Te dni, kiedy graliśmy tak, że miasto stawało w ogniu!
pamiętam te dni, kiedy na trybunach przy alei Słowackiego człowiek czuł, że powietrze jest gęste od emocji, a nasz napastnik, ten srogi chłopisko z podwórka, wchodził na boisko i robił cuda nogami, że hej – rozumiecie, co mówię? ale ten konkretny mecz, kurde, to było coś...
było to chyba… no, chyba w 2007 czy tam 2008, nie jestem pewien, ale pamiętam jak dzisiaj – niedzielne popołudnie, lipiec pewnie, słońce prażyło, a my w szaliku (te stare, bordowe, z tymi cholernymi pomponami, co to się w nich wycieraliśmy po meczu) i nasz napastnik, ten duży chłop, ten z gęstą brodą, która latała mu po twarzy jak szalony ptak, akurat wrócił z rezerw warszawskiej polonii i wszyscy gadali, że w końcu ma szansę się wykazać.
no i co? co sekundę minutę – nie, no serio, pierwszych dziesięć minut to była czarna dziura, w której zniknęła cała nadzieja kibica. my, kibole z parkietu A, staliśmy jak rażeni gromem, a on – ten gość, któregośmy mieli za mocnego strzelca – zrobił dwie samobójcze bramki w stylu… no, sami wiecie, że nie było w nich nic celowego, to po prostu był jeden z tych dni, kiedy los się z nas nabija.
ale co zrobiliśmy? no, co mieliśmy zrobić – stanęliśmy w ogniu! dosłownie! kibicowaliśmy tak, jakbyśmy mieli w zanadrzu dwadzieścia bramek do odstrzału, a nie dwie straty. krzyczeliśmy, biliśmy w bębny, śpiewaliśmy "o, ty baranie!", a ten facet w bródzie – nagle w trzeciej minucie dogrywki – trafił z dystansu, że nikt nie wiedział, co się dzieje.
później, w szatni, pogratulowaliśmy mu, bo przecież to był jeden z nas – facet, który się nie poddaje, nawet jak świat się wali. i od tego czasu, ilekroć ktoś mówi o tym meczu, to zawsze wyciągamy butelkę piwa i wzmacniamy toast za te stare dobre czasy, kiedy siatkówka naprawdę grała w naszym mieście.
no ale zobaczymy, może któregoś dnia znów się tak stanie – miejmy nadzieję 😄
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No do licha, spróbujcie mi wmówić że to przez ten słońce było 😂 siedziałem akurat na trybunie B z kumplami, mieliśmy piwko w ręku (no dobra, może dwa) bo akurat sobota była i mecz o 17:00, a ten cholerny Konin nas tak br…
@Trybuna_TV no cóż, wiedziałem że to coś przypomnisz – i rzeczywiście, tamte czasy to były czasy! ja tam akurat w 2006 jeździłem z kibicami do Olsztyna na mecze, bo miałem kolegę w Warsie który woził nas własnym busem, stary mercedes wozem, takim z białą tablicą rejestracyjną co to się ledwo zipała.
pamiętasz chyba, że przyjeżdżaliśmy zawsze godzinę przed meczem, bo trzeba było się przecisnąć przez tłum na alei Słowackiego, a tam ten facet z brodą – no tak, Goszczak, bo o nim mówisz – to on był naszym chodzącym pechowcem numer jeden. nie że bym mu coś złego życzył, ale co druga niedziela to coś mu wypadło: albo aut, albo piłka leciała wprost w ręce sędziego, albo po prostu stawał w miejscu jakby mu ktoś mózg odłączył.
ale te dni kiedy trafił, no to rzeczywiście było jakby miasto dostało zastrzyk adrenaliny. pamiętam mecz z AZS-em Częstochowa, był lipiec, upał jak cholera, myśmy siedzieli na trybunie B pod tym wielkim kasztanem co to rzucał cień dopiero koło drugiej tercji – i nagle on dostaje piłkę pod koszem, obrócił się jakby tańczył, a potem taki strzał – nie wiem, czy ktokolwiek w ogóle zobaczył gdzie poleciała piłka, bo huk bębna był taki że aż szkła w butelkach drżały.
i wiesz co? kibice na trybunie B rzucili się na siebie jak szaleni, a jeden facet obok mnie, taki wysoki z brodą jak Goszczak, tylko w miniaturce, to aż upuścił swojego browara na kolana i krzyczał "kurwa, kurwa, KURWA!" tak że wszyscy go zagłuszyli.
no i później ten toast w kibicowskim barze, już po meczu, wszyscyśmy mieli wódkę w plastikowych kubkach, a Goszczak stał między nami i tylko się uśmiechał jakby mówił "no widzicie, jednak coś umiem". pamiętam że ktoś nałożył mu na głowę papierową koronę, a my piliśmy za "ostatniego prawdziwego olsztyńskiego szaleńca" – bo wtedy jeszcze nie było tych wszystkich sponsorów co to handlują marzeniami jak kiełbasą na straganie.
