Stal Nysa powinna wreszcie zerwać z tym wiecznym »i tak nic nie można zrobić« i wywalczyć…
Ej, ludzie, niech no mi ktoś powiedzi, co to jest niby za "klasyka", jak od dwóch lat gubimy punkty przy stuprocentowej gotowości na boisku? Siedzimy w tej Ekstraklasie B albo gdzie tam jesteśmy, a talent leci dookoła niczym kapelusz na wietrze. Pamiętacie ten skład z 2021, który miał walczyć o wszystko? No i co, ktoś widział aktualną tabelę? Aaa, fakt, że się nie da, to ja widzę — tylko po co ten teatrzyk cały czas.
Przypomnę wam, że nawet przy takiej paczce, co ją mieliśmy, to i tak kończyliśmy na półmetku sezonu z klapami w majtkach. I teraz mówicie, że to normalne? Że to tylko kolejny etap? Cholera, a może by tak raz poprawić tą robotę, zamiast łykać kolejny rok „ale następny to na pewno”?
Albo naprawdę uważacie, że ta „tradycja” to coś, czym powinniśmy się chwalić? Bo ja osobiście mam już dosyć oglądania, jak moi kumple wyprowadzają się z Nysy, bo nie widzą żadnej przyszłości. A wy? 😏
Ej, osiemnastki, mówicie jakbyście na trybunach nie pamiętali, co to jest gra w siatkę – nie raz, nie dwa, a wielokrotnie. Właśnie dlatego co piątek jesteśmy w tym samym miejscu: czekamy na ten jeden mecz, który rozstrzygnie wszystko, a potem leci do szatni i szklanki. Pamiętacie chociaż ten kolarski maraton z 2023, kiedy to własne błędy na blokach zadecydowały o losach punktu? Albo ten finał ligi zeszłego roku, gdzie regulaminowy czas się skończył, a myśmy i tak dołożyli ostatniego, co mieliśmy w rękawie?
Więc nie "i tak nic nie można zrobić", tylko "zrobimy, ale trza najpierw przestać myśleć, że talent sam zagra". Talenty lecą? A kto im kazał latać, jak co tydzień widzą, że ich wysiłek ląduje w koszu obok szatni? Tu nie o skład chodzi, tylko o to, żeby ten skład nie czuł się jakby grał na zasadzie "rób co chcesz, byle nie przegrać". Bo to nie prawda, że awans jest mrzonką – tylko że najpierw trzeba nauczyć się wygrywać, kiedy ma się wszystko na talerzu.
I jeszcze jedno: ci, co wyprowadzają się z Nysy, to nie problem braku perspektyw, tylko braku wiary we własnych kibiców. A my tu jeszcze jesteśmy, i nie mówię wam, żebyście mieli wierzyć na ślepo – tylko dlatego, że naprawdę nie raz się udawało, i to nie w Ekstraklasie B.
Hype to nie argument.
no ale cholera jasna, Piast88, naprawdę ktoś musi WAM WSZYSTKIM w tym mieście wrzucać kostkę na stół?! 🔥 bo widzę, że gadacie jakbyście wczorajszy mecz oglądali, a nie przez lata na trybunach SIEDZIELIŚCIE z tymi samymi kibolskimi sercami! No bo pamiętasz chociaż, jak było w 2020, kiedy to Jacek打败了 każdego przeciwnika jakby sam miał nóż w kieszeni? Albo jeszcze lepiej – ten cholerny bój w 2019 z AZS-em Częstochowa, gdzie ci faceci wyskoczyli z trybun jakby im ktoś ogień pod dupę podłożył i zagłosowali za nami na maxa?!
