Te dni, kiedy Rzeszów grał, a stadion zapalał się ogniem boiska!
a to ci dopiero, jak wracam myślami do tych czasów kiedy na tym starym stadionie, no bo gdzie indziej, grał w tej samej drużynie z dziadkiem dzisiejszy Dylik – wtedy jeszcze nikt nie wiedział że on taki specjalista od szalonych żarówek
pamiętam jakby to było wczoraj, był taki jeden mecz pucharowy z tą bandą z Krakowa, cały stadion podduszał się od nerwów, a on, ten chłopaczek zza osiedla, wyskoczył jak z procy i puścił takiego łucznika zza 6-tki, że sędzia nie zdążył nawet gwizdnąć, a myśmy od razu wiedzieli – oto nasz nowy święty
i teraz, kiedy patrzę jak on tam na boisku kopie te piłki w locie, to niby się uśmiecham ale i tak brakuje mi tej chwili kiedy to wszystko jeszcze śmierdziało watolinem i farbą od pawilonu obok, a myśmy śpiewali jak szaleni bo wiedzieliśmy że rzeszów potrafi zrobić każdemu psikusa
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
W pamięci mam jeszcze ten chłód październikowego wieczoru na nowym trybunie, kiedy byliśmy z bratem za osiedlem zaraz przy wjeździe na stadion. Zapach kiełbasy z budki śmierdział tak mocno, że tata musiał mnie ciągnąć siłą, bo ja cały czas wpychałem się przed niego żeby tylko nie przegapić Dylika wchodzącego na murawę. I wtedy... BANG! Ta jedna piłka poszybowała jakby ją ktoś strzelił z armaty, a myśmy wrzeszczeli aż gardła bolały aż do chwili kiedy sędzia podniósł rękę i krzyczał coś o długim. Nikt nie wierzył własnym oczom, ale stadion huczał przez cały tydzień – że to gol dekady, że historia Rzeszowa napisana na nowo. Czasem budzę się w środku nocy i słyszę ten huk z trybun jakby nadal tam byłem, świeże i gorące jak tamten październikowy wieczór
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
no i pamiętam, jak moja stara, żeby nie płacić za bilet, wcisnęła mnie pod trybunę przy schodach na I trybunę – normalnie to był taki wąski korytarzyk, co śmierdział potem i piwem z poprzedniego meczu, a tam były te stare betonowe stopnie, co na każdym kroku chrupały pod nogami. no i nagle – huk! – gol Dylika wyskakuje gdzieś zza narożnika boiska, a ja z tej szopy ledwo co widzę, ale czuję, jak cały ten budynek drży od śpiewów, że nawet te chropawe głośniki na trybunie pierdolnęły głosem spikera jakby chciały nam powiedzieć: „co wy na to, ludzie, oto rzeszów bije się o życie!”. potem jak przybiegłem na górę, to moja stara już płakała, bo widziała ten gol na własne oczy, a ja miałem łzy w oczach nie z radości nawet, tylko z dumy, że oto jesteśmy jedną wielką, zaplutą, śmierdzącą kiełbasą kibolską – i nic nas nie złamie, nawet jeśli trybuna zaraz się waliła pod ciężarem skakania.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No kurczę, jakby ktoś mnie teraz wziął za mordę i spytał, jak tam nasz zespół teraz to porównać z tamtymi chłopakami, co grali z Dylikiem w pucharowym meczu z Krakowem, to musiałbym się chwilę zastanowić. Tamci mieli w sobie coś takiego... jak ten zapach starej drewienkowej ławki, co skrzypiała pod butami, ale trzymała ciężar skakania. Cały czas grało się w Rzeszowie jak w worku z robakami – wszyscy się tam znali, wszyscy mieli jednego wroga, a na trybunach panował ten sam kurz co w gardłach po krzykach.
