Tam, gdzie sięga wzrok i serce – na Żytniej narodziła się nasza siła!
ej, kolesie, no ależ to były lata – naprawdę... pamiętam ten dzień na Żytniej jakby to było wczoraj. osiemdziesiąty siódmy, lato, niebo takie jakby trochę niepewne, że aż strach brać wdech, bo coś tam wisi w powietrzu, coś ważnego. a tu proszę – nasz bramkarz, ten chudy chłopak z długimi rękami, wyglądał jak na drutach wiszący, ledwo się mieścił w ramie, a tu dostaje takiego klapsa w plecy od losu, że nasi rzucili się do niego jakby właśnie urodził im tatusia.
i co? wzięli go na barana, nieśli jakby sam papież przyjechał do Siedlec z pielgrzymką, a on taki zakłopotany, czerwony na twarzy, a my wszyscy skandowaliśmy jak szaleni. naprawdę nie wiem, czy kiedykolwiek widziałem coś bardziej wzruszającego – ten facet, który jeszcze chwilę temu był zwykłym facetem, teraz święty. i wiecie co? on na tym zdjęciu wygląda jakby całe życie czekał na ten moment. ❤️
bo tak naprawdę to nie sam awans był ważny, tylko to, jak się wtedy poczuliśmy. że jesteśmy częścią czegoś większego, że mamy w sobie taką moc, która potrafi bratać i nosić na rękach nie zależnie od wzrostu. i to się, kurczę, trzymało potem latami... no ale cóż, czas leci, a pamięć została.
a co tam – 35 lat temu chowałem się za nogami ojca jak pierdziel za mama! bo kiedy ten gwizdek padł i wszyscy runęli na boisko, ja maluch z dwójką chlebaków w kieszeni stałem tam, gdzie Żytna styka się z tą dziwną uliczką z tyłu trybun, w tym smrodku smażonych kiełbasek i papierosów… a tu nagle widzę: nasz Zieliński – ten chudy jak patyk, co to zawsze leciał jak strzała w kontrę – wpada na ramię naszego bramkarza, podnosi go tak jakby to był worek kartofli, tylko że z uśmiechem przez łzy… i obaj latają w powietrzu wśród rąk, które ich próbują złapać, a ja z tymi cholernymi chlebakami w kieszeni wołam co sił „JEST GOL!” zupełnie jakby to był gol, choć wiadomo było, że to coś więcej. ❤️🔥 a ojciec mnie za uszy trzymał, bo „chłopcy nie piją coli przed finałem”, ale tego dnia chyba nikt nie myślał o tym, co wolno a co nie… bo byliśmy NIEROZŁĄCZNI, raz na zawsze, od tej sekundy.
ej stary, a pamiętacie jeszcze te chwile w ósemdziesiątym ósmym, kiedy znów się zebraliśmy na Żytniej, tylko że już nie po awans, tylko żeby przyjść i pogratulować sobie nawzajem? bo widzieliście, jak Zieliński potem ściągał te swoje długie ręce z ramion kolegi i tulił go tak mocno, że facet prawie nie mógł złapać powietrza? a ten nasz bramkarz, co go nosiliśmy, to był wcale nie taki chudy, tylko po prostu szczupły, ale z takimi łapami, że mógłbyś nim rozgarniać burzę na środku boiska – no i właśnie on, tego lata, wsiadł w pociąg do Warszawy żeby odebrać medal dla drużyny, a na dworcu wiedziałem, że będzie na niego czekało czterdziestu facetów z okrzykami i – nie no – dosłownie go zepchnęli do autobusu, bo każdy chciał potrzymać ten medal w swoich dłoniach choć przez sekundę... ❤️ i ten błysk w jego oczach, jakby całe życie czekał na ten jeden medal, który tak naprawdę należał do nas wszystkich... no ale cóż, stare dzieje, a serce dalej bije mocno
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ej, chłopaki, ależ to co innego niż teraz – i nie chodzi o same lata, które oczywiście lecą jak ten atak na środek boiska w pierwszej połowie. Tamta drużyna, tamci ludzie… to była jakaś *rodzina* w zupełnie dosłownym sensie. Kiedy nosiliśmy na rękach Zielińskiego, nie było w tym żadnego wyrachowania – każdy czuł, że ta chwila jest ważniejsza niż on sam. On tam stał, zakłopotany, czerwony, a my? My po prostu *trzymaliśmy go razem*, bo wiedzieliśmy, że to nie on wygrał, tylko my wszyscy.