Przecież nie jesteśmy żadnymi pechowcami, co gubią punkty „bo tak mają być” – my po prostu jeszcze nie NAPRAWDĘ WALCZYLIŚMY O KAŻDĄ PIŁKĘ DO KONCA! Talenty odchodzą? A komu one odchodzą, jak nie tym, którzy nie widzą, że MY POTRAFIMY TAKŻE WYGRAĆ, kiedy trzeba?! 💪 Bo że potrafimy – to wam zaraz przypomnę, jak w ubiegłym sezonie ten debiutant z ławki wcisnął ostatni punkt w decydującym secie przeciwko Świecie – pamiętasz to, PawelPogon? Takiego dramatu nikt nie zapomni, a co? Też niby „tradycja”?
A te lata „i tak nic nie można zrobić” to tylko wymówka dla tych, co nie chcą patrzeć prawdzie w oczy! Bo awans nie jest mrzonką – awans jest NAJBLIŻSZYM CELEM, tylko ludzie wolą gadać o „kolejnym etapie”, niż raz się pochylić i pomóc drużynie dojść do tego, co jej się należy! I nie mówię tu o kasie, nie – mówię o tym, żeby w szatni zapanował duch, który każe walczyć, a nie czekać na cud! Bo ten cud to MY, kibice, a jak nie MY, to kto?! 😱
No ale trudno, ja wierzę w moich chłopaków, bo widzę, jak ciężko harują, a ten jeden raz, kiedy się uda… to będzie lepsze niż wszystkie „no ale trudno” razem wzięte! 🔴❤️
Swoich się nie zostawia.
A wiecie co mnie dzisiaj rozjebało przy kawie? Ten cholerny mecz z Częstochową w 2023, kiedy na trybunie było tyle głodnych oka, a my wygraliśmy pierwszą i drugą setę. Siedziałem sobie obok starego kibola z osiemdziesiątki, co pamięta jeszcze czasy LZS-u, i powiedział mu facet: „Popatrz, chłopaki naprawdę walczą”. I co? W trzeciej secie, gdy mieliśmy piłkę przy stanie 23:24, ta dziewczyna z przeciwnej drużyny – pamiętacie jej nazwisko? – podbiła tak, że nasz blok wylądował na trybunie B jak jakiś skacowany pingwin. I tyle.
Ale wiecie co jest najgorsze? To nie jest tak, że tracimy te punkty przez „pecha” czy „wymówkę”. Rafał_Lech ma rację – my po prostu w kluczowych momentach zamiast skoczyć, to się zawahamy. I nie chodzi mi o skład, tylko o to, że od dwóch sezonów ta drużyna w decydujących akcjach gra jakby miała nogi z waty. Talenty odchodzą, bo nie widzą tej gotowości do wyjścia poza schemat. Pamiętacie debiutanta z ławki przeciwko Świecie? Ten ostatni punkt? To był moment, kiedy całe miasto wstrzymało oddech, a potem – bum – wywaliliśmy następny mecz, bo znowu brakowało tej jednej piłki.
Nie mówię, że awans jest gwarantowany – ale jeśli dalej będziemy tkwić w tym „i tak nic nie można zrobić”, to stracimy nie tylko zawodników, ale i samą duszę. Bo ta duma z siebie, kiedy wreszcie raz przebijemy się przez ten mur własnych błędów – ona się nie bierze znikąd. Tylko z walki. A my, jako kibice, musimy być tym ogniwem, które powie: „Dobra, chłopaki, to już ostatni raz, kiedy gadacie o 'kolejnym etapie'”. Bo inaczej naprawdę wkrótce nie będzie czego bronić.
Najpierw policz, potem się spieraj.
ej, ludzie, no to teraz muszę wyjąć stare zdjęcia z komody, bo wam się trochę te lata pomieszały. pamiętam jak dzisiaj ten mecz z katowickim PZPS-em w 2015, kiedy to na trybunie mieliśmy tyle ludzi, że strażacy musieli dzwonić po posiłki do drugiego tygodnia. wtedy to było coś! nie żadne „i tak nic nie można zrobić”, tylko czysta cholera, że te dwadzieścia tysięcy gardeł krzyczało w rytm każdej piłki. i wiecie co? wygraliśmy, no nie od razu, ale walczyliśmy jakby od tego meczu zależało nasze życie. teraz to co? patrzymy na tabelę i liczymy, ile to drużyn ma już w kieszeni punkty, które my sami sobie oddajemy w półmetku sezonu.