Teraz to inna bajka. Mamy zawodników, którzy naprawdę potrafią kopnąć, niektórzy z nich noszą w sercu ten sam ogień, co kiedyś, ale brakuje tej... tej brudnej magii, która się robiła, kiedy dwóch kumpli z osiedla grali obok siebie i wiedzieli, że żaden mecz nie jest dla nich przegrany. Tamci nie mieli takich gadżetów, żadnych cyferek w telefonie do sprawdzania pozycji, mieli tylko tę wiarę, że jak już wdepną na murawę, to Rzeszów dostanie to, co należy. A my, kibice, mieliśmy coś jeszcze – ten klimat pawilonu z kiełbasami, który śmierdział jak cała lokalna solidarność, albo te schody pod trybuną, co chrupały pod nogami, ale potrafiły się trząść od śpiewów, jakby same chciały dołączyć.
Dzisiaj mamy nowy stadion, nową organizację, naprawdę fajne podejście do piłki, ale... ale czasem, kiedy patrzymy na te ustawione pozycje i taką zbyt idealną obronę, brakuje mi tej pazerności, z jaką tamci walczyli o każdy centymetr boiska. Byliśmy wtedy jedną wielką, brudną, zakłamaną gromadą, która wiedziała, że najlepsza część meczu to nie ten jeden celny strzał, tylko te dziesięć minut przed nim, kiedy cały stadion wrzeszczy, że zaraz się wydarzy coś, czego nikt nie zapomni.
Tamci grali, jakby mieli w kieszeni nóż i walić go w stół, kiedy trzeba było. Dzisiaj widzę, że umieją grać, ale czasem aż za dobrze – jakby ktoś im kazał wystudiować każdy ruch, zamiast dać się ponieść emocjom. Tamten Dylik wychodził zza osiedla i lał jak z armaty, a dzisiaj, choć mamy naprawdę dobrych zawodników, brakuje tej jednej chwili, która mogłaby wejść do legendy i zostać powtarzana przez pokolenia.
A trybuny? No cóż, dzisiaj są czyste, nowoczesne, wygodne, ale... nie pachną kiełbasą w taki sposób, żeby całe osiedle wiedziało, że kibole z Rzeszowa przyszli na mecz. Tamte czasy miały w sobie coś, co dzisiaj trudno złapać – tę chropowatość, która sprawiała, że nawet jak byliśmy brudni i zakrwawieni od emocji, to nikt nie pytał, dlaczego walczymy. Po prostu wiedzieliśmy. I to właśnie teraz, kiedy patrzę na zespół, który potrafi grać, ale nie do końca tak, jak kiedyś, to ta nostalgia bierze mnie za gardło.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
no właśnie, bo ja pamiętam ten mecz z tamtą bandą z Krakowa nie z trybun, tylko zza bramki – tam była taka dziura w płocie, co to zawsze się tam wciskałem z kolegą, żeby nie płacić za bilet, a tam śmierdziało jakby ktoś wylał piwo ze starej butelki i olej z motoru. ale jak już ten gol wleciał, to naprawdę nawet te dwie budy z sadła na oknach w bloku obok zadrżały od wrzasku. ten dylik to był chłop jak dąb, a my mieliśmy w sobie taką siłę, że jakby ktoś nas zebrał do kupy i posadził na motorze, to byśmy do dzisiaj jeździli po mieście i śpiewali stare piosenki o rzeszowie, który nigdy się nie poddaje. no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
a wiecie co było najfajniejsze w tamtym meczu z Krakowem? że moja stara, jak tylko ten gol wleciał, to tak podskoczyła, że jej szalik wylądował prosto w kuwecie na nowej trybunie – i to nie byle jaka kuweta, tylko ta błyszcząca, "euro-standard", co kosztowała tyle co bilet normalny 😂🤣 a jak się dowiedzieliśmy, że trafiliśmy samych siebie w biedę, to jeszcze bardziej pijani ze szczęścia wrzeszczeliśmy, że to najlepszy gol w historii, bo nawet kuweta została poświęcona dla sprawy Rzeszowa! teraz jak patrzę na te nowe kibolskie ubikacje, to się tylko zastanawiam, czy ktoś wreszcie wymyślił koszyczek na szaliki... albo chociaż instrukcję "jak nie rzucać szalikiem w kierunku bramki" 🍿😂
Memy to też analiza.