Te chwile, kiedy nasza duma grała jak czyste złoto, będą wiecznie w naszych sercach
pamiętam, jak byliśmy maluchami i nasze piwniczne grajdoły rozbrzmiewały śpiewem "o, cześć ci, mistrz świata!" – i to jeszcze zanim ktokolwiek z nas widział mecz w tv. a jednak, jak dzisiaj, czuję ten dreszcz, kiedy stary wujek z sąsiedztwa przyniósł nam gazetę z nagłówkiem "młodzi mistrzowie!". mieliśmy może po dziesięć lat, ale serca biły jak młoty – nie wiem, czy to z podekscytowania, czy z tego, że po raz pierwszy w życiu czuliśmy, że coś *naszego* naprawdę bije na całego. no ale zobaczymy, może ktoś jeszcze coś dorzuci z tamtych lat – bo ja tam siedziałem na trybunie numer osiem i nic nie było w stanie mnie oderwać od boiska
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
kurwa no ale jak to "gdzie byłem" kiedy znam ten feeling jakby mnie babcia w ucho szczypała! 😭 jak mi stary grał w domu na sznurówce w garażu a ja na strychu z megafonem wrzeszczałem "O, cześć ci, mistrz świata!" wbijając się w podłogę z dumy! miałem jakieś 10 lat, a czułem się jakbym sam zdobył ten tytuł za Cuprum! no i te gazety, które niby nic nie warte, a tak naprawdę każdy kawałek papieru z logiem naszego klubu to była świętość! 🔥 a dziś jak pomyślę, że to było podstawą do tego, co mamy teraz... gęsia skórka przechodzi, cholera jasna! kto jeszcze pamięta, jak chłopaki po mistrzostwie biegali po mieście z flagą i śpiewali, że to dopiero początek? 💛🖤
Na trybunach od dzieciaka.
a tobie się przypomniał kawałek jak po tym mistrzostwie, w niedzielny poranek, stary kumpel z piaskownicy z osiedla przy bloku – ten, co zawsze ustawiał się na lewym skrzydle w naszych podwórkowych turniejach – przybiegł pod okno mojej babci, trzymając w garści jeszcze trochę pomarszczoną gazetkę z czołówką „młodzi mistrzowie!” i wrzeszczał co sił w płucach: „heca, mamy dzwonki do trenującej seniorskiej drużyny, bo dziś, kurwa, zaprosili nas na rozgrzewkę!” no i stanęliśmy tam, ja w butach, które były o pół numeru za duże, on w takich samych dziurawych tenisówkach – obaj zafascynowani jak szczeniaki, które wpadły do sklepu ze słodyczami. trener jakiś tam starszy facet, chyba ówczesny asystent, machnął ręką i pozwolił nam wejść na boisko, a my zrobić dwie-trzy podania wśród grających dorosłych facetów to była taka adrenalina, że do dzisiaj mi się ręce trzęsą jak pomyślę… i wiesz co? ten sam niesforny uśmiech, coś w oczach tamtego chłopaka – on teraz prowadzi drużynę juniorską w klubie i co roku przychodzi do nas na spotkania „starej gwardii”, żeby nam powiedzieć „patrzcie, tamto tamto dało tyle frajdy, że teraz ja chcę to samo dać wam”. no ale zobaczymy, może komuś jeszcze coś świta z tamtych dni…
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No do licha, ja to sobie wyobrażam jak te chłopaki z tamtej kadry, co tak naprawdę nie mieli nic poza pasją i gumową piłką, stoją teraz w szatni i patrzą na dzisiejszych juniorów, którzy mają całe zaplecze, fizjoterapeutów, odżywianie sportowe, a nawet psychologów na każde skinienie – i myślą: "kurwa, my mieliśmy tylko siebie i chęci". No ale za to oni mieli coś, czego nie da się kupić ani zaprojektować: ten jeden raz, kiedy złapali się za ręce i powiedzieli "dziś gramy dla siebie, dla nas, dla całego osiedla".
Dzisiejsza kadra to pewnie fajna paczka, ale czy oni kiedykolwiek mieli w sobie taką prostą, dziecięcą radość, że po prostu biegają po mieście z flagami i krzyczą, że to dopiero początek? Oni grają o medal, o prestiż, o kontrakt, a tamci grali o legendę. I właśnie przez to ta legenda została – bo to nie była gra o punkty, tylko o to, żeby dać radość tym, którzy później będą wspominać ten moment jako swoje pierwsze "wow".
Widziałem dziś jakiejś dzidziusia w barwach naszego klubu, nie więcej niż dziesięć lat, i myślę sobie: "ten ma teraz o tyle łatwiej niż my". Ale też uświadamiam sobie, że może kiedyś jego wnuk będzie opowiadał o nim, jak o tamtym chłopaku z gazetką pod pachą, który nie liczył się z niczym, bo liczyło się tylko to, że ma koszulkę z orłem na piersi. A to, kurwa, jest coś, czego żaden sprzęt ani kadra trenerska nigdy nie dadzą – ten zapach niedoskonałości, który pachnie historią.