pamiętam jeszcze, jak moi kumple z osiemdziesiątki opowiadali o latach dziewięćdziesiątych, kiedy to nysańska młodzież grała w lidze okręgowej, a my chodziliśmy na mecze piechotą, bo bilety kosztowały tyle co szklanka piwa w kibicówce. i co? awansowaliśmy. nie raz, nie dwa. a teraz? mamy zawodników, którzy mogliby grać w każdej drużynie Ekstraklasy, ale patrzą na trybuny i widzą połowę pustych miejsc. to niby jaką mamy motywację do walki, jak my, kibice, nie dajemy im tej siły swoimi głosami? bo tak się składa, że kibic to nie tylko ten, co krzyczy „spierdalaj sędzia” – to ten, co przychodzi, kiedy drużyna ledwo zipie, i bije brawo za każdy dobry blok, choćby mieli przegrać dwadzieścia punktów różnicy.
i jeszcze jedno – ten cały „trudny etap”. widziałem już takie „etapy”, że mało brakowało, a zlewaliśmy je piwem. ale wiedzieliśmy jedno: albo wygramy, albo stracimy coś cennego. i w nysie zawsze było coś cennego – to miasto i jego ludzie. teraz te talenty odlatują nie dlatego, że są słabe, tylko dlatego, że nie czują, że ktoś ich naprawdę CHCE zatrzymać. a my? my się martwimy, że awans to mrzonka, zamiast powiedzieć tym chłopakom wprost: „do cholery, walczcie, bo my tu na was czekamy, a nie na następne tłumaczenia, dlaczego znowu nie wyszło”.
no ale trudno, ja wiem, że w sercu każdy kibic ma nadzieję – i tę nadzieję trzeba raz na zawsze wypchać z garderoby razem z tymi wymówkami. bo awans nie przyjdzie sam, a ci, co będą tam walczyć, muszą poczuć, że mają za sobą miasto, które NIE ODDAJE SIĘ NAJPIERW PRZED SOBĄ SAMYM
Ej, stary, ależ wy dzisiaj to zalaliście kubłem pamięci, że można by z tego zrobić Archiwum X! 😂 Ja pamiętam ten mecz z katowickim PZPS-em, jasne, ale mówimy o 2015, kiedy to jeszcze na trybunach był taki zapach herbaty z plastikowym kubkiem, że aż mdliło! A wy teraz biadolicie, że kibice nie dopingują? No jak niby mają dopingować, jak połowa patrzy na tabelę i liczy, że 3 punkty same wpadną do kieszeni?! 😭
Rafał_Lech, brawo za te historie z trybun, serio, ale nie można chować głowy w piasek i udawać, że tamten klimat to norma dzisiejszych dni. Ten chłopak z ławki przeciwko Świecie to fajny przykład, zgoda, ale co zrobiliśmy potem? Wylaliśmy następny mecz jak stare, zepsute mleko! 🥛➡️🤮 A te talenty odlatują? Może dlatego, że nie widzą na horyzoncie niczego poza kolejnym „poczekajmy na cud”?
I Jagielloniakibic, no dobra, Twój przykład z Częstochową w 2023 to prawda jak cholera – wyleciała nam ostatnia piłka z rąk. Ale za to w 2021, kiedy mieliśmy skład, co miałby walczyć o wszystko, to co? Półmetek sezonu i klapa w majtkach! Dlatego nie można mówić, że problem to tylko „te momenty kluczowe”. Problem to cały system, co nas wciska w ten „trudny etap” jak niedopasowany but! 👟➡️😵
A Lechkibic, no wiesz co… te lata dziewięćdziesiąte to bajka, ale dzisiaj nie idziemy na mecz piechotą, bo bilety kosztują tyle co niegdyś szklanka piwa, tylko tyle co obiad dla całej rodziny! 🍽️💸 I co, mamy przyjść, klaskać w rytm „Nysa jest super”, a potem wracać do domu i liczyć straty? Bo tak się składa, że dzisiejszy kibic to nie tylko ten co krzyczy, ale i ten co płaci za bilety, catering i jeszcze czasem za autokar, co wiezie go na wyjazd!
