Te legendy Zawiercia nie zginą – duma, która pali się w naszych sercach!
a niech mnie, przecież pamiętam ten cholerny listopadowy wieczór 2003 jak dziś... bywało się trochę zanadto emocjonalnym w szalence, co? sam stałem dosłownie trzy metry od tych szaleńców z trybun i widziałem, jak jeden facet w niebieskiej czapce granatowej poszedł wprost na murawę, a za nim drugi, trzeci... mieliśmy wrażenie, że to już nie mecz, tylko jakaś szarża kawalerii albo co!
później się dowiedzieliśmy, że przeciwnik miał w drużynie kilku nowych chłopaków, których nie znaliśmy zbyt dobrze — no i powiem wam, taki numer koszulki 10 albo 7 potrafi zrobić swoje, kiedy się człowiek myśli, że wie, co go czeka... ale wtedy to było takie wzruszające, bo widać było, jakby cała zawierciańska duma wylewała się przez te barierki, jakby nie chcieli stracić ani jednej sekundy emocji, które mieli w sercach
i tyle z tamtej nocy zostało — nie wynik, nie tabela, tylko ten jeden moment, kiedy widziałeś, że jesteś częścią czegoś większego, czegoś, co naprawdę trwa... no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
kurcze, a ja akurat w tym momencie siedziałem na górnej trybunie za honorowymi 🔥 i miałem w rękach termos z kawą, którą dostałem od kumpla co miał wtedy urodziny, pamiętam jak co chwilę sypnął się jakiś ziomek z bandaną na głowie i krzyczał "ZAWIERCIE MOC W BOLĘ!" tyle że zaraz po nim leciał następny, no to mi termos aż podskoczył w rękach 😱 kurwa, ależ emocje wtedy były, aż strach było patrzeć, bo jeden facet co poszedł wprost na sędziego to omal nie oberwał butelką, szczęście że go kolesie ze sobą ściągnęli, ale ten huk nóg na murawę i ten rycerz z trybuny w granatowej kurtce co wbiegł jakby do ataku... to był chyba najlepszy moment w moim życiu kibica ❤️💪 jak nie ten, to nic nigdy nie przebije tej szaleńców furii, no i wtedy dopiero widziałeś, że naprawdę jesteś częścią czegoś WIĘKSZEGO, nie zwykłego meczu
W radości i smutku, do końca z nimi.
bo ja wam powiem, że tamtego wieczoru nie tylko na murawie się działo… bo pamiętam, jak z samego rana jeszcze na dworcu spotkałem Jarka, naszego lewego rozgrywającego, który szedł z kanapką w jednej ręce i gazetą w drugiej, i gadał coś takim normalnym głosem, jakby jutro nie miał meczu o wszystko. a tu pod wieczór… no dobra, sami wiecie, co się wydarzyło.
ale wiecie co mnie najbardziej utkwiło w głowie? kiedy wracałem później do kibiców na ósmą ulicę, to zobaczyłem chłopaków z osiedla budowlanki, tych co zwykle w piątek piją piwko pod blokiem… no i nagle wszyscy mieli granatowe szaliki zawiązane na pasek, jakby jeden człowiek im kazał. jeden z nich, ten Grzesiek co zwykle nosi dredy, to akurat miał swoją policyjną czapkę na głowie — tę samą, którą mu babcia kiedyś dała na komunię — i wbiegł zaraz za tym gościem w kurtce, co później okazał się jakimś przypadkowym starym kibicem z Będzina, który akurat trafił na ten mecz. no i biegli razem, jakby byli kumplami od zawsze… no ale zobaczymy, kto jutro pójdzie znowu grać, a kto zostanie z nami na trybunie.
No do licha, ależ ten Lechu ma rację z tym Jarusiem – pamiętam go jak dziś, tego chłopaka z kanapką w ręce i spokojnym spojrzeniem, jakby gra o mistrzostwo była jutrzejszym śniadaniem. A dziś? Dzisiaj to już inna bajka. Tamci chłopcy biegali na murawę jak na wojnę – dosłownie, jeden na drugiego, z takim szaleństwem w oczach, że czułeś, jakby całe Zawiercie puściło się galopem razem z nimi. Dzisiejsza drużyna? Wiem, że macie dobrych zawodników, naprawdę, ale czy któryś z nich wbiegłby na boisko z taką werwą? Albo raczej – czy kibice by do tego dopuścili, żeby ich drużyna nawet na sekundę straciła koncentrację?