kurwa, a to mi się wraca do ucha ta stara piosenka coś z piaskownicy – niech no pomyślę, miałem chyba z dziesięć lat jak przyjechał do nas na osiedle jakiś facet z nowym rowerem, cała gmina gadała o tym modelu bo to była taka rzadkość jak dziś loteria z kartą dań na obiad. no i on akurat wsiadł na ten rower w barwach naszego klubu, bo był kibicem od malucha i miał koszulkę z tamtej kadry – te same kolory co ja miałem na plecaku szkolnym, tylko jego koszula była nowa, ładnie dopasowana. stanął na nim przed całą paczką i krzyknął „teraz jadę z wami na mistrzostwo!”. myśleliśmy, że żartuje, ale on naprawdę przyjechał z tym rowerem na każdy mecz juniorów, przywoził batony ze sklepu i dopingował jakby to była ekstraklasa, nie liga kadetów. no i kilka lat później, jak już sam grałem w drużynie osiedlowej, spotkałem go na trybunie – tym samym rowerem, tylko teraz z dwoma dzwonkami po bokach, które sam dorobił z pudełka po farbie. powiedział tylko „widziałeś, chłopie? pamiętaj, że to nie sprzęt, to to co w środku”. i wiesz co? do dzisiaj ten rower stoi w garażu u mojego brata, z jednym dzwonkiem trochę cichszym, bo ten drugiego zdarłem, jak się bawiłem z synem. i kiedy mu powiedziałem o tym dzisiejszym maluchu w barwach, to on na to „niech sobie gra, ale niech pamięta, że jak on będzie stary, to mu pokażesz te zdjęcia, jak stałeś na trybunie z gazetą w ręku i płakałeś jak bóbr, bo było ci tak dobrze”. no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Mój stary, ależ wy teraz to rozkminiacie jakbyście chcieli wmurować tamten sezon w złotą ramkę i powiesić nad kominkiem – no ale chłopaki, czy naprawdę nikt nie pamięta, jak te chłopaki z kadry 86/87 po mistrzostwie mieli zwoje wstydu za pazuchą, bo pierwszą nagrodą było… wejście na trybunę stadionu zamiast do szatni? Czekali pół godziny na autografy od seniorów, a ci im mówią „idźcie się pobawić z piłką, bo my zaraz lecimy na mecz do drugoligowej dziury”. Panowie, to były czasy, kiedy medal dostawało się za powietrze, nie za siłę!
A ten wasz opowiastka o gazetach i megafonach w strychu – świetnie, naprawdę wzruszające, ale chociaż raz ktoś niech powie, że te gazety wcale nie były zbyt dobrej jakości papieru, a druk tak się rozmazywał, że ledwo można było odczytać, kto zdobył bramkę! Mój kuzyn przez pół roku myślał, że nasz lewy obrońca nazywa się „Staszek Nożyczki”, bo litery się zlewały – i co, mamy teraz mówić, że to była świętość? No była, ale brudna świętość, taka, którą można by wywiesić w muzeum, ale dopiero po praniu.
I ten wasz dzwonek w trenującej seniorskiej drużynie – kurde, no ale pamiętacie, jak ci seniorzy na rozgrzewce rzucali w was gumowymi piłkami, żebyście się odwalili i nie zawadzali? Mój brat dostał takim rzutem w ucho, że przez tydzień miał do mnie pretensje, że go namówiłem do pójścia! A wy mówicie o pięknych chwilach – no były, ale po prostu głośne i trochę bolesne.
A ten wasz dzisiejszy maluch w barwach Cuprum – fajn, że ma lepsze buty niż my, ale czy on kiedyś będzie miał w środku tyle jaj, żeby wyskoczyć na boisko w przerwie meczu seniorów i krzyknąć „Dajcie mi piłkę, stary, ja tu gram!”? Bo ja wam powiem, że ja bym się bał jak cholera, a wy gadacie o prostej radości. Radość to jedno, ale odważna radość to coś zupełnie innego – a tej nie dostanie się ani za forsę, ani za zdjęcia z gazetki.
Najpierw policz, potem się spieraj.
no dobra, żeby nie było że się nie znam to Ci powiem taką historię z lekkim wstydem za sobą 😂 jak mieliśmy lat 12 i właśnie dowiedzieliśmy się że nasza kadra wygrała mistrzostwo – stanęliśmy z tymi gazetami pod szkołą i próbowaliśmy zrobić pochodnię z zeszytów bo myśleliśmy że to jest ten fajny pomysł na świętowanie 🔥🔥 no i oczywiście zrobiło się dosłownie piekło bo dyrekcja myślała że chcemy spalić szkołę, a nasz starszy kolega (ten co później został sędzią) całkiem przypadkiem wrzucił tą "pochodnię" do kosza na śmieci – zero pożaru, tylko dym i smród palonej gumy od zeszytów… no i tak mieliśmy zaszczyt wozić przez tydzień do szkoły gazetkę która śmierdziała jakby ktoś w niej zgasł papierosa 🚬😭 a potem jeszcze nauczycielka z historii kazała nam napisać referat o "odpowiedzialności kibica"… cholera ja do dzisiaj nie wiem czy się śmiać czy płakać 🤣 no ale z drugiej strony – taka to była radość że aż musieliśmy wymyślić własne sposoby na świętowanie, bo normalnie nas nie było stać 🍿 no i teraz, jak patrzę na te dzisiejsze małolaty z flagami z Lidl'a i megafonami z allegro – kurde, ja tam wolę nasze gazetkowe pochodnie z domieszką gumy, bo to była prawdziwa miłość do klubu, nie zakupowy szał 💛🖤
Potrzymaj piwo.