Te dni, gdy zielono-białe niebo płakało z dumy za Bełchatów
no kurczę, jak tam bym to zagrał... to była pora, gdy jeszcze trochę wiatru w żagle mieliśmy w bełchatowskiej legendzie, a ja akurat na ten meczyk trafiłem. a ten strzał, o którym piszesz... no jakże, jakże! pamiętam jak dzisiaj: czerwiec, może lipiec, upał taki, że asfalt się gotował, a myśmy z kumplami wbili się w trybuny na obiektku, co tam wtedy po boiskiem było. facet, co strzelił — zapomniałem nazwiska, ale pamiętam ten numer na koszulce, chyba dwunastka? — no i wychodzi do zagrania, powietrze drga od tych wszystkich westchnień, bo wiadomo, że coś się szykuje, ale nikt nie przypuszcza, że aż tak...
i nagle — bum! takie uderzenie, że całe osiedle się poderwało, choćby byliśmy pod okapem trybuny i patrzyli na mecz spod daszka. piłka wylatuje jak z armaty, zakręca w locie, a tygrysy z bełchatowa od razu wiedzą, że to coś wielkiego. sędzia gwizda na bramkę, wszyscy wokół wrzeszczą, a ja się śmieję i klepię kumpla w plecy, bo nikt nie przypuszczał, że taka runda z oddali może skończyć się na tablicy. i to była ta chwila, kiedy człowiek czuje, że ten sport to nie tylko gra — to coś więcej, coś, co zostaje w sercu i nie przeminie, póki sami nie odejdziemy z trybun...
no ale zobaczymy
no ale co to za porównanie, chłopie... A WŁAŚNIE, że mnie tam nie było na tym meczu, ale to jeden z tych wyczynów, co to się o nich gada przez lata jak o legendzie rodzinnej 🔥 ja wtedy byłem w domu, u staruszka na wsi, akurat żniwa szły pełną parą, a radio trzeszczy na cały dom jakieś sportowe wiadomości... i nagle skok — "celny strzał z 30 metrów, Bełchatów zdobywa prowadzenie!" i mój stary, co to do 85 roku miał nogę w trybunach, wyprostował się jak struna i krzyknął "O ŻEŻUUUU! TOŻ TO TEN NUMER!" 💪 i tak bez słowa rzucił się do samochodu, że mama aż krzyknęła "dokąd ty idziesz, stary, żniwa się ważą!" a on tylko "sorry, na osiedlu dzieciaki umierają ze szczęścia, muszę być!" — i pojechaliśmy, bo jak mogłem nie być? ten strzał to coś więcej niż gol, to była duma, coś, co nas wszystkich złączyło... i pamiętam jak teraz, jak ojciec kopał kapotę radiowozu, żeby prędzej do Wrocławia dojechać, a ja śmiałem się i płakałem naraz, bo to było właśnie TO, co ten sport potrafi — rozpalanie serc z oddali 😱
W radości i smutku, do końca z nimi.
no kurczę, jak ten strzał z trzynastki to we mnie wrył się, że chyba na całe życie... było to w 97 roku, akurat na wiosnę, kiedy bełchatowskie tygrysy szły jak burza, a ja z kumplami zalegliśmy przy torach w połowie drogi do stadionu — nasz samochód zaciął się i musieliśmy kombinować, jak się przebić przez te cholerne roboty drogowe na trasie. siedzieliśmy tam pod słońce, piwo ciepłe, radio trzeszczy, a my marudzimy, że nie dojedziemy na czas. i nagle — bum! ten sam komentator wrzeszczy coś o jakimś strzelcu, co wychodzi zza pola karnego i wykańcza wiadukt całym osiedlem...
i w tej chwili, cholera, wszyscy w samochodzie zamilkli. jeden kolega rzucił piwem w trawę, drugi zaklął jak szewc, a ja tylko patrzyłem na szosę i myślałem "kurwa, on naprawdę to zrobił". i kiedy dojechaliśmy na miejsce, było tak, jakby całe miasto już wiedziało — ludzie na ulicach machają, auta trąbią, a na trybunie wschodniej jakiś starszy facet w starej kurtce bełchatowskiej podskakuje jak szalony i krzyczy "to moja walka, chłopcy!". a potem wszyscy razem z nim, że aż ziemia drżała pod nogami...
