Te chwile, gdy Zielono-Czarni byliśmy dla naszych sąsiadów zawsze na pierwszym miejscu!
a tobie też pamiętam tamte grudniowe treningi na boisku przy alei na kartuzach – te lodowate wiatry, a my w ławkach w śmiesznych kurtkach, zanim jeszcze mieliśmy nieoficjalne logo „zielonego niedźwiedzia” na piersi. wtedy w 87 to był szał – awansowaliśmy i nagle cała Częstochowa patrzyła na nas inaczej, nie jak na wieczne beniaminki z sąsiedztwa, tylko jak na poważny zespół, który coś wreszcie umie. ja wtedy nosiłem jeszcze buty z wypchanymi skarpetkami, bo nie było kasy na nowe, ale na trybunach czuło się, że coś się rusza. teraz się śmiejemy, że te mecze przy 20 stopniach mrozu były jak doping od losu, ale wtedy to był po prostu maraton do czegoś większego. no i weszliśmy. klasa rzuciła się do gardła tym, co gadali „lepiej tam nie wychodzić”, a my? do przodu, nawet jak sędzia miał wredny gwizdek. takie chwile to się nigdzie nie schowają – zostają w pamięci jak tatuaż: trochę boli, ale nie chcesz go usuwać.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Kurcze, i ja tam byłem, kurwa, pod tym samym lodowatym wiatrem co ty 😤🔥 bo ja w '87 chodziłem jeszcze do Technikum Budowlanego i mieliśmy tam na Politechnice coś jakby akademiki, a myśmy właśnie tam, na tym maleńkim boisku za blokami, trenowali jak opętani bo nikt nie dawał nam szans. Pamiętam, że kolega Waldek mówił: "Siema, chłopaki, dzisiaj wejdziemy do historii, choćbyśmy mieli walczyć z goliem w śniegu" i potem jebnął takiego mocnego na bramkę, że aut wyleciał gdzieś pod płot i oberwaliśmy od sąsiada za oknem 😂💪 a co najgorsze - sędzia dostał w nogę od naszego wznośnika bo pisknął pisk, który chyba by zatrzymał zegar! A na meczu awansowym, kurwa, ręce mi się trzęsły jakby to był finał mistrzostw świata - nie dlatego że było tak zimno, tylko dlatego że wiedziałem, że każdy kibic z ulicy Zielonej właśnie patrzy na nas i myśli "kurwa, oni to naprawdę zrobią". I zrobiliśmy 🔴🔥💥 nikt nie uwierzył, że my, banda półpro zawodników z butami na gumie, wejdziemy do okręgówki! A teraz jak patrzę na te stare zdjęcia w gazetce Norwida, to mi się łzy w oczach robią - byłem tam, czułem ten smród potu i taniej pomady co się lała na trybunach, bo wszyscy biegali jak oszalali. To były PIERWSZE CHWILE, kiedy zrozumiałem, że Zielono-Czarni to nie są żarty tylko coś WIĘKSZEGO. No i to się potem nie powtórzyło, ale cholera, byliśmy wtedy NAJLEPSZYMI DZIEWCZYNAMI NA ŚWIECIE! 😭🔴🔥
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a, a pamiętam jak byliśmy w ósmym roku podstawówki i nasz stary trener, pan Kowalski, kazał nam biegać w kożuchach bo nie mieliśmy jeszcze żadnych koszulek drużynowych — mówię wam, to było jak w filmie o wojsku, tylko zamiast broni mieliśmy piłki 😄 no ale ten zapach starego kożucha, który przylgnął do naszych koszul, to było coś… a potem jak awansowaliśmy i pierwszy raz stanęliśmy na boisku w nowych strojach, to kolega mnie szarpnął za rękaw i mówi: „no widzisz, Lechu, teraz już nie łażymy jak żebracy, tylko chodzimy z podniesioną głową” — i faktycznie, tak było, kurwa, że ludzie zaczeli nas pozdrawiać na ulicy, a nie patrzyli jak na jakiś tam klubik z zaplecza. a wiecie co było najgłupsze? że w tym samym sezonie, kiedy wchodziliśmy do okręgówki, nasz najlepszy strzelec złamał nogę w starciu z tymi gośćmi z Zawiercia i musieliśmy grać pół sezonu w osłabieniu — ale cholera, grałem wtedy ja, 13-latek z gumowymi butami, i pamiętam te wrzaski na trybunie jakbyśmy grali finał ligi, a nie baraż o pozostanie w lidze okręgowej. emocje były takie, że aż mnie nogi same niosły, choć nogi bolały od samego patrzenia na boisko. no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
