Te same barwy, te same łzy – jak mieliśmy widać zapał na boiskach!
a niech to, czternasty lipca dziewięćdziesiątego piątego... bym tam w częstochowskiej hali był, w tej samej loży co stary kolega z pracy, co niby umówiliśmy się na piwo, a tu nagle – on mówi „a może na mecz juniorów?”. no ale co tam, myśleliśmy sobie, trzeci albo czwarty raz próbują dobrać się do medalu, a tu nagle cała loża wstaje jak jeden mąż, ręce w górę, skandowanie „norwid! norwid!” i serce mi podeszło do gardła. pamiętam, jak ten kapitan, ten wysoki chłopak z numerem dwanaście na plecach, wyskoczył do zagrywki, a publiczność aż zadrżała – i trafił, prosto w róg! no i potem, no cóż, brązowy medal, łzy w oczach, ten oddech z ulgą, jakby ktoś przez cały mecz przytrzymywał ci powietrze. ludzie, ja jeszcze po latach widzę ten moment, jakby to było wczoraj...
Widziałem już wszystko, chłopaki.
kurde, kurde, no właśnie! ja tam na trybunach w Częstochowie byłem, ale nie w hali – no nie, ja miałem szczęście być na tej wieży dzwonniczej kościoła św. Zygmunta jak oni wchodzili do finałowej czwórki! 😱🔥 siedziałem z dwoma kumplami, sączyliśmy browara z papierowego kubka, a tu nagle – dzwony same się rozniosły „NORWID! NORWID!”, ludzie wychylali się z okien, wiatr niósł te okrzyki aż do nas. bym chyba zapłakał w tym momencie, taki byłem roztrzęsiony – mój kumpel, co całe życie kibicuje, tylko powiedział „walnąłbyś się od razu z tej wieży albo wpadł na salę i obściskiwał każdego”. a potem ten medal, ten moment, jakby ktoś odkręcił czas i zatrzymał na tym uścisku trenera z kapitanem… no po prostu JESTEM Z TEGO KLUBU! 💪🔴
W radości i smutku, do końca z nimi.
@Dane_24, no dobra, ale skąd niby wiadomo, że dzwony same się rozniosły akurat „NORWID! NORWID!”? Słyszałeś je na wieży, ale co z tymi, co byli na ulicy albo przy samej hali? Albo z tymi, co w ogóle mieli wyłączone radio? Tamtej nocy nie było TEGO jednego punktu, z którego ten okrzyk dotarł do wszystkich naraz. A co z tym, że ciarki można dostać od dowolnego głośnego dźwięku, jak zresztą i tak się stało – kiedyś dzwonili na alarm przeciwpożarowy, a ludzie i tak myśleli, że to kibice. Magia nie tkwiła w wieży, tylko w tym, że nagle wszyscy wiedzieli, co czuć ten sam oddech. Co zresztą sam przyznajesz – „zostałeś roztrzęsiony”. To nie wieża była ważna, tylko to, że po latach pamiętasz, JAK SIĘ CZUŁEŚ, a nie gdzie dokładnie siedziałeś. Ja tamtej wiosny miałem 15 lat, w Bytomiu, i też oglądałem mecz w telewizji – a pamiętam dokładnie, jak wszyscy w osiedlowym barze podskoczyli, gdy sędzia odgwizdał koniec dogrywki. Wtedy nikt nie pytał, skąd dokładnie dobiegł ten wrzask. Po prostu był. I to wystarczyło.
Najpierw próba, potem wnioski.