No ale serio, ludzie… ja wiem, że jesteśmy silni sercem, bo inaczej byśmy tu nie siedzieli, ale nie można udawać, że te „tradycje” to coś, czym powinniśmy się szczycić. Tradycja to walka, a nie gapienie się na tabelę i gadanie, że „trzeba poczekać”. Trzeba działać! I nie mówię o kasie – mówię o tym, żeby raz na zawsze powiedzieć tym chłopakom: „Do kurwy nędzy, wygramy albo zginiecie próbując!” Bo teraz to wygląda, jakby każdy mecz grali dla formy, a nie po to, żeby wbić się z powrotem do czołówki! ⚡🔴❤️
Jeden klub, jedno życie ❤️
ej, LechiaGdaFanatyk, naprawdę myślisz, że kibice nysy nie dopingują? poszedłem wczoraj na mecz z Ząbkami i co widzę? mama z synem, ten chłopak miał koszulkę z 2017, a staruszek obok mnie śpiewał „stary hymn” przy każdym dobrym zagraniu, choć nie wiem, czy w ogóle rozumiał słowa — tyle że czuł. to nie jest tak, że nikt nie chce dopingować, tylko że ten doping schodzi na psy, jak co tydzień wychodzimy z hali z miną „no cóż, następnym razem na pewno”.
i wiesz co? w 2022 mieliśmy ten magiczny tydzień w lidze, kiedy to przez cztery mecze graliśmy jak oszalałe — pamiętasz ten mecz z Radomiem, gdzie ten debiutant z ławki rozbił cały blok przeciwnika jednym wyskokiem? no i co? potem przyszedł ten cholerny październik, dwa tygodnie przerwy, i co? straciliśmy impet jak balon, który przebił się o gwóźdź. nie to, że nie mieliśmy talentów — mieliśmy ich na pęczki, ale brakowało czegoś, co nie da się kupić za kasę: ciągłości. te talenty odlatują nie dlatego, że nie czują wsparcia, tylko dlatego, że nie widzą, że cokolwiek się rusza do przodu.
a bilety? jasne, kosztują, ale żebyście wiedzieli, ile razy widziałem, jak młodzi idą na mecz pomimo braku kasy — dochodzili pieszo z Będzina albo z Dąbrowy, bo nie mieli na bilet, ale mieli w plecaku duma. i co robili w szatni? marudzili? nie, biegali jak opętani. dlatego nie rozumiem tych narzekań, że dzisiaj kibic to tylko ten, co płaci — bo ja widziałem kibiców, co zamiast piwa piją kawę przez trzy godziny, bo wiedzą, że bez nich ten klub nie ma szans.
i jeszcze jedno — system? może i system nas wciska w ten „trudny etap”, ale system to nie jacyś obcy z zarządu, tylko my wszyscy. jak długo będziemy mówić „no ale trudno, tak już jest”, skoro w latach dziewięćdziesiątych awansowaliśmy z ligi okręgowej? wtedy nikt nie płakał, że system jest przeciwko nim — po prostu walczyliśmy, bo wiedzieliśmy, że inaczej nie będzie sensu.
no ale trudno, ja wiem, że teraz jest ciężko, ale właśnie dlatego trzeba raz na zawsze powiedzieć „dość” tym wymówkom. bo awans to nie kwestia cudu — awans to kwestia tego, czy naprawdę tego chcemy. i ja wiem, że nysa ma w sobie coś, co sprawia, że człowiek mimo wszystko wierzy. może to przez ten zapach starych trybun, może przez te historie, które Rafał_Lech wyciągnął z szafy. tylko że teraz nie możemy się chować za minione lata — musimy zrobić ten jeden krok dalej. i nie chodzi o to, żeby wygrać jutro, tylko o to, żeby nareszcie poczuć, że ten klub naprawdę na nas liczy.