i wiecie co? po tym meczu spotkaliśmy go przy wyjściu — był to chłop, co się przedstawiał jako "Kuba z trzynastej". uśmiechał się jak dziecko i mówił, że nigdy nie grał na takim haju, że czuł, jakby ktoś mu prowadził rękę. a my wtedy, chociaż mieliśmy jeszcze pół godziny do ostatniego pociągu, zaprosiliśmy go na piwo w knajpie naprzeciwko. i spędziliśmy tam do rana, gadaliśmy o tym strzale, o tym, jak to się czuje, kiedy całe miasto zaczyna oddychać z tobą... i nawet nie pytałem, jak on się naprawdę nazywa. bo to przecież nie numer na koszulce był ważny, tylko ta chwila, kiedy każdy kibic bełchatowski poczuł, że jest częścią czegoś większego.
i do dzisiaj, jak widzę jakiegoś młodziaka na trybunie, który nie wie, co to było "zielono-białe niebo", to mu opowiadam — a ten cały numer trzynasty, to była po prostu duma, co nie ma nic wspólnego z żadnymi statystykami 😄
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
no kurczę, jak ten strzał z trzynastki to we mnie wrył się, że chyba na całe życie... było to w 97 roku, akurat na wiosnę, kiedy bełchatowskie tygrysy szły jak burza, a ja z kumplami zalegliśmy przy torach w połowie drog…
@LechiaGda_Trybuna no kurczę, dopiero teraz dotarło do mnie, jakie to musiało być szalone — że nie dojechaliście na czas, a i tak trafiliście w sam środek tej bomby! 😲 Prawie tak jak ja niedawno, kiedy pociąg do Katowic się spóźnił, a ja zamiast kibicować na miejscu, musiałem oglądać mecz Bełchatowa na telefonie w wagonie, gdzie internet padł przy trzeciej minucie... wróciłem do domu z nerwem w koszuli 😅 A tu ty mówisz o takim fragmencie, że aż zapomniałem o swoim niepowodzeniu! Dopiero gdy ten komentator wrzasnął o strzale z trzynastki, to jakby ktoś mnie kopnął w brzuch, że „kurwa, zaraz coś się stanie” 😳
I ta wasza historia o „Kubie z trzynastej”... niesamowite, że ktoś taki mógł wyjść znikąd i zostać na zawsze w pamięci ludzi, nawet nie wiedząc swojego nazwiska. To chyba tak, jakby dziś jakiś losowy chłopak z trybuny strzelił z dystansu i zapadł w serca kibiców, tylko że teraz każdy by mu kazał sprawdzić ten strzał na VAR-ze 😅 Myślisz, że takich „magicznych” chwil już nie ma, bo teraz futbol to raczej sport numerków, czy jednak da się jeszcze coś takiego przeżyć?
Nowy tu, chłonę wiedzę.
Ej, aleśmy sobie przypomnieli te chwile, co to aż szczęka zapieprzała od emocji — wiadomo, że tamta ekipa to był jeden wielki zgrzyt radości i dumy, co się lepi do garderoby na lata. Tamci chłopcy grali tak, jakby każdy strzał mógł być tym jednym, co rozbudzi całe osiedle, a jak nie wyszło, to i tak mieli tę aurę, że „może tym razem, a nuż trafi”. Takiego luzu i swobody nie widzi się dzisiaj — wtedy każdy występ to była opowieść do opowiadania w kolejce po piwo, a nie jakieś „trendy statystyczne”.
Teraz to inna bajka: drużyna ma swoje momenty, nie powiem, ale brakuje tej bezczelności, tej naiwnej pewności siebie, że „jeden strzał i już jesteśmy w niebie”. Wtedy mieliśmy facetów, co wychodzili zza pola karnego jakby mieli w kieszeni tajemny klucz do bramki rywala — dzisiaj to częściej tak, że kibice muszą dopingować z samych trybun, bo na boisku brak tej magii. A pamiętajcie, jak LechiaGda_Trybuna opowiadał o tym „Kubie z trzynastej”? Dzisiaj takich bohaterów nie ma — albo są, ale giną gdzieś w tłumie, bo nowoczesny futbol każe grać bardziej „płasko”, mniej „dziko”.
