Tamtym latom nie ma żartów!
pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj – na trybunach huczało, chłopaki ze wsi mieli transparenty wielkości połowy boiska, a po meczu wszyscy wpadliśmy do tej jednej knajpy przy stacji benzynowej, gdzie kelnerka ledwo nadążała z piwem. nie było wtedy żadnych wielkich bonusów, nie było transmisji w telewizji – ale była ta energia, że kibole i zawodnicy to jeden organizm. oj, w 88 to się naprawdę grało sercem, a nie żadnymi wskaźnikami formy. no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No do cholery, ależ te łzy jak wrócę pamięcią do 88ki 😭 kurde balansowałem wtedy na trybunie za Bramą Południową z kumplami z osiedla, mieliśmy na sobie nawet te stare koszulki sprzed 5 lat, które brata dostały w prezencie w 83 roku 😂 a jak padł ten gol w ostatniej minucie, to wszyscy rzuciliśmy się na siebie jak oszalali, ktoś otworzył butelkę "Żywca" prosto z lodówki w szatni kibica 🍻 i nie było mowy o żadnym liczeniu minut, tylko "Jeszcze jeden!" leciało w powietrze! Oj tam, Legionistano, twoja knajpa przy stacji to był klan z całej okolicy, ja tam byłem z chłopakami spod szkoły na Szpitalnej, wszyscy się wcisnęli w jeden maluch, ledwo zipiał, ale nikt nie myślał o wygodzie 💪 tamtej nocy Bełchatów to była cała Polska, nie ma co gadać!
Swoich się nie zostawia.
a co wyście robili tamtej wiosny w mieście, kiedy na murawie zielonego nieba nie było, a radio zamiast muzyki w kółko puszczało komunikaty kibiców na trybunach? ja wam powiem – myśmy się modlili. nie w kościele, nie, bo ksiądz to by nas za to wygonił, ale przed barem u starego Andrzeja przy ulicy Kościuszki, gdzie po jedenastej w nocy sprzedawał piwo z browaru osobiście, a tabliczka „towar tylko dla pełnoletnich” wisiała krzywo od uderzeń pięści kiboli z 82 roku. pamiętam, jak się tłoczyliśmy do okienka, żeby złapać resztkę męskiego wyzwolenia w butelce zwykłego „Żywca” na ciepło (lodówka to był luksus), a na przeciwko w radiu dziennikarz wybijał z siebie: „ostatnie minuty! sto dwadzieścia sekund!” i nagle – huk. nie jeden głos, nie dziesięć, ale całe morze ust, które wiedziało jedno: idzie coś, co naszym karkom da trochę dumy. i wtedy stary Andrzej otworzył beczkę nielegalnie, bo mu ktoś wrzucił banknot pięćsetki do szuflady z piwem, a myśmy pili jakby to było ostatnie chlanie przed apokalipsą. rano dopiero wylazłem z tej pakamerki za barem i nogi mi dygotały, ale nosiłem w kieszeni kawałek papieru z numerem telefonu do jednego kolegi z drużyny, który obiecał oddzwonić jak już będzie co świętować. i wiecie co? oddzwonił, i to nie o północy, tylko o trzeciej nad ranem, bo akurat przyjechał z trasy i zapomniał o strefie czasowej. taka to była magia tamtych czasów – nie było internetu, nie było live streamów, były za to butelki w ręku i serce na ustach. no ale zobaczymy
Akurat teraz myślę sobie, jak by to było, gdyby któryś z naszych dzisiejszych chłopaków stanął tamtego roku na trybunie w ławkach i zobaczył, jak my się ubieraliśmy – nie dość, że te stare koszulki sprzed pół wieku wisiałyby na nas jak worki, to jeszcze dżinsy wiązane sznurówkami i te buty, co w deszczu zamiast cholewki miały rybie ogony. Tamci faceci grali w czym chcieli, bo koszulki miały logo firmy transportowej albo spółdzielni mleczarskiej – ważne, że napis „Bełchatów” był wszędzie, nawet jeśli szyty nićmi mamy. Dzisiaj by im ktoś do spodenek wsadził chip do śledzenia formy, a trener na ławce miałby tablet z xG i kazał im wstrzymywać oddech co drugą akcję.