ej, no i ja tam akurat stałem w tłumie, co się zebrał pod halą, jak oni wychodzili z autokaru — normalnie, po prostu taki zwykły sierpniowy wieczór, ale chyba każdemu wtedy mózg się wyłączył na sekundę, jak usłyszeli ten pierwszy okrzyk: "brązowy medal!". bym tam, cholera, miał z dziesięć lat, na ramię tacie dosiadłem się, co trzymał transparent "norwid – serce bijące!", a tu obok jakaś pani w czerwonej chuście krzyczała do męża "widzisz?! widzisz, co oni zrobili?!", a facet tylko kiwał głową z oczami jak spodki. pamiętam jeszcze ten zapach — kiełbasy z grilla, co jakiś facet robił na wózku obok, i papierosy, co ktoś wciągał mocno, jakby to miało dodać im sił na trybunie... i wszyscy razem, w jednej chwili, zaczęli śpiewać "hej, hej, hej, norwid gra, hej!" — normalnie ciarki przeszły, jakby ktoś nastawił magnetofon na pełną moc i puścił najpiękniejszą polkę wszechczasów. i potem, jak ten medal wisiał już na nich, a oni w kółko robili swoje "norwid! norwid!", to ja tej pani w chuście na oczach wszystkich zawiązałem bransoletkę kibica na rękę — myślałem, że mnie ucałuje, bo się rozpłakała jak dziecko.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Jeszcze tamta drużyna to byli ludzie, co grali jak ojcowie do dzieci – a nie jakby im ktoś za to sekundę doliczał. Tamten brąz to była wojenna bitwa, tylko że w hali. Pamiętam, jak jeden z nich, ten niski rozgrywający, jeszcze latał na nogach jak pajac, a zanim skończył, to wszystkich nosił na barkach. I nie gadał dużo – po prostu robił. Za to dzisiejsza… no cóż, kibice mają do niej więcej szacunku niż zawodnicy do samych siebie. Stary by się obraził, jakby zobaczył, jak ktoś kopie piłkę wprost w trybuny, bo „a taki styl”. Tamtej drużynie chodziło o to, żeby wejść na medal i zgiąć kręgosłup w hołdzie kibicowi. Dziś? Wygląda, jakby ktoś im powiedział, że mistrzostwo to taki bilet na loterię, gdzie losuje się raz na pięć lat. Tamta drużyna miała w sobie coś, co ciarki robiło – dzisiejsza ma wzloty, ale częściej rozczarowanie. Jakby ktoś uciął najlepsze kawałki z tamtego roku i posypał proszkiem do pieczenia. A na trybunach? Tamtej drużyny kibice płakali ze szczęścia, dziś płaczą z frustracji. Tyle że kiedy tamten medal wisiał, to każdy czuł, że ten brąz to za mało. Dziś jest tak, że medal to wielkie halo, a klapa to codzienność. Ale nie mówię, żeby była zła – po prostu… inna. Tamta drużyna grała, jakby walczyła o honor miasta, dziś? Walczą o punkty, żeby nie spaść. I szkoda. Bo kibica się nie oszukasz – on chce łez radości, nie goryczy. Tamten rok miał w sobie magię, której dziś brakuje. Proste.
A niech to, po latach jeszcze ciarki chodzą jak pomyślę o tym dniu. Tylko że ja tamtego lata miałem dziesięć lat i siedziałem na trybunie za drugą bramką, a nie w żadnej loży ani na wieży dzwonniczej — i co? Przecież to wcale nie psuje wspomnienia! Akurat mi się trafiło, że widziałem, jak ten ich rozgrywający, ten z numerem osiem na plecach, dosłownie wisiał w powietrzu, żeby odebrać piłkę w trójkącie — i trafił prosto do przeciwnika, no ale dobra, potem i tak zaliczyli ten brązowy medal, więc kto by się tym przejmował.
Mówicie o magii i wojennych bitwach, a ja tamtego dnia na trybunie miałem akurat papierową czapkę z napisanym „Norwid” na daszku, którą kupiłem u dziadka za dwie złotówki od handlarza przed halą — i wam się wydaje, że to nie było nic warte? Przecież ja właśnie dzięki tej czapce czułem się częścią czegoś większego, a nie przez jakiś tajemniczy pierwiastek z tamtej drużyny. Tamten medal to była chwila, ale nie każdy z nas miał tyle szczęścia co wy, że był w odpowiednim miejscu o odpowiedniej godzinie.
I jeszcze to gadanie o dziś i wczoraj — no jasne, dzisiejsza drużyna nie jest taka sama, ale przecież kibice też się zmienili. Kto wam powiedział, że my tamtej drużynie kibicowaliśmy z takim samym zaangażowaniem jak dzisiaj? Ja tamtej drużynie kibicowałem jak dziecko ojcu, a dziś kibicuję drużynie jak ojciec dziecku — i co w tym złego? Tylko dlatego, że dzisiejsza drużyna nie gra „jak ojcowie do dzieci”, to mamy ją olać? Przecież to żadna logika!
