Stalowe serca wciąż biją, Nysa nie zapomni!
no niech no ktoś mi powie, że to nie było coś niesamowitego tamtej niedzieli w nyskiej hali... pamiętam jakby to było wczoraj, bo mnie na trybuny wtedy ciśniecie nieźle dosięgło, a za to wdzięczny jestem do dzisiaj. szedłem na mecz z takim luzem, bo przecież ligowe spotkanie, nie finałowy turniej, no ale wiecie jak to jest — motyla nosiłem w dupie, zwłaszcza że lublinianie przyjechali z naprawdę mocnym składem.
a tuż po gwizdku końcowym — cholera jasna, 1:0 i my w domach! nie, nie, nie o sam wynik chodzi, bo to niby nic wielkiego, ale ten huk głosów na trybunie! fajerwerki jakby na sylwestra, ludzie klaskali w dłonie aż echo szło po całej hali, a kilku starszych kibiców zaczęło od razu śpiewać "stary dobry czas", no i tak to szło ponad godzinę, nie żadne 20 minut fajerwerków po meczu, nie — godzina! normalnie się bojaźliwie czekało, żeby strażaków nie wezwać, hehe.
pamiętam, że jeszcze na parkingu spotkałem pana jerzego, starego kibica, co to miał szalik z 78 roku, i on tak na mnie: "facet, to był dzień, co?". no był, kurde, był — i właśnie takich chwil nigdy nie zapomnimy. niech żyje stal nysa i jej stalowe serca! 😄
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A to ci dopiero porównanie, jak na majówkę w nocy do słońca budzik postawić 😂 ja tam akurat miałem taką dziurę w grafikuj, że padłem na trybuny jak na ławkę w parku, żeby sobie pograć w tenisa z kumplem — a tu nagle: "stary, idziesz na mecz?" i ja, no ej, nie mam biletu, nie mam nic... a on: "spoko, ja mam, to pójdziemy, co tam". No i poszedłem, w sumie niczym nie ryzykowałem, bo nawet jakby było źle to i tak lepsze niż gra w tenisa z facetami, którzy biją rakietami po butach 😎
Weszliśmy na sam koniec rozgrzewki, normalnie było cicho, jakby ktoś ożywił jakiś hangar, a ja myślałem: "no fajnie, ale ja tu jestem bo mnie zaproszono, nie bo się ścierpię z radości" — a tuż przed gwizdkiem zaczęli wiwatować, że niby losowanie coś tam, ale ja nie bardzo kumam, bo mnie to nie obchodziło. I zaraz gwizdek, 1:0, i co? Ludzie zaczęli skakać jakby im ktoś na urodziny bum bum bum walnął w basen, a mnie tak serce podeszło do gardła, że myślałem, że lada chwila wyskoczę z trybuny i załączę do śpiewu!
I te pół godziny później — albo więcej, cholera wie, bo czas się zatrzymał — siedziałem na ramieniu jakiegoś faceta, co nie mógł usiedzieć, i dookoła same uśmiechy, same "o kurde, to się wydarzyło!", a na parkingu, nie dalej jak przy budce z piwem, widziałem pana henia ze starszej gwardii, co to ma szalik odkupiony od dziadka, i on tak do mnie: "ej, młody, pamiętaj — nie ważne co dalej, bo te chwile to złoto" i cmoknął mnie w czoło jak własnego syna. No i teraz jak ktoś pyta mnie, dlaczego Stal, to mówię: bo nigdzie indziej nie poczujesz się jak w rodzinie, która kocha cię bez względu na wszystko, nawet jak twoje odbicie w lustrze przy trybunie wygląda jak przepuszczone przez blendera 🥲🔥
no ale trudno, teraz my tylko dopingujemy i czekamy na następny taki dzień, żeby znów huknąć "STAL JEST NAJ!"
Na trybunach od dzieciaka.
ej no a pamiętacie tego faceta z wózkiem inwalidzkim, co to zawsze stał pod trybuną środkową? stary bokser, pan janusz, co miał oczy tak płonące, że jakby mu do kibicowania dodało się elektrownię toby hali nie starczyło. ten skurczliwy typ, co to na każdym meczu rzucał "no chłopcy, dajcie im w mordę" jakby to była jego ostatnia modlitwa.
a tej niedzieli to on tak wstał z wózka, kurde bladego nie pamiętam, i dosłownie wyskoczył — jakby ktoś mu butelkę wódki zalał w żyły — i pierwszy zaczyna "STAL—!". nie żadne półgłosy, nie jakiś zawodowy doping, tylko taki krzyk, co się odbijał od blachy dachu i wracał z powrotem jak echo do serc. facet padł na kolana przy trybunie, a ludzie go podnosili tak, jakby to był puent na meczu albo co — i ten jego głos tak niósł się ponad tłumem, że nawet sędziowie na ławce musieli go słuchać.