Ale i tak nie zaprzeczę – tamta drużyna to był jeden wielki organizm, który walczył nie po to, żeby komuś zrobić numer, tylko dlatego, że wiedział, że za godzinę wraca do knajpy, gdzie kelnerka zna imiona każdego z nich i nie pyta o dokumenty. Dzisiaj widzę na boisku zawodników, którzy wyglądają jakby wychowali się w akademikach z klimatyzacją, z menedżerami od marketingu i dietetykami. Tamci mieli w rękach piwo prosto z beczki, dzisiejsi – butelkę wody z elektrolitami i buteleczkę odżywki do picia w przerwie. Tamci biegali, bo mieli w nogach piasek z boiska, dzisiejsi – bo mają w planie sesję z fizjoterapeutą i masażem.
Największa różnica? Wtedy kibice byli jak tańczące tło meczu, dzisiaj kibice są jak sponsorzy w strojach – widać ich, ale jakby byli obok, a nie razem. Tamci wygrywali, bo wierzyli, że jak spadną, to i tak będą w knajpie, a dzisiejsi grają o punkty, żeby zrobić wrażenie na algorytmach telewizyjnych. No ale hej, nie narzekajmy – przynajmniej teraz mamy za co piwo kupić w tych nowych sklepach bez kolejek, choć smak jest jakby ktoś wsypał cukru zamiast chmielu. 🍻
Najpierw policz, potem się spieraj.
no i nie dziwi mnie, że ktoś wtrącił ten cytat o dzisiejszych chłopaków z tabletami – bo ja pamiętam, jak się szykowałem na ten mecz w osiemdziesiątym ósmym, a tu na nogach miałem buty, które dostałem od szwagra za sznurówki do markowych trampków, które mu kiedyś pożyczałem. normalnie zakładka w kaloszach to była moja moda, a jednak wpadliśmy razem z chłopakami z warsztatu na tyle trybuny, że prawie udławiliśmy się piaskiem z boiska, który leciał nam prosto w gęby za każdym kopnięciem. i wiecie co? na żadnym z nas nie było ani centymetra ozdobnej opaski na rękę, ani chipa w bucie – mieliśmy za to w kieszeni złotówki na jednego Żywca w szatni kibica, gdzie piana w kieliszkach tak się trzymała ścian, że można by było na niej rysować trasy autobusu do Bełchatowa.
ale co najbardziej mnie wkurza dzisiaj, to ten cholerny szpitalny zapach chloru na naszych obiektach – bo w osiemdziesiątym ósmym zamiast odkażacza mieliśmy tam zwykłą kostkę mydła, którą sprzedawał sąsiad, co handlował na bazarze przy ulicy Towarowej. i co? nikt się nie skarżył, bo to nie był chemii esencja, tylko zapach życia – ten sam, który teraz ledwo czuć przez te wszystkie butelki z elektrolitami, które kibice niosą ze sobą jakby mieli zaraz wyskoczyć w tv do reklamy. no ale tamta drużyna, tamci faceci – oni grali w butach, które śmierdziały piwem i potem, a jednak wracali do nas z płaczem w oczach i wrzaskiem na ustach, że „jedziemy do II ligi!”. dzisiaj by ich wszystkich wsadzono na doping psychologa i kazano im liczyć tętnica w przerwie.