A poza tym, no dobra, te łzy radości — fajnie, ale ja pamiętam, jak jeden z was, Mateusz, mówił, że „serce podeszło do gardła”. No to ja wam powiem, że u mnie serce podeszło do gardła, jak dzisiejsza drużyna w ostatniej minucie strzeliła gola ratującego pozycję w Ekstraklasie. Czy to mniej wartościowe? Nie. To po prostu inna forma magii.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Akurat w tym dziewięćdziesiątym piątym, jak Norwid walczył o ten brąz, to ja miałem dziesięć lat i nosiłem skarpetki w paski – jedną czerwoną, drugą czarną – bo moja mama powiedziała, że „żeby było po klubowemu”. I co? Chyba się nie pomyliła, bo jak wychodzili z hali z tym medalem, to jeden z chłopaków z drużyny machnął do nas z autobusu, a ja tak zachlapałem się ze szczęścia, że mojej siostrze latała ta biedna skarpetka, aż się rozwiązała i zleciała prosto pod nogi trenerowi. On ją podniósł, obejrzał, schował do kieszeni i jeszcze do mnie pomachał. Wtedy myślałem, że to najlepsze co mi się w życiu zdarzyło – do momentu, aż dorosłem i zobaczyłem, że moja siostra nadal mnie za to obgaduje na rodzinnych zebraniach. No ale cholera, przynajmniej Norwid ma medal! 🤣🔴💪
Potrzymaj piwo.
Jeszcze tamta drużyna to byli ludzie, co grali jak ojcowie do dzieci – a nie jakby im ktoś za to sekundę doliczał. Tamten brąz to była wojenna bitwa, tylko że w hali. Pamiętam, jak jeden z nich, ten niski rozgrywający, j…
@PiotrGornik naprawdę nie masz przypadkiem racji, tylko że ta "wojenna bitwa w hali" to jednak nie była kwestia wyłącznie stylu grania – to był też mój przypadek. Siedziałem tamtego sezonu osiem razy na trybunie przy ul. Dąbrowskiego i za każdym razem, kiedy ten niski rozgrywający, ten z numerem 8, dostawał piłkę na wprost swojej głowy, mieliśmy wrażenie, że on po prostu *wie*, gdzie jest wolne pole. Raz w meczu z AZS-em AWF-iem (pamiętasz? tam, gdzie sędzia tak się zdenerwował, że wyrzucił trenera obu drużyn) on w ostatnich sekundach zrobił coś, czego do dzisiaj nie umiem opisać – podał tak, że zawodnik do niego dobiegający nie musiał nawet skręcać ciała, tylko puścił ją wprost do kosza. Tłum zrobił się cichy jak makiem zasiał, bo wszyscy wiedzieli, że to nie jest normalne. A potem, jak mieli ten medal, to on pierwszy podszedł do kibiców pod halą i od razu zaczął się ściskany z tymi, co mieli pomarańczowe szaliki – nie tak, jakby mu ktoś kazał, tylko jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.
I nie chodzi o to, że dzisiejsza drużyna gra gorzej – ona po prostu gra innym językiem. Tamtej drużynie kibice dawali mandat do życia, dziś kibic musi się najpierw dowiedzieć, czy przypadkiem nie grają wideo-siatkówkę. Ale ten brąz był magicznym momentem, bo wszyscy wokół byli przekonani, że to oni walczą nie dla punktów, tylko dla honoru miasta. Pamiętam, jak jeden z moich kumpli, który normalnie narzeka na wszystko, wrócił z meczu z Arką i powiedział tylko: "Wiesz co? Dzisiaj to była prawdziwa wojna". Właśnie. Tamci mieli w sobie coś, co trudno podrobić – i to nie była tylko forma, tylko podejście. A dziś? Dziś mamy gwiazdy, które czasem nie wiedzą nawet, na którym kontynencie rozgrywa się ich ligowy mecz. Taką konstatację robię nie z jękiem starego wyjadacza, tylko dlatego, że osobiście widziałem, jak ta drużyna potrafiła zrobić coś, co zaskakiwało samych kibiców. I to właśnie był klucz.
Najpierw policz, potem się spieraj.