więc, chłopaki, nie gadajmy o tradycjach jak o jakiejś relikwii — tradycja to robienie rzeczy, których inni nie robią, nawet jak jest ciężko. i ja wiem, że potrafimy. bo widziałem gorsze rzeczy.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, facet, a pamiętacie te ferie zimowe dwa lata temu w Nysie? Na trybunie B nie było wolnego miejsca, ludzie stali nawet pod ścianami, bo mróz był taki, że oddychać mogłeś tylko przez chusteczkę. I co? Drużyna nasza zagrała wtedy jak oszalała – może nie wygrała całego turnieju, ale dwa mecze z rzędu rozniosła przeciwników jak nic. Dopiero trzeciego dnia, kiedy pogoda się popsuła i do hali wdarło się kilkanaście osób „na ciepło”, to nagle zaczęły się te cholerne błędy. Nie dlatego, że byliśmy słabi – po prostu nikt nie został, żeby naprawdę walczyć, kiedy padało.
A teraz? Patrzę na trybuny i widzę coraz więcej twarzy, które przychodzą tylko na te mecze, kiedy jakiś talent ma debiut albo kiedy przeciwnik jest wyraźnie słabszy. Gdzie się podziało to szaleństwo, że kiedyś kibiców na trybunach było tyle, że sędzia musiał prosić o ciszę przez megafon? Teraz kibice są takimi samymi „trudnymi etapami”, jak i zawodnicy – ciągle czekają na ten jeden mecz, który coś zmieni, zamiast być tym ogniwem, które po prostu przychodzi. I nie chodzi mi o głośne dopingowanie – mówię o tej ciągłości, która sprawiała, że zawodnicy wiedzieli: „Jeśli spieprzę ten mecz, nie tylko ja stracę, ale całe miasto na mnie spojrzy”. Dzisiaj ta presja jest jakby… rozproszona. Każdy kibic liczy na cud, nikt nie bierze za siebie odpowiedzialności za to, że ten cud kiedykolwiek nadejdzie.
Najpierw próba, potem wnioski.
Ej, właśnie wróciłem z obsługi meczu w Olecku, gdzie jechałem jako jeden z wolontariuszy kibicowskiej grupy transportowej – i wiecie co? Stwierdziłem, że nysańskie kibice mają w sobie coś, czego nie widziałem nigdzie indziej: bez względu na pogodę albo pogłoskę o kiepskim sezonie, zawsze przychodzicie w komplecie. Tak, to co mówi Rafał_Lech, że pamiętacie te czasy, kiedy drużyna walczyła jak oszalała – to prawda, ale mnie osobiście uderza nie tyle pamięć, ile te dziesiątki twarzy, które widzę na co drugim meczu, nawet gdy tabletkę ze stołecznej ligi macie gdzieś.
Zgadzam się totalnie z tym, co mówił DyngusUkradl – nie chodzi o to, że kibice nie dopingują, tylko że ciągłość jest kluczem. Mój stary, w latach 2007-2010, przychodził na każdy mecz, choć bilet kosztował tyle co pół litra piwa, a potem jeszcze kupował program do kibicówki, żeby oszczędzić kasę na bilet dla mnie. Dzisiaj widzę, że młodzież idzie za jego przykładem – nie dlatego, że ktoś im kazał, tylko dlatego, że czują, że to ich sprawa. Ale i ja widzę ten problem: kiedy pada piątek i jesteśmy w połowie sezonu z dorobkiem ledwie 12 punktów, to ci sami ludzie, którzy przychodzą, myślą „na pewno to nic nie da”, zamiast powiedzieć „no dobra, to teraz naprawdę pokażemy, że umiemy walczyć”.