Dzisiaj? Dzisiaj te sztuki treningowe, te transfery, te umowy… facet dostaje medal w Warszawie i nie ma nawet komu go przytrzymać przez chwilę, bo wszyscy wiedzą, że jutro może już nie być tej samej drużyny. Tamci chłopaki zostawili po sobie coś więcej niż tylko statystyki – zostawili *to*, co teraz, kiedy sięgam pamięcią, jest dla mnie najważniejsze: poczucie, że nie chodzi o piłkę, tylko o *nas*. O te dwie kiełbaski w rogaliku, które zjadło się tamtego wieczoru z ojcem, o głosy starszych kumpli, którzy krzyczeli „JEST GOL!” zupełnie serio, choć wiadomo było, że to nie gol.
Wszystkiego najlepszego, chłopaki. Tamta drużyna była jak stare, mocno zużyte buty – trochę śmierdziały, trochę się rozlatywały, ale można było w nich przejść każde boisko. Teraz mamy buty markowe, z logo i wszystkim… tylko czy można w nich tak samo *biec*? ❤️
xG > emocje.
A nie mówiłem, że ten Zieliński miał ręce jak gałęzie wierzby albo co? Pamiętam, jak ojciec mnie na ten mecz zabrał, bo akurat wracaliśmy zmarket wypełnieni kiełbaskami i piwem „na zgodę” (no dobra, na zgodę i na przeprosiny bo mnie babcia posłała po coś innego), a tu nagle na trybunie jakiś facet krzyczy „patrz, jak on sięgnął po piłkę!” i ja zobaczyłem te dwie długie łapy wyciągnięte jakby chciał złapać cały nieboskłon… a on, cholera, złapał! A później te noszenie na barana to była taka chwila, że nawet papierosa zapomnieliśmy zapalić, bo wszyscy gapili się tylko jak ten nasz bramkarz uśmiecha się do nas jakby mu właśnie obiecali bilet do nieba… i ja, maluch, miałem łzy w oczach jakby mi ktoś powiedział, że dziadek wrócił z wojny, choć wiadomo było, że to tylko futbol, tylko piłka, tylko awans. 🔥❤️ no ale dziś jak patrzę na te młodziaki z nowymi butami markowymi, to coś mi się w środku ściska – nie chodzi o buty, kurde, tylko o to, że oni nigdy nie poczują tej mocy, którą my wtedy mieliśmy w kościach!
oj ciociu, ależ ten sezon osiemdziesiątego siódmego był jak ta pierwsza wódka po pracy na budowie – gorzka na początku, a potem w gardle zostaje i tylko się uśmiechasz do samego siebie. pamiętam jak dzisiaj, kiedy nasz docelowy środkowy oblał się potem po meczu z warszawskim AZS-em, bo od razu po gwizdku wbiegł na boisko z takim hukiem, że my, starsi, zakładaliśmy się po kieszeni, czy facet w ogóle oddycha. i ten nasz bramkarz, co go potem nosiliśmy, to był taki typ co chodził w długich spodniach nawet jak było dwadzieścia pięć stopni, bo cały sezon wyleciał z kolanem i ciągle nosił te okropne stabilizatory. a tu proszę – potknął się przy własnej bramce, złapał piłkę w nogawkę i wyciągnął ją tak, że sędzia aż cmoknął. i wtedy Zieliński, ten pajac co potrafił wdepnąć w każdą dziurę na boisku, podbiegł i klepnął go w plecy tak mocno, że facet aż podskoczył… i od tego momentu byliśmy nie do zatrzymania. nie żaden awans, nie żadna liga – po prostu czuliśmy, że jesteśmy drużyną, choć nikt nas nie traktował poważnie, nawet kibice z drugiego końca miasta gapili się na nas jak na orszak karnawałowy. a my? my mieliśmy te swoje kiełbaski w papierze, piwo w butelkach z zakrętką i tyle serca, że aż bolało. no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
oj ciociu, ależ ten sezon osiemdziesiątego siódmego był jak ta pierwsza wódka po pracy na budowie – gorzka na początku, a potem w gardle zostaje i tylko się uśmiechasz do samego siebie. pamiętam jak dzisiaj, kiedy nasz d…
No do licha, ależ starzy się dopiero rozkręcili z tymi historiami – a ja właśnie próbuję sobie wyobrazić, jak ten cały AZS z Warszawy musiał się czuć, kiedy na ich uderzenie wypadł facet w długich spodniach i stabilizatorach z antenką z tyłu niczym latawiec. Bo wiecie co? Ja też miałem kiedyś takiego klienta w robocie – takiego, co to chodził z nogą w ortezie przez pół roku, a i tak potrafił podnieść trzy worki cementu jednym ramieniem, bo „przecież normalnie bym tego nie zrobił”. Taki typ. I kiedy raz mu się udało – pan się śmiał, uśmiechał, a my, reszta, po prostu wiedzieliśmy, że ten jeden raz to już jest więcej niż połowa roboty.
I właśnie w tym rzecz: oni tam nie grali przeciwko AZSowi. Oni grali przeciwko temu, co sami sobie wybrali. Przecież to była drużyna z Żytniej – ludzie, którzy przychodzili na mecz z kiełbaskami w papierze i butelkami piwa z zakrętką, bo „przecież kibic to kibic, a nie sponsorowany reklamówką”. A ten Zieliński, co to deptał w każdą dziurę? On nie biegał dla tabeli. On biegał, żeby tym facetom z ortezą powiedzieć: „Spójrz, kolego, dziś to ty jesteś tym, który trzyma cały świat na ramionach”. I wiecie co? Oni to zrobili. Razem.
Więc nie – nie był to sezon gorzki na końcu. Był gorzki na początku, bo wiadomo było, że nikt w to nie wierzy. Ale potem został tylko ten smak w gardle, który zostaje, kiedy wiesz, że zrobiliście coś, czego nikt się po was nie spodziewał. A to, moi drodzy, to jest coś, czego nie da się kupić za żadne pieniądze, nawet w tych nowych butach markowych.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej ziomki, no ale dacie wiarę? Pamiętam jak dziś, kiedy nosiliśmy Zielińskiego na barana, a ten nasz bramkarz, ten z nogawkami stabilizatorami, to nagle zaczął się wyrywać jakby mu ktoś w dupę wsadził ogniwo! Krzyczę „trzymajcie go bo spadnie!” a tu on wrzeszczy „puśćcie mnie kurwa, nie jestem żadnym świętym, tylko piłkarzem!”. A Zieliński na górze, trzymając go za pasek od spodni, krzyczał „wiem, wiem, ale my tutaj święta robimy!” i jeszcze dołem widzę, jak ten stabilizator sterczy jak antena telewizyjna, a jakiś kibic ze łzami w oczach krzyczy „patrzcie, to nasz maszt narodowy!”. 🤣❤️ no i tak właśnie awansowaliśmy – z jednym chudym bramkarzem, jednym pajacem w kontrze i milionem cholernie wzruszonych kibiców z kiełbaskami w rękach!
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.
Ej ziomki, no ale dacie wiarę? Pamiętam jak dziś, kiedy nosiliśmy Zielińskiego na barana, a ten nasz bramkarz, ten z nogawkami stabilizatorami, to nagle zaczął się wyrywać jakby mu ktoś w dupę wsadził ogniwo! Krzyczę „tr…
@Orzel_bialy_Duma — no kurde, a ja sobie akurat czytałem stare wycinki w szufladzie i trafiłem na ten sam moment. Tylko że na zdjęciu Zieliński ma obie nogi na ziemi, a wasz „maszt narodowy” leci w powietrzu jak balon na Przystanku Woodstock. Pamiętasz może, ile ważył ten stabilizator? Bo ja bym się założył, że z nim w ogonie to facet co najmniej o dwadzieścia kilo więcej miał do noszenia – a i tak go nie puścił, dopóki Zieliński nie zaczął wrzeszczeć o „świętach”. 😏
A tamci kibice z rogalikami… mój stary kiedyś na trybunie tak się uśmiechnął do mnie, kiedy gol padł, że myślałem, że mu proteza wyskoczy z ust. Nigdy nie zapomnę tego dźwięku: „JEST GOL!” brzmiało jak okrzyk powstańczy. Dzisiaj mówią o „nowej generacji”, a ja się pytam… ilu z tych młodych kibiców umiałoby rozpoznać smak kiełbaski z Żytniej po samym zapachu? Bo ja wiem, że ja bym rozpoznał nawet po piętnastu latach.
Kto wie, ten wie.
też miałem kiedyś taki moment... rok temu, jak pojechałem z kumplem na mecz w Szczecinie, on na trybunach a ja w barze kibica i... no po prostu wszyscy dookoła byliśmy w swoim, w tym samym szaleństwie. facet obok mnie, co stał z piwem w ręku, płakał jak bóbr kiedy padł gol, a ja mu powiedziałem "kurde, to że dopiero drugie piwo pijesz, to widać, że jesteś naprawdę wzruszony"... i wtedy zrobiło mi się... no takie dziwne ciepło w środku, jakby piłka była tylko pretekstem do tego, żebyśmy mogli być razem. 🥺 a co, jeśli teraz kiedyś nie będziemy mogli już poczuć tej mocy?
Uczę się od starszych, bądźcie wyrozumiali 🙏