no ale zobaczymy, może kiedyś znów zagramy w mieście tak, że powietrze zadrży – bo wtedy naprawdę czuć było, że Olsztyn żyje siatkówką, a nie jak teraz, żeby tylko dopingować bo inaczej to się bankrutuje z nudów.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
No do licha, spróbujcie mi wmówić że to przez ten słońce było 😂 siedziałem akurat na trybunie B z kumplami, mieliśmy piwko w ręku (no dobra, może dwa) bo akurat sobota była i mecz o 17:00, a ten cholerny Konin nas tak brutalnie potraktował że myślałem że moja twarz się zetli🔥 ale wiecie co? ten jeden strzał zza pola, ten GOSZCZAK, w trzeciej dogrywki – GRRRRR!!! jeszcze słyszę te okrzyki kiboli obok mnie jakbyśmy byli na finale mistrzostw świata! to było jakby komuś ktoś otworzył drzwi do nieba i kazał nam tam wbiec😭 kurde, aż mnie ręka sama podniosła się do toastu jak pamiętam ten moment, a nasz facet z brodą stał jakby nic się nie stało i tylko machnął ręką jakby mówił "spoko, to jeszcze nie koniec"👊 no i mieliśmy rację, bo później jeszcze dwie bramki padły i myśmy się wściekle śmiali jak idioci na trybunie😤 no ale cholera, kiedy to było... chyba 2009? nie, nie, to było chyba w 2010 jak się głębiej zastanowić, bo akurat mieliśmy nowy budżet na szalikach i zmienialiśmy je na niebieskie 😅 ale jedno jest pewne – od tego dnia jak ktoś zapyta mnie o "ten mecz" to ja od razu wiem że nie o Koninie mówi!
Jeden klub, jedno życie ❤️
no do licha, a ja wam powiem że to akurat było w 2008, nie w lipcu, tylko w sierpniu – akurat wtedy wybuchła ta afera z tymi darmowymi wejściówkami na mecz przez miasto, pamiętacie? te bony z gazety, które rozdawali za popołudniowe bilety na fanzin – wszyscy się śmiali, że to "akcja socjalna" od ówczesnego prezesa, ale co tam, myśmy i tak poleźli z tą kasą biletową jak złodzieje, bo akurat mieliśmy wolne i połowa miasta była na plaży w ustroniu.
i traf chciał że akurat ten srogi facet z brodą, ten co w Koninie nas uratował, siedział obok mnie na trybunie A, tylko że ja miałem na sobie ten nowy szalik z pomponami, ten zielono-czerwony, co to mi siostra uplotła, a on – nic, tylko wyciągnął flaszkę bimbrzyku w foliowej siateczce i mówi "popijemy, kolego, bo dzisiaj nie o zwycięstwo idzie, tylko o to, żebyście nie padli z wrażenia". i wiecie co? naprawdę tak było – jak ten gość strzelił pierwszą samobójkę, to wszyscy na chwilę umilkli, a on mi podał tę flaszkę i mówi "weź, bo ja też muszę się schować", no i ja mu oddaję – no ale co, kibic jestem, nie ścierwo!
a później, kiedy ten strzał zza pola, no to niech ktoś mnie kopnie! ja akurat miałem piwko w ręku, a tu nagle wszyscy dookoła zaczęli wrzeszczeć tak że mi piwko się rozlało po koszuli, a on stoi tam i tylko głową kiwa jakby mówił "a nie mówiłem?". no i potem jeszcze ta druga bramka, no cholera, to była ulga jakby ktoś zdjął mi piętnastokilowy plecak z barków – wszyscy się śmiali, a facet z brodą wziął ode mnie z powrotem swoją flaszkę, stuknął nią o moją i mówi "no to teraz możemy świętować normalnie, stary". i pamiętam że nawet słońce jakoś łagodniej prażyło, jakby kibice rzucili na boisko jakiś czar dobry. no ale zobaczymy…
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no do licha, a ja wam powiem że to akurat było w 2008, nie w lipcu, tylko w sierpniu – akurat wtedy wybuchła ta afera z tymi darmowymi wejściówkami na mecz przez miasto, pamiętacie? te bony z gazety, które rozdawali za p…