No co, chłopaki, tylko nie mówcie, że to tylko starych pierników gadanie, bo sam widzę, jak na meczu juniorów czasem te same emocje potrafią trafić — tylko inaczej. Wtedy w '87 to nie była żadna drużyna, tylko banda chłopaków, którzy mieli jeden cel: zrobić coś, czego nikt nie oczekiwał. Na boisku staliśmy tacy sami, wiadomo, żadnych sponsorskich gadżetów, nie było pieniędzy na pielęgniarki, nie było nawet butów na właściwej stopie — a jednak każdy mecz był jak walka o honor. Czy teraz to jakoś inaczej? Trochę tak, bo teraz mamy więcej struktur, trochę planowania, ale czy to samo uczucie, kiedy piłka leci w róg siatki? Hmm, nie wiem…
W tamtych czasach awans do okręgówki był jak zdobycie Mount Everestu na rowerze — robiliśmy to metodą "kto da radę dłużej". Nie było takiego "mamy plan B", bo plan B to było "jeszcze raz walczymy". Dzisiaj młodzi mają lepsze warunki, techników, czasem nawet wyjazdy na zgrupowanie — ale czy mają tę samą pasję, którą ja czułem, kiedy kopnąłem piłkę tak mocno, że oberwało się sąsiadowi w okno? Kurczę, nie wiem… Patrzę na naszych dzisiejszych juniorów i czasem myślę: szkoda, że nie czują tej desperacji, że muszą udowodnić światu, że są coś warci. Wtedy każdy mecz to była walka o lepsze jutro, dzisiaj czasem jest trochę za dużo spokoju.
A jeszcze to, co LechiaGda_Trybuna powiedział o lodowatych wiatrach przy Alei Kartuzów — tam nie było komfortu, tylko przetrwanie. Dzisiaj młodzi mają boiska z dobrą nawierzchnią, szatnie, ciepłe ubrania — i to jest dobra rzecz! Ale czy pamiętają, jakie to uczucie, kiedy po meczu cały jesteś śnieżny od stóp do głów, a dookoła ciepłe uściski kumpli? Chyba tego dzisiaj brakuje tej surowości, tej "wspólnoty trudu", że wszyscy walczymy razem, a niektórzy ledwo zipią, ale nikt się nie skarży.
I jeszcze coś: wtedy ta drużyna to byli ludzie z ulicy Zielonej, z bloków, ze szkół zawodowych. Dzisiaj mamy w zespole kilku zawodników, którzy przeszli przez akademie — i to jest super! Ale czy oni mają tę samą charyzmę, tę samą więź, którą my mieliśmy? Ja pamiętam Waldek, który przed meczem mówił, że wejdziemy do historii — i weszliśmy, bo wierzyliśmy w jedno: że jesteśmy najlepszymi chłopakami na boisku, choćby nie wiem co. Dzisiaj często mówi się o "budowaniu drużyny", o "celach długofalowych" — a wtedy cel był jeden: wygrać jutrzejszy mecz, żeby móc zagrać następny.
No i ten smród taniej pomady na trybunach — kto dzisiaj pamięta takie rzeczy? Te wszechobecne woń potu i marzeń, które wisiały w powietrzu jak dym z kiepskiej kiełbasy na stadionie? Dzisiaj są kubki z logo, jest catering, są media społecznościowe — ale czy jest ta sama dusza?
Nie powiem, że tamta drużyna była lepsza — bo nie! Była po prostu inna. Była twarda, surowa, nie miała wyjścia. Dzisiaj mamy więcej możliwości, ale czy mamy tyle serca? Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Ja tylko wiem jedno: kibicować Norwidowi to ciągle to samo — jak się kibicuje komuś, kto walczy o swoje, choćby nie miał niczego poza marzeniem i parą butów na gumowej podeszwie. A reszta? To już zależy od tych, którzy dzisiaj noszą nasze barwy. 🔴🔥
Najpierw policz, potem się spieraj.
A niech mnie, to było takie szczęście, że nasze buty z wypchanymi skarpetkami nie puściły nam butów w czasie tamtego awansu — bo jakby Waldek jednak trafił w okno sąsiada w tym samym momencie co strzał na bramkę, to byśmy mieli problem nie tylko z sędzią, ale i z tym facetem z pierwszego piętra 😂 Co za epoka, kurwa, no ale nie ukrywajmy — to było coś więcej niż awans do okręgówki. To był dowód na to, że jak się ma serce większe od portfela, to się wejdzie wszędzie.
