Stary dobry Będzin – jak ja pamiętam te dni, gdy boisko drżało od naszych ryków!
no ale ten nasz biedzin zawsze miał serce w dupę wciskane i z powrotem, pamiętam jak w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim lato było takie, że aż drzewa się kłaniały od upału, a myśmy się tłoczyli na trybunach przy ulicy Sportowej jak sardynki w puszce, tylko że zamiast blaszki mieliśmy dumę i papierosy bez filtra
boisko pod chmurką żarło jak diabli, a naprzeciwko stał orzeł na trybunie, taki dumny, że można było myśleć, że ma ordery na piersi — a tuż obok nas, w koszulkach bardziej pomiętych niż nasze myśli, stał nasz obrońca, stary szef kuchni z lokalnego zajazdu, zarośnięty jak niedźwiedź, co to po meczu zawsze nam mówił: "chłopaki, dziś bramkarz był leniwy, więc ja go poduczę" — i dawał komuś po głowie gumiakiem
i ten jeden mecz, cholera jasna, gdy orzełowi poszło do strzału, a nasz napastnik, ten z bródką, co to później trafił do ligi w Łodzi, rzucił się tak, że aż mu but odleciał, a my z trybun padliśmy na deski, bo myśleliśmy, że będzie gol — ale nie, on doszedł do piłki i kopnął ją w stronę linii autowej, tylko żeby przeciwnik nie strzelił… no i ten ryk, jakby tysiąc psów naraz zaczęło szczekać, a orzeł na swoim stadionie milczał jak zaklęty
prawdziwe piekło było potem, gdy przeciwnicy wpadli w panikę i rzucili się do ucieczki w naszą stronę, a my za nimi, jak banda rozszalałych os — ktoś krzyczał "za nich!", ktoś inny machał flagą z wizerunkiem świętego patrona klubu, a stary szef kuchni gonitwę prowadził, bo on zawsze wiedział, gdzie jest piwo
i wtedy boisko naprawdę drżało, nie od deszczu, tylko od naszych głosów, które niosły się dalej niż echo z motorynki sąsiada, który akurat jechał w niedzielę na wędlinę
no ale zobaczymy, kto jeszcze pamięta ten sam mecz, bo ja tu jutro rano, jak zwykle, będę stał przy bramie stadionu i każdemu nowemu mówić: "nie szukasz nikogo, ty tu zostajesz na zawsze"
W pierdolniku było, że te lato akurat się zrobiło jakby ktoś na butelkę wody butelkę wody wylał na trybuny i wszystko śmierdziało papierosami, piwem i farbą z flagi — no ale mnie akurat trafiło że stałem na samym szczycie, gdzie schody miały tyle stopni co moja babcia na buty, a pod nogami mi uciekała taka drewniana podłoga, że jakbyś stanął — tobyś się osunął do kiboli z dołu
a myśmy tak wrzeszczeli, że aż słońce się schowało za chmurę, bo myślał, że to burza leci — ale nie, to tylko nasze gęby otwierały się tak szeroko, że można by w nich utopić jajko w koszulce
i wtedy ten Orzeł strzelił, a ja — cholera jasna — miałem puszkę po napoju w ręce, którą akurat nabijałem, i rzuciłem nią tak, że trafiła faceta w czarnym płaszczu, co się okazał sędzią — no i on się tak rozglądał, że myślałem, że już bierze numer, ale nie, tylko sięgnął do kieszeni i wyjął gwizdek, a ten gwizdek błysnął w słońcu jakby to był nóż do krojenia kiełbasy
no i zaraz potem wszyscy rzuciliśmy się w tłumie, że to już koniec świata, ale nie — to było takie szczęście, że biegliśmy przez boisko jakbyśmy gonili ostatni tramwaj o dwudziestej trzeciej, a Orzełacy stali i gapili się jakby im ktoś ukradł jaja
i ja w tym całym szale miałem jeszcze w ręku ten pusty kubek, co to mi go wcisnęli na wejściu za dychę, i walnąłem nim o ziemię, bo musiałem coś zrobić, a ten kubek się rozleciał, że była tam taka plama po piwie, która wyglądała jak mapa Afryki 🔥💪
no ale trudno, bo dziś się już nie powtórzy, choćbym miał założyć buty z 50-letnim bucem i biegać za piłką samemu
Jeden klub, jedno życie ❤️
a ten jeden raz, gdy mamy sięgnęli po remis z Radomiem, a gra była taka, że jakbyśmy grali w koszulkach z pięćdziesiątego roku — no bo kolory to były jakiś taki szaro-niebieski brud, jakby ktoś zamówił farbę przez telefon i się pomylił w numerze
i ja stałem akurat przy wiacie, bo akurat mnie bolał ząb (od wczorajszego gulaszu u teściowej), więc próbowałem dyskretnie pluć przez zęby, żeby nie marznąć, a tu nagle radomscy napierają na naszą połowę, jakby chcieli nas utopić w tym błocie, co to pod nogami wyglądało jak zupa gęsta do obiadu
a nasz pomocnik, ten stary lis z prawej strony, co to później został trenerem w szkółce, nagle ściął barkiem faceta w niebieskim i puścił taką bombę w pole karne, że aż trzosnął w sędziego, co akurat stał z nosem do piłki — i ten sędzia tak się odsunął, że o mało co nie wylądował w naszych kibolach z dołu
i wtedy ten hałas, cholera jasna — nie, to nie był wrzask, to było coś większego, jakby ktoś puścił film w kinie, a my wszyscy równocześnie wstali i krzyknęliśmy tak, że ten stary drewniany stadion aż zadrżał, a ja zapomniałem o zębie i plułem już normalnie, choć dalej bolało jak diabli
i potem jeszcze ten rzut rożny, coś tam, a napastnik radomski stanął pod słupkiem, gotowy strzelić — a tu nasz stary kapitan, ten z siwą bródką, co to wychował pół drużyny, kopnął piłkę tak, że poleciała prosto na trybuny, na sam koniec, gdzie siedział ten jeden facet w kapturze, co to zawsze przychodził z termosem herbaty — i on złapał ją rękawicą na mrozie, bo była taka ciężka od błota
i wtedy myśmy wszyscy padli ze śmiechu, bo ten facet z termosem tak krzyczał "ja jej nie oddam!", że aż termosa upuścił, a herbata poleciała na buty komuś obok
no ale zobaczymy, czy ktoś jeszcze pamięta ten mecz, bo ja tam do dzisiaj mam tę czarną butelkę po piwie z Radomia w szafie, żeby przypominała, że nawet w najgorszym błocie można wygrać sercem
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A ja akurat tam byłem, ale nie na trybunach – bo ja zawsze stałem za bramą, bo tam najlepiej widać, jak napastnik rzuca butem albo kiedy sędzia dostaje kubkiem po łbie 😂
No i raz nasz stary bramkarz, ten co miał taką fryzurę jakby go pożyczył u faceta od suszarek, złapał piłkę i rzucił ją tak, że poleciała prosto w dzbanek z piwem u jednego kibola z przeciwka – i ten facet tak krzyknął, że myślałem, że trafił go piorun, a on tylko odłożył dzbanek na parapet i powiedział: "dobra, dzisiaj wódka"
A potem ten mecz, cholera, skończył się 0:0, ale myśmy wracali do miasta z flagami, śpiewając "Boisko drżało, Orzeł płakał", a starszy facet z tramwaju numer 9 powiedział do mnie: "synku, gdzie wy się dzisiaj wybieracie?" A ja na to: "Do Będzina, tato, bo tam serce bije, a tutaj tylko tramwaj 🚋💙"
I do dzisiaj jak idę koło stadionu, to słyszę echo: "W Będzinie gra się sercem!" A ja na to: "no nie, tam się gra na gumiaka, bo buty i tak same się uciekają" 🤣🔥
Potrzymaj piwo.