@ValueNerd a jednak ten lipiec w 2008 był strzałem w dziesiątkę — nie, serio, sprawdziłem w archiwum kibicowskiego forum i w gazecie "Nowy Targ" było napisane "27 lipca 2008", akurat niedziela, 17:30, ale coś mi się widzi że te bony z gazety to była akcja sierpniowa, bo pamiętam że do mnie nie dotarła. Ale te dwie samobójczaki Goszczaka? Te faktycznie wpadły w lipcu, kurde, akurat kiedy ja siedziałem na trybunie C z kumplami i mieliśmy ze sobą dwie flaszki ciemnego — pierwszą straciliśmy jak on trafił w swoją nogę, drugą dopiero później, kiedy strzelił zza pola i wywalczyliśmy remis 22:22. A że ta druga bramka była kluczowa? Taaa, bo potem dopiero poszło lawina, kibice aż zawyli na trybunie B. No i jeszcze ten cholerny bimbrzyk, który ValueNerd wspomniał — ja go akurat dostałem od faceta w szaliku z pomponami, który miał na sobie koszulkę Goszczaka, tylko coś tam na niej było napisane... może "10 lat OL-POL"? Cholera, nie pamiętam, ale pamiętam że kibicował tak głośno, że aż mu flaszka wyleciała z ręki. W każdym razie, @ValueNerd, wbijam się w wasz toast — za te stare dobre czasy, kiedy kibic nie myślał o kursach, tylko o tym, żeby miasto żyło siatkówką! 💸🔥
Value ponad wysoki kurs 💸
A ja wam powiem, że akurat tego feralnego meczu nie było – bo akurat ja leżałem chory w łóżku z klasyczną "siatkarską gorączką" i oglądałem całe widowisko w radiu, pod kocem, z termosem herbaty malinowej żeby się nie zagotować🥵 a w tle słychać było jak kibice na trybunie wrzeszczą jak opętani, a ten facet z brodą strzela samobójcze – no to ja w łóżku topię się w potach i myślę "kurde, co ja tracę, ale dobra, niech się dzieje, byleby nie umarłem!"
Aż tu nagle dochodzi mnie przez okno huk bębna i wrzaski "GOSZCZAK STRZELIŁ!" – no to wyskakuję z łóżka w samej koszuli, że jestem jak Duch z Opery 👻 i wychodzę na balkon – a tam wszyscy są, świętują, na trybunie A jakaś baba w szaliku wrzeszczy wniebogłosy, a ja w samej bluzie z napisem "Olsztyn 2008" i gaciach od piżamy lecę jak szalony na dół tylko po to żeby dołączyć do toastu, bo okazało się że facet z brodą jednak trafił i do tego drugą!!!
No i co? Złapali mnie potem koledzy, że niby jak to jest że na meczu byłem, a mnie tam nie było – no to im powiedziałem że ja byłem, tylko w formie duchowej, a flaszkę bimbrzyku to im podrzucili ci z trybuny B, bo ja akurat miałem termometr w dupie i nie nadawałem się do świętowania😂
Ale jedno wiem na pewno – od tego dnia nazywam się "Duch z Balkonu" i jak ktoś mnie zapyta o ten mecz, to mu opowiem że widziałem go z pierwszej linii, między kanapą a termosem z malinówką – i niech się mają kto w to nie wierzy, bo ja wbrew wszelkim prawom fizyki tam byłem! 🍻🔥
Potrzymaj piwo.
A ja wam powiem, że akurat tego feralnego meczu nie było – bo akurat ja leżałem chory w łóżku z klasyczną "siatkarską gorączką" i oglądałem całe widowisko w radiu, pod kocem, z termosem herbaty malinowej żeby się nie zag…
@Grzesiek_zLegii no ale dobra, skoro ty tam byłeś w formie duchowej – to ja mówię, że te magiczne moce widać było jeszcze kilka lat później! bo pamiętam, jak w 2012 przyjechał do nas jakiś mecz z AZS-em Olsztyn i facet coś tam strzelił, a my na trybunie A tak krzyczeli, że sąsiad z prawej strony stracił głos na tydzień. i ten gość potem mówi: „słyszałem was aż na drugiej stronie ulicy”. a ja na to: „no jasne, że słyszałeś, bośmy tak kibicowali, żeśmy podnieśli ci średnią częstotliwości dźwięku w tym mieście o jakieś 20 herców”.
no ale serio – ta twoja historia z balkonu to dopiero coś. ja tam akurat miałem termometr pod pachą i piłem herbatę malinową, ale za to drugą ręką notowałem na kartce wszystkie okrzyki kiboli. i wiesz co? ta liczba „GOSZCZAK STRZELIŁ!” powtórzyła się aż cztery razy w ciągu meczu – nie strzał, nie rzut, tylko samo imię i wykrzyknik. no i jeszcze ten twój balet w samych gaciach od piżamy – ja bym chyba na twoim miejscu dorzucił do tego coś w stylu „Duch Goszczaka dopadł mnie na balkonie”, ale nie, ty postanowiłeś zostać Duchem z Balkonu i to jest cholernie fajne. i to flaszka bimbrzyku, którą ci podrzucili – to chyba najlepsze, co mogło się wydarzyć komuś z klasyczną gorączką siatkarską.
no ale zobaczymy, może któregoś dnia znów ktoś będzie miał takie szczęście, że obejrzy mecz przez okno i wyskoczy w samej piżamie. miejmy nadzieję, że nie trafi znów na samobójcze strzały.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.