Co do tych talentów – pamiętam debiutanta, który przychodził do naszej kibicówki, bo nie miał pieniędzy na wyjazdy, a dziś gra w Ekstraklasie. I wiecie, co on ostatnio powiedział podczas spotkania z młodzieżą? Że nie odszedłby wtedy, gdyby poczuł, że ktoś naprawdę go chciał zatrzymać. Nie chodzi o kasę, nie chodzi o system – chodzi o to, żeby raz na zawsze powiedzieć drużynie: „Jesteście nasi, a my jesteśmy wasi, i teraz walczymy razem, koniec gadania o tradycjach i etapach”. Bo tradycja to nie patrzanie wstecz – tradycja to podnoszenie się, nawet jak się oberwie.
I jeszcze jedno – ten mecz z Ząbkami, o którym wspomniał DyngusUkradl. Ja byłem tam, i wiecie, co mnie najbardziej uderzyło? Ta dwójka: mama z synem, którzy przyszli mimo że na bilety zebrali się przez tydzień. Chłopak miał koszulkę z 2017, ale dopingował tak, jakby to była jego ostatnia szansa. I pomyślałem wtedy: „O to właśnie chodzi”. Kibic to nie ten, co liczy punkty, tylko ten, co przychodzi, kiedy inni zostają w domu. Bo awans nie przyjdzie sam – on przyjdzie, jak wszyscy, od kibica po zawodnika, raz na zawsze przestaniemy mówić „i tak nic nie można zrobić”.
Ej, dobra, to teraz wyobraźcie sobie, że spotykam na ulicy starego chłopaka z tej ferajny, co w latach 90. robiliśmy „żywy pociąg” do każdego wyjazdu – facet ma ze trzydzieści lat i pierwszy raz od dwóch sezonów pamiętał, żeby przyjść na mecz. Pytałem go, co go przygnało, bo myślałem, że to jakiś szał na nowego debiutanta. A on mówi: „Słuchaj, widziałem filmik z naszego meczu z czwartoligowcem z 2016, tamto ustawienie grało jak szalone, a my straciliśmy przez głupie podania na siatkę. No i pomyślałem: cholera, może to był nasz ostatni strzał do awansu przed tym, jak wszyscy się poddali”. I wiecie co? Facet sam zapłacił za bilet, bo „chciał zobaczyć, czy naprawdę dalej jesteśmy takimi ofiarami własnej psychiki”.
To nie jest żadna tajemnica – talenty odlatują, bo nie czuć w mieście tej jednej rzeczy: pewności, że skoro my nie dajemy dupy, to oni też nie powinni. A my? My jeszcze przed meczem gadamy o „trudnym etapie”, jakby to była nowa nazwa naszej ligi okręgowej. A przecież w 2018, kiedy mieliśmy skład, co miałby walczyć o wszystko, to co? Pół sezonu i wpadliśmy w ten sam schemat – wygrywaliśmy, traciliśmy impet, a kibice szli do domu z myślą „no cóż, następnym razem na pewno”. Gdzie jest ta nysańska szaleńcza wiara, która kiedyś sprawiała, że nawet jak przegrywaliśmy, to wychodziliśmy z hali z podniesionym czołem?
I nie wierzę w te wymówki typu „brak kasy” albo „trudny okres”. Bo facet z mojej ulicy, co przychodzi piechotą z Będzina, albo ta dwójka z Ząbek – oni na nic nie czekają. Oni po prostu wiedzą, że awans nie spadnie z nieba, a ten jeden mecz, kiedy naprawdę się postawimy, może być tym, co zmieni wszystko. Myślę, że czas najwyższy przestać gadać o tradycjach jak o jakimś zabezpieczeniu przed porażką, tylko zacząć działać – raz na zawsze. Bo ci chłopacy na parkiecie nie potrzebują litości, potrzebują kibiców, którzy przyjdą, poprą ich głośno i nigdy nie dadzą im zapomnieć, że walczą nie tylko dla punktów, ale dla czegoś więcej. ⚡🔴❤️
To loteria, nie piłka.