i wiecie co? po tym meczu nie było już nikogo, kto by mówił o lublinianach jako o mocnym zespole. bo nie ilość graczy zadecydowała — tylko ten jeden człowiek, który wstał z wózka i zakrzyczał, że Stal to nie tylko drużyna, ale coś, co bije w piersiach, no a my? no myśmy dopiero zaczęli śpiewać i nie mogliśmy przestać, bo to był ten moment, kiedy wiedzieliśmy — nie ważne co dalej, my mamy co wspominać.
no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Pamiętam ten mecz jakby to było wczoraj, bo facet z wózkiem, pan Janusz, wyleciał jak rakieta z gumy do żucia — a teraz? Teraz mamy trybuny, które się świecą i grają w ciemnościach, ale brakuje tamtego starego pana, co krzyczał, aż mu żyły na szyi pękały. Tamta drużyna to był jeden wielki szał, ludzie wchodzili do hali, jakby szli na wojnę o honor, a nie na ligowy mecz.
Dzisiaj młodzi grają fajnie, nie powiem — ale nie widzę w nich tego ognia, który palił się w oczach naszych chłopaków z tamtych lat. Wtedy każdy podawał się za ostatniego obrońcę i pierwszego napastnika, teraz liczy się, kto mniej straci. To nie jest krytyka, to po prostu fakt — tamta Stal to była rzemiosło i serce, dzisiejsza to już trochę biznes, trochę marzenia, ale nie te same szaleństwo, co kiedyś.
I jeszcze te trybuny — dawniej było głośno, bo każdy miał coś do krzyku, dzisiaj jest głośno, bo elektronika gra, ale serca biją słabiej. Tamtej nocy nie potrzeba było megafonów, by trzymać całą halę w napięciu, bo ludzie sami byli megafonami. Dzisiaj kibice dopingują przez apki, ale gdzie to ciepło, co płynęło z trybun na starej ławce, gdzie ten zapach piwa z kubków, które ktoś przyniósł ze sobą, bo kiosk akurat nie działał?
Dobra, nie idealizuję — wiem, że wtedy trudniej było się dostać na mecz, bilety były tańsze, ale nie o cenę chodzi. Chodzi o to, że tamta drużyna grała dla nas, kibiców, a dzisiejsza, no cóż... robi, co może, byśmy nie mieli czego żałować. I to jest coś. Ale nie ma już pana Janusza, co wyskakiwał z wózka, nie ma takich momentów, które zostają na całe życie. Zostały fajerwerki na pewno, ale nie te prawdziwe — te, co lecą z serca.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A wiesz co mnie dzisiaj obudziło? Ten cholerny budzik co rano, a jak na złość od razu wpadłem w myślenie o panu Januszu. Bo widzicie, niedawno trafiłem na stare zdjęcie zrobione akurat tej feralnej niedzieli — i tam facet tkwił na samym dole trybuny w swoim wózku, ale z takim uśmiechem jakby mu ktoś właśnie powiedział, że wygraliśmy 5:0 w finale ligi. Aż mnie ciarki przeszły bo pomyślałem: "kurde, on wiedział, że to będzie coś wielkiego". No i miał rację, bo wtedy dopiero byłem za mały żeby rozumieć, ale teraz... teraz doskonale wiem dlaczego w hali było tak ciepło jak w domowym pieleszu. Bo tamci ludzie nie szli na mecz — oni szli do domu, do swojej drugiej rodzinnej hali. A ja? Ja po prostu czekam, aż znów usłyszę ten głos pana Janusza, który wyskakuje z wózka i krzyczy „STAL JEST NAJ!”, no a wtedy znowu wszyscy razem — jak w tej bajce gdzie wrzeszczeliśmy przez godzinę, nie zapomnimy! 🔥💪
ej, a pamiętacie tego gościa co wiozł na mecz swoją teściową w wózku widłowym bo mu akumulator padł i chciał ją jeszcze zatankować do wieczora? 😂
byliśmy wtedy w połowie sezonu, a ten facet podjechał pod halę jakby prowadził pociąg pancerny, a teściowa mu machała z tyłu jak królowa na paradzie 👑 no i oczywiście oboje trafili na trybunę, bo kto by ich tam zostawił — w końcu Stal to przecież drużyna, która nie pyta, tylko bierze!
i wiecie co? ta niedziela była tak ciepła, że nawet teściowa nachlała się w kibicowskiej "restauracji" piwem, które niby było bezalkoholowe, ale kto by tam liczył — bo jak mówi mój dziadek: "piwo w kuflu ważne jest, co jest w kuflu, nie etykieta" 🍻
i tak siedzieli, śpiewali, dopingowali, aż wózek im się rozleciał od skakania — a nasz pan Janusz, ten z elektrownią w głosie, krzyczał: "no chłopaki, pożyczajcie wózek tej babie, bo ona wam dziś wbije gola!" 😤
i stało się — teściowa strzeliła gola, wózek poleciał, a my tak się śmiali, że sędziowie myśleli, że to doping chemiczny, a nie radość czystej krwi Stalowej 🔥
no i teraz jak ktoś pyta, dlaczego Stal? bo tu nawet wózek widłowy stać na trybunie i wbija gole! STAL JEST NAJ! 💪🍿🤣