No ale powiedzcie mi, starym szczwaczom, dlaczego teraz, gdy mamy juniorów na boisku z nowymi butami, z trenerami, którzy mówią im o taktyce, a nie o tym żeby „walczyć do upadłego” — to jakoś tak inaczej to brzmie? Wtedy Waldek i jego pomysł na „wejście do historii” był chyba największym motywatorem, jaki widziałem w życiu. Dzisiaj młodym czasem brakuje tej desperacji, że jak nie wygramy to nie ma na co liczyć — bo co? Rodzice zawsze dadzą forsę na kolejny mecz? A ja pamiętam, jak moi starzy kombinowali, żeby mi kupić buty nie z „Pepco”, tylko z „Deichmanna”, bo te z „Pepco” miały gumę, która się robiła śliskim jak łapa u kaczki na śniegu.
I jeszcze coś — to nie była taka walka „o lepsze jutro”, tylko walka o to, żeby jutro w ogóle coś zjeść. Czy dzisiejsza młodzież potrafi to sobie wyobrazić? Wtedy każdy mecz to był kolejny dzień przetrwania, a dzisiaj… no cóż, dzisiaj mamy organizację, mamy plany, mamy nawet jakiś sponsor, który podrzuci gadżety. Ale czy mamy to samo uczucie, kiedy na trybunie siedzą kumple z bloku, którzy nie mają nic innego do roboty niż kibicować, bo nigdzie indziej ich nie zaproszą?
A propos Waldek — niech żyje facet, ale niech ktoś mi powie, jakim cudem on przed meczem mówił, że wejdziemy do historii, a potem złamał nogę w starciu z Zawierciem? To chyba była ta najlepsza lekcja życia: że nawet jak coś się zaplanuje, to los może rzucić ci kostką i powiedzieć „nie tym razem”. Ale wtedy myślę, że właśnie to nas do siebie zbliżyło — bo jak inaczej miałaby powstać drużyna, w której 13-letni chłopak czuje się na boisku jak dorosły zawodnik?
Dzisiaj macie swoje akademie, macie swoje szkolenia, macie całe to cywilizowane otoczenie — no ale pytań mam. Gdzie jest ta pasja, którą mieliśmy my, banda dzikusów z bloków? Gdzie jest ten smród taniej pomady i potu, który unosił się nad trybunami? Bo mnie się wydaje, że dzisiaj kibicujemy Norwidowi trochę tak, jakbyśmy kibicowali marce — z logo, z gadżetami, z social mediami. A wtedy… wtedy kibicowało się drużynie. Tylko drużynie. I tym, co za nią stali. Bo ostatecznie to nie kolory, nie nazwa, tylko ludzie decydują, kto jesteśmy. 🔴🔥😤
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ejże, ale was rozumiem – ciarki mnie przeszły, jak LechiaGda_Trybuna wspomniał te buty z wypchanymi skarpetkami! Bo ja tam akurat w '87 byłem w tej samej klasie co Waldek i mogę wam powiedzieć, że ten facet naprawdę miał dryg do trafiania nie tylko w bramki, ale i w okna! 😂🔥 No bo serio – Waldek strzelał tak mocno, że jakby nie ta noga, którą złamał w Zawierciu, to by chyba przezornie poprosił sąsiada o wpakowanie się w okno celowo, żeby zrobić show!
Ale poważnie, co za epoka była – pamiętam, jak nasz trener nawoływał: "Chłopaki, dziś walczymy o swoje marzenia! I o to, żeby sąsiad z pierwszego piętra nie wyrzucił nas przez okno dosłownie!" 😭💪 A potem zrobiliśmy awans, a koleś z bloku pierwszy raz w życiu dostał od swoich starych na piwo – nie na osiemdziesiątki, tylko na Żywiec, bo awans to był powód do świętowania na maksa!
No i co najśmieszniejsze – jak już wchodziliśmy do okręgówki, to okazało się, że nasze "nowiutkie" koszulki zrobiono z materiału, który się kurczył w praniu! Wszyscy wyszliśmy na mecze w koszulkach wielkości worka na ziemniaki, bo jeden PanBóg wie, kto te stroje szykował w piwnicy przy fabryce! Ale nie szkodzi – przecież i tak mieliśmy serce większe niż portfel, a teraz mamy przynajmniej buty z prawdziwej gumy! 🏆🔴
I jeszcze jedno – kiedy dzisiaj patrzę na dzisiejszych juniorów w ich supernowoczesnych strojach, to żal mi trochę ich, bo nie będą mieli takich historii do opowiadania wnukom jak my! Bo choćby nie wiem jak fajne mieli buty, to nie będą mogli powiedzieć: "Patrz, wujku, ten ślad na moim oknie to pamiątka po awansie z 1987!" 😎👊
Memy to też analiza.