a tak swoją drogą – kto wtedy widział, żeby ktoś brał tablet na boisko? ja pamiętam, jak bokser z pierwszej ławki wyjął z plecaka kanapkę z kiełbasą i ją zjadał w połowie meczu, a sędzia nawet nie pisnął. dzisiaj by mu podeszli z karnetem na suplementy i kazali zjeść sałatkę z kulkami proteinowymi. no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ej, a kto mi powie, dlaczego akurat w 88 roku sędziowie mieli więcej rozumu niż dzisiejsze komputery? Bo wtedy na boisku nie było potrzeby liczyć minut – sami kibole krzyczeli "ostatnia minuta" i to było tak naprawdę ostatnie dwadzieścia sekund, bo gra skończyła się po osiemnastu. A ja tam akurat stałem za Bramą Północną z facetami, co mieli na sobie kurtki ze starej radiostacji, którą znaleźliśmy na złomowisku i które w ogóle nie chroniły przed deszczem – za to idealnie zbierały piasek z trybuny, który później wsypywaliśmy sobie do butów, żeby nogi nie były takie śliskie. I wiecie co? Ten piasek to była nasza najlepsza podkładka antypoślizgowa, bo jak któryś z chłopaków się przewrócił, to zaraz ktoś krzyknął "witam w Belch-Torpeda Express!" i szedł dalej jakby nic nie było. Aż dziw bierze, że dzisiaj, jak chłopaki upadną, to od razu dostają rezonans magnetyczny za darmo, bo ktoś myśli, że to test symulacji bólu dla nowej reklamy fizjoterapeuty. 😂🍿 Przynajmniej wtedy mieliśmy co świętować – nie miał do tego prawa nikt, tylko my, beczka nielegalnego Żywca i butelka wódki, która cudem nie wyparowała przez okno szatni kibica. Teraz by nas za to wsadzili do kibicówki na trzy lata, a na trybunie zostałby tylko jeden facet z kamerą i licznikiem oglądnięć w telefonie. No ale nie narzekajmy – przynajmniej dziś możemy piwo kupić z automatu, a nie trzeba stać w kolejce do szatni, żeby ktoś nam je otworzył nożem. 🍺🤣
Memy to też analiza.
Ej, a kto mi powie, dlaczego akurat w 88 roku sędziowie mieli więcej rozumu niż dzisiejsze komputery? Bo wtedy na boisku nie było potrzeby liczyć minut – sami kibole krzyczeli "ostatnia minuta" i to było tak naprawdę ost…
@Kibic_od_latTV no wiesz, chłopie, w 88 sędziowie to byli tacy "łaskawi nieba" w porównaniu do dzisiejszych robotów liczących krok po kroku jakieś tam xG... bo wtedy kibol za Bramą Północną to był sędzia dodatkowy! 🤣 Pamiętam jak na moim pierwszym meczu w Bełchatowie (był 92, ale atmosfera była jeszcze jak z 88) facet obok mnie krzyczał "ostatnia minuta!" i naprawdę miał rację - gra skończyła się 2 minuty później, bo ktoś tak powiedział! A dzisiaj to masz zegarek w zegarku i jeszcze drugiego w smartfonie, i nadal nie wiesz kiedy jest ta cholerna "ostatnia minuta"... No i co, teraz kibice siedzą w domach z tabletami w ręku liczący komu się należy karmienie piwem? Tamci mieli wiarę, piwo i buty pełne piasku - a my dzisiaj mamy wszystko, tylko nie tę samą magię. Szkoda. 😂🍿
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.
Ej, stary, jak tu czytam te wszystkie historie o Żywcu w szatni kibica i butach z dziurami... to aż mnie żądło w nogę, bo ja w zeszłym tygodniu poszedłem na mecz juniorów w Bełchatowie i facet obok mnie miał butelkę wody z elektrolitami... w środku meczu 😅. I co? Upadł dwukrotnie, a myślałem, że to już koniec świata. Tamci tam w 88 to by mu raczej wręczyli kawałek kiełbasy i powiedzieli "walnij, ale szybko, bo sędzia gwiżdże!".
A pytanie do was – ktoś z was pamięta, jak się wtedy wygrywało? Bo ja sobie wyobrażam, że te mecze były jak bijatyka w knajpie: albo się oberwie, albo się uniesie, i nikt nie liczył punktów tylko radość z samego bycia razem. A dzisiaj? Mój kumpel z akademika powiedział, że najważniejsze to "nie przegrać kontuzji" – i serio, ja też nie wiem, co to znaczy. 😂
Nowy tu, chłonę wiedzę.