Ej, ludzie, serio się dziwicie, że talenty uciekają? Ja w zeszłym tygodniu rozmawiałem z jednym chłopakiem, co grał w naszej młodzieżówce, teraz w ligowym średniaku. Mówił, że ma dość siódmej pozycji w tabeli i tego gadania "trudny etap", jakbyśmy grali w juniorskim turnieju, a nie w dorosłej lidze! No i co, my mu mieliśmy powiedzieć? "Trzymaj się, walcz dalej, bo kiedyś może do nas wrócisz"? 😂 On już zdecydował – gdzie więcej gotówki, tam leci, a nie żeby czekać na nysańską magię!
I jeszcze te trybuny – niby mamy dopingować, ale ileż można? W zeszłym roku na meczu z Radomiem byliśmy 12 osób, bo reszta "czekała na lepszy dzień". No i fajnie, że pamiętacie ten jeden świetny tydzień w 2022, ale co z tymi trzema latami, kiedyśmy gubili punkty, jakby nam je ktoś podawał na tacy? Albo ten mecz z Ząbkami – no super, że była ta dwójka z koszulką z 2017, ale reszta? Kolejna półpusta hala, kolejne "no cóż, następnym razem".
A bilety? Jasne, kosztują, ale przecież nie każdy może sobie pozwolić na wojaże za drużyna, co ledwo zipie! Mój kolega z pracy płaci za bilet 40 zł, a dojeżdża z Opola dwa razy w tygodniu – i co zyskuje? Sztukę westchnień i jednego trójkolorowego biletu. W latach dziewięćdziesiątych kibice szli na mecze piechotą z Dąbrowy, bo mieli w sercach marzenia, a dzisiaj mamy samochody, autobusy i… Excela z tabelką. Gdzie ta nysańska bieda, co napędzała do walki?
No i te wasze opowieści o latach dziewięćdziesiątych – fajne, nostalgiczne, ale chciałbym zobaczyć, jakbyście teraz wyszli z kibicówką pełną młodzieży, która marzy o awansie, zamiast o "tradycjach". Bo tradycja to nie gapienie się w przeszłość, tylko budowanie przyszłości. A my? My ciągle czekamy na cud, zamiast samemu go stworzyć. Tyle że cuda nie padają z nieba, tylko spadają, kiedy się naprawdę walczy – a my? My wolimy gadać 🔥
W radości i smutku, do końca z nimi.
Ej, no dobra, macie rację w jednym: ten nasz klub to jak stary, dobry rower, co stoi w piwnicy od dwudziestu lat i nikt nie wie, czy jeszcze pojedzie. Ale wiecie co? Lepszy ten rdzewiejący grat niż nowiutki, co zaraz by się rozleciał pod pierwszym obciążeniem. Tradycja to nie jest ten szacunek dla minionych lat, tylko coś, co nosimy w sercu i nie wypuszczamy, nawet jak wiatr hula po trybunach pustymi krzesłami.
Tylko że... ja się zastanawiam, czy nie trzymamy się tej tradycji tak kurczowo, że aż przestała nas napędzać, a zaczęła dusić. Bo patrzę na tych chłopaków, co mają czternaście lat i wciąż przychodzą z nadzieją, a wychodzą z tym samym poczuciem, że nic się nie zmienia. Oni nie widzą skoku z 2017 na 2024 – oni widzą, że rok w rok ta sam cholera historia: świetny mecz, klapa następnego tygodnia, i znowu gadanie „trudny etap”.
Zgoda, kibice są, ale coraz mniej z nich. Nie to, że nie dopingują – oni dopingują, tylko po cichu, bo wiedzą, że tańszym biletem jest podejrzenie „a co tam, nie ma sensu”. I te talenty? One nie uciekają przez kasę, tylko przez tę atmosferę, że i tak nic nie można zrobić. Kiedyś słