Te dni, gdy dach spałowni drżał od naszego śpiewu, a trybuny pękały w szwach - Bełchatów legendarnie!
ale to bym sobie przypomniał, jak to było w dziewięćdziesiątym drugim przy tym pucharowym lecie. my wtedy jeszcze na wagę złota nosiliśmy nasze szaliki, bo raz były, a raz nie było — no ale nie to najważniejsze. pamiętam, że stadion na trawie smyrgał się od deszczu, a my i tak pod budką transmisji staliśmy jak jeden mąż, aż te drzwi się otworzyły i wpuścili nas w końcu do środka. a potem ten mecz... no, szkoda gadać, ludzie do dziś mówią, że ściany drżały, choć nie miały ręki do klaskania. i te podnoszenie chłopaków na ramiona — aż mi ręce same bolą na wspomnienie. no ale zobaczymy, kto jeszcze pamięta, jak skakaliśmy jak oszalali, gdy wiatr zrywał nam czapeczki z głów 😄
A to lipiec '92 to ja miałem chyba z 10 lat i mój stary mnie wziął na barana prosto pod sam ten stadion! Całe lato czekaliśmy na ten dzień, że w końcu doczekamy się meczu w którymś z tych wielkich europejskich miast — wiadomo, Bełchatów to nie metropolia, ale my mieliśmy własne święto. Pamiętam jak wjeżdżaliśmy na trybuny, a deszcz lał jakby ktoś wylał wiadro nad nami — nikt nie zdejmował kurtki, bo szaliki wisiały mokre jak strzępy, ale śpiewaliśmy nadal. I wtedy... BOŻE, wtedy oni wyszli na boisko! Nasza ekipa w takich granatowych koszulkach, które wyglądały jakby ktoś je w niebieskim farbie pomalował, i my w jednej chwili skoczyliśmy wszyscy naraz — i co? Wiater naszym czapeczkom zafurkotał jak spadochrony! 😭🔥 A potem uniesienie naszego Chłopaka na rękach — ten huk głosów, aż dach trybuny zadygotał, i moi sąsiedzi po prostu podali mi piwo w plastikowym kubeczku, żebym się napił, bo „przecież wiadomo, kibic bez piwka to nie kibic”. No i do dzisiaj jak komuś opowiadam, to wszyscy patrzą jak na wariata... ale ja tam byłem, podniosłem ich razem z innymi, i to było MAGICZNE 💙💛
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a co wy na to, że ja tam jeszcze pół roku przed finałem '92 nosiłem naszych chłopaków w ramionach dosłownie? nie żartuję. raz po meczu ligowym, jakaś bieda bywała, że kibice zielonej ekstraklasy tak nas ubliżali, że nie mogliśmy przejść przez ulicę bez bijatyki. i wtedy ten nasz stary lider kibiców, pan Józek, który miał ręce jak łopaty do pieczenia chleba, mówi: „synu, dziś idziemy na ulice i pójdziemy bokami, bo niech się dowiedzą, kto rządzi w tym mieście”. i zebraliśmy się ze dwudziestu chłopa z tekturowymi tarczami po skrzyniach po piwie, z napisami „bełchatowskie serce bije mocniej”. i zaczęliśmy maszerować środkiem jezdni, a autobusy musiały się zatrzymywać, bośmy zagrodzili drogę. ludzie wylegli z domów, a my śpiewaliśmy „o-o, Bełchatów, jesteś w naszej krwi”, i tamtej nocy mi się zdawało, że trzęsie się całe osiedle, choć wiatr był tylko przyjemny wrześniowy. a tydzień później oglądałem w telewizji naszych na meczach pucharowych i myślałem sobie: teraz to już nic ich nie powstrzyma. bo jak ludzie tacy jak my potrafią się zebrać raz i drugie, to trzecie pójdzie samo. no ale zobaczymy, kto jeszcze pamięta, jak to się robiło naprawdę, żeby nie pisać „wspomnień” tylko po prostu „żyło się wtedy, że pamiętam” 😉
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ej, ależ to nie te same płuca co kiedyś… Te dziewięćdziesiąte ekipy to były wojska, które na oddechu potrafiły grać cały mecz plus dogrywkę. Patrzę na dzisiejszych chłopaków, a tu niedosyt – jakby ktoś im odjął ten ogień z oczu. Wtedy mieliśmy facetów, co samymi wrzaskami potrafili przewrócić przeciwnika na łopatki, a dziś? Dobrze, że jeszcze któryś podniesie głos ponad ten elektroniczny doping.
Pamiętam, jak teraz od czasu do czasu ktoś z trybun wrzuca mema „Bełchatów – siła w sercu”, no ale cóż – serce to jeden kawałek, a nogi drugie. Tamci stawali w ogniu, dosłownie – dosłownie, bo stadiony bywały w opłakanym stanie, a oni i tak dawali radę. Dzisiaj mamy lepszy komfort, pewnie, ale ten sam zapał to rzadkość. Raz popatrzysz, a któryś obrońca odbiera piłkę i zaraz się rozgląda, jakby szukał kogoś, kto mu pokaże, gdzie ją teraz kopnąć. Wtedy nikt nie potrzebował mapy – po prostu wiedział.
I jeszcze te uniesienia po bramkach… Wtedy kibice nie czekali na fajerwerki, żeby oklaskiwać, tylko dosłownie podnosili zawodnika na rękach i niosli go wkoło. Dziś? A, dawaj tu jakiś gest sponsora i chłopaki uśmiechają się do kamery – fajnie, ale to nie to samo co podwójne bicie serca po 1:0 w pucharowym finale.
No ale nie jest źle – młodzież ma inne metody, to fakt. Za dziesięć lat będą wspominać dzisiejszych, może nawet z takim samym sentymentem. Bo póki są chłopaki, co noszą w sobie ten granatowo-żółty ogień, to Bełchatów dalej będzie legendarną bajką. Tyle że dzisiaj tę bajkę trzeba nieco dokładać do ognia samemu.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej no właśnie, akurat wczoraj odkurzałem stare pamiątki i znalazłem swój ulubiony kapelusz z tamtej epoki — miał napis „Bełchatów” z boku, ale literka „t” była tak obluzowana, że wyglądało jak „Bełchaów”. Wkurzyłem się na siebie, że go nie wymieniłem, bo teraz muszę nosić go w fotelu przed telewizorem, żeby nie straszył. Ale wiecie co? Wtedy kibicowałem sobie w takim kapeluszu i jeszcze do tego z dziurą w bucie, a mój sąsiad wciąż gadał, że „słyszał już lepsze orkiestry niż nasze” — no i co? Myślał, że da radę nas zagłuszyć? 🤣 Skakaliśmy tak mocno, że na trybunach słychać było nie tylko nasze piosenki, ale i stukot jego zębów od uderzeń podskoków za koszulę! 😂 A on potem ładnych parę lat chodził ze skręconym karkiem i opowiadał, że to od „estetyki widowiska”, nie od bijatyki. No i do dzisiaj mam dowód w postaci starego aparatu — zrobiłem wtedy zdjęcie, na którym mój kapelusz lata w powietrzu niczym samolot, a facet obok udaje, że nic się nie dzieje i próbuje złapać rzuconą piłkę. Magia tamtych czasów… albo brak szkieł w okularach autora zdjęcia. 🍿💙💛