I nie żebym narzekał — współczesny Bełchatów ma swoich dobrych zawodników, niektórzy nawet biją rekordy asyst, ale to nie to samo. Tamta drużyna to była swoista „drużyna snów” — każdy kibic mógł sobie wyobrazić, że kiedyś też tam stanie, choćby na sekundę. Dzisiaj to częściej tak, że patrzymy na zawody przez pryzmat „gdzie jest xG?”, a nie przez pryzmat „jak to jest, kiedy całe miasto bije brawo za coś, czego nikt się nie spodziewał”.
No ale cóż — historia jest, chłopaki. Póki na trybunach będą stare sztandary, póty te wspomnienia będą żyć. A dzisiejsza drużyna? No cóż, może kiedyś trafi się drugi taki strzał, co to znowu „zielono-białe niebo” zapłacze. Bo jak nie, to co innego mamy?
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, właśnie dzisiaj wieczorem skończyłem oglądać stare nagranie z tego meczu z 95 i znów mnie ta runda trafiła prosto w serce. Nie ukrywam, że jak patrzyłem na ten strzał z 30 metrów — a konkretnie na reakcję kibiców na stadionie, którzy dosłownie podskoczyli na trybunach, jakby ktoś ich elektrycznym prądem kopnął — to aż się roześmiałem i pomyślałem sobie: "No dobra, chłopaki, ale to były czasy, kiedy piłka nożna naprawdę umiała zaskoczyć".
A teraz powiedzcie mi, co Wy na to — bo ja tam nie widzę żadnego cudu, tylko zwykły fart. Przecież strzelanie z takiej odległości to nie jest sztuka, to loteria. Pamiętacie, jak w tym sezonie mieliśmy paru zawodników, co też próbowali takich strzałów? Albo nie trafiali w ogóle, albo piłka leciała do kibica za bramką. A ten facet z numerem dwunastką — co, miał specjalny patent? Albo może akurat ten dzień był taki, że powietrze nad polem karnych było idealne, żeby piłka poleciała akurat w ten jeden kąt?
I jeszcze jedno — jak to jest, że mówicie o tej drużynie jako o "jednocześnie zgrzyt radości"? No fajnie, że strzelili takiego gola, ale przez resztę sezonu to była taka sobie ekipa. Więcej było meczów, które się kończyły remisem, niż takich, gdzie Bełchatów wychodził z boiska z plusem. Tamten strzał to była chwila, tak — ale to nie oznacza, że cała drużyna była jakaś magiczna. Dzisiaj byśmy taki mecz szybko zapomnieli, bo jutro są kolejne rozgrywki, kolejne statystyki, kolejne zmiany w składzie.
A co do tej "dumy", co to niby miała obudzić całe osiedle — to też trochę na wyrost. Przecież wtedy większość kibiców siedziała na stadionie, a nie na osiedlu. No chyba, że macie na myśli, że wszyscy sąsiedzi słuchali radia i nagle podskoczyli ze swoich kanap, jakby im ktoś powiedział, że jest wojna? No co Wy, serio myślicie, że każdy na osiedlu wiedział, że akurat Bełchatów strzelił bramkę z 30 metrów? To było przed smartfonami, niektórzy dopiero co kupili telewizor z kolorowym ekranem!
No ale zgadzam się z jednym — takie momenty są bezcenne. I nawet jeśli to był fart, to fajnie mieć co wspominać. Choć osobiście wolę patrzeć na współczesny Bełchatów i to, jak te chłopaki walczą, niż żyć wspomnieniami z minionej epoki. Bo współczesność też ma swoje chwile, tylko że teraz musimy sami je wypracować, a nie liczyć na cud. I właśnie to mi się w dzisiejszym futbolu podoba — mniej magii, więcej realności.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, no to teraz mi się przypomniało, jak to ja się dowiedziałem o tym strzale... bo nie, nie byłem na meczu, tylko akurat siedziałem w kiblu i słuchałem radia przez dziurkę od klucza w drzwiach 🤣🍿 oj, oj, jakieś tajemnice rodzinne wychodzą! a tam nagle: "bramka dla Bełchatowa z trzydziestu metrów!" i ja, kurwa, taki zdziwiony, że aż zaskoczyłem, że brudna podłoga nie posypała się pode mną — bo to był ten moment, że człowiek czuje, że Bóg jednak istnieje, tylko że akurat nie ma czasu na modlitwy w kiblu 😂
potem dopiero wyskoczyłem z domu i dopadłem kumpli przed sklepem "Monopol", gdzie normalnie pijaliśmy tańsze piwo, żeby zobaczyć, jak reszta osiedla szaleje. A oni już tam stali, jeden trzymał butelkę w ręku jakby to była szabla, drugi krzyczał "celny strzał z cyrkularki!", a ja im na to "spokojnie, chłopaki, to nie był gol z cyrkularki, tylko z armaty, co się zablokowała w trybunie wschodniej!" i wszyscy padliśmy ze śmiechu, bo wiadomo, że jak Bełchatów strzela, to nawet kibelek na stadionie się cieszy 🤣
Memy to też analiza.
no właśnie, jak to mówiłem wójt z bełchatowa, kiedyś takie strzały trafiały nie tylko do bramki, ale i prosto do serca kibica — a dzisiaj nawet jak komuś wychodzi z piętnastej, to i tak ma problem, żeby trafić na pierwszą stronę gazety, nie mówiąc już o trybunie. pamiętam swojego kumpla z czasów, gdy jeszcze na boisku grali tacy jak szuster czy klonowski — tamci mieli w sobie coś takiego, że jak szli do ataku, to naprawdę widać było, że wierzą w to, co robią. dzisiaj to już rzadkość, bo albo trener każe grać na cenzusie, albo zawodnikowi się nie chce pchać do boju zanim nie zobaczy, jak piłka trafi w dziesiątkę.
a ten wasz "kubie z trzynastej" — no dobra, może rzeczywiście miał łut szczęścia, ale wiecie co? za moich czasów jak ktoś trafiał z takiej odległości, to nikt nie mówił "fart", tylko "umiejętności". bo wtedy ludzie wychodzili na boisko po to, żeby grać, a nie żeby liczyć swoje kroki ani mierzyć kąt padania piłki na komputerze. teraz to wszędzie same analizy, a dawniej — kibice czekali na ten jeden moment, kiedy wszystko stanie w miejscu i tylko emocje decydują o wygranej.
no ale zobaczymy, może kiedyś się trafi drugi taki strzał, co znowu zatrzęsie miastem. bo fajnie jest żyć wspomnieniami, ale jeszcze fajniej myśleć, że to się może powtórzyć — choćby raz.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no kurczę, jak ten strzał z trzynastki to we mnie wrył się, że chyba na całe życie... było to w 97 roku, akurat na wiosnę, kiedy bełchatowskie tygrysy szły jak burza, a ja z kumplami zalegliśmy przy torach w połowie drog…
@Trybuna_TV no ale w tym co mówisz jest chyba ta cała prawda, że kiedyś ludzie po prostu szli na mecz żeby CZUĆ, a nie myśleć jakby to analizować żeby jutro opowiadać w pracy kolegom z działu księgowości 😅 Mój dziadek akurat był na tym meczu z 95 i tak się nachwalił tego strzału, że do dzisiaj u nas w domu ta bramka jest ważniejsza niż moje dyplomy 🥲 Wie pan, on nie pamięta ani jednego imienia z tamtej drużyny, za to wie dokładnie, jak powietrze pachniało tamtego wieczora na stadionie — siano z pobliskich pól zmieszane z zimnym piwem z kibicowskiej budki. A teraz? Też są fajne momenty, ale fajki palą już tylko na parkingu, a kibice walczą o uwagę na trybunach z kolejnymi reklamami na bandach. Czy to znaczy, że magia umarła, czy tylko inaczej się objawia? Bo ja nadal wierzę, że jak stuknie ten jeden strzał z pułapki... to znowu zielono-białe niebo zapłacze.
Głupie pytania to moja specjalność.