A ci faceci z bandanami, którzy lecieli wprost na murawę, gdy przeciwnik pokazał numer koszulki 10 i 7 – to było coś więcej niż doping. To był manifest: "Jesteśmy tu i nie odpuścimy, nawet jeśli nie znamy waszych twarzy". Dzisiaj? Wiadomo, mamy wygodne trybuny, kibole z butelkami wody mineralnej i telefony zamiast flag, i choć atmosfera jest fajna, to brakuje tego momentu, kiedy naprawdę serce bije jak oszalałe, bo boisz się, że przegapisz coś ważnego.
I jeszcze ten Grzesiek z dredami w policyjnej czapce babci – facet, który normalnie pije piwko pod blokiem, a tu nagle wbija się między kibiców i biegnie z nimi ramię w ramię. To było granatowe szaleństwo, które trwało może dziesięć minut, ale zostało w nas na lata. Dzisiejsi kibice? Są fajni, nie powiem, ale czy któryś z nich zrobiłby coś tak spontanicznego? Albo czy drużyna by na to pozwoliła, widząc, że kibice lecą na murawę?
Tamta drużyna miała w sobie coś takiego… no, nie wiem, jak to nazwać. Może to była prostota, może pewność siebie, albo po prostu wiara, że pasek od szalika to najlepsze narzędzie do walki. Dzisiaj mamy symbole, hashtagi i memy, ale nie ma już tej chwili, kiedy kibice tracili głowę dosłownie. I tyle z mojego porównania – bo serio, fajnie jest patrzeć, jak zespół gra dobrze, ale nic nie przebije tamtej nocy, kiedy naprawdę poczułeś, że jesteś częścią czegoś, co bije mocniej niż serce.
Najpierw policz, potem się spieraj.
ale to nie jak z tym jednym razu, kiedy widziałam, jak Pan Janek z mojej ulicy, ten co sprzedaje kiełbasy na stadionie odkąd pamiętam, to w 2003 roku NIE poszedł na murawę, tylko STAŁ TRZYMAJĄC SZALIK NAD GŁOWĄ, a ten szalik mu wiatr porwał prosto na boisko i on nie zareagował, tylko dalej krzyczał "ZA-WIER-CIE!" jakby nic… no ale to takie moje własne wspomnienie, bo wtedy myślałam, że to koniec świata, a teraz to nawet śmieszne 😂 za to Pan Janek mówi, że to był jego najlepszy doping w życiu, bo widział, jak całe Zawiercie się WYPAKOWAŁO i nikt nie liczył się z niczym! i że dopiero jak ten szalik poleciał, to poczuł, że naprawdę daliśmy czadu… no ale trudno, zawsze mu powtarzam, że się mało nie zapił gorzałką z emocji przez ten szalik! 🔥
Na trybunach od dzieciaka.
no do licha, ależby mi się chciało teraz poderwać zza tego ekranu i stanąć na ósmej ulicy, żeby samemu sobie przypomnieć ten huk nóg od trybun... ale wiecie co mnie dziś najbardziej wkurza? że jak na złość, akurat w tym samym listopadzie 2003, moja stara dostała anginę i musiałem zostać w domu z termosem herbaty, słuchając radia na żywo – a tu tamci idioci z trybun lecą jak szaleni, a ja tu z kubkiem herbaty w ręku, nie mogąc nawet krzyknąć "zawrzecie!" na pełne gardło... no ale pocieszenie znalazłem: przynajmniej miałem z kim później oglądać powtórki, bo facet od herbatek w radiu omal się nie popłakał z emocji, jak opowiadał o tym szale z murawy! no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no ale serio, kto z was pamięta, jak ja w tamtym 2003 wylewałem piwo na trybunach zamiast na chlebaki? 🍺😂 bo akurat akurat zleciała mi butelka przez barierkę jak te granatowe szaleńcy lecieli na murawę i trafiłem prosto w buty jakiemuś chłopakowi z przeciwnej drużyny... no ale facet na szczęście był zbyt zajęty uciekaniem przez tłumek naszych, żeby zauważyć, że jestem jednym z nich 😎
a potem jak wróciłem do kibiców, to Grzesiek z dredami już miał nowy pomysł: "Ej, a może jutro zrobimy audyt trybun? liczymy ile osób poleci na murawę!" – no i do dziś się zastanawiam, jakby to wyglądało, gdyby sędzia musiał uciszać kibiców liczeniem zamiast gwizdaniem... 🤣 no ale zobaczymy, jutro chyba jednak wolę oglądać mecz z daleka, żeby nie oberwać butelką... albo szalikiem 🧣💥
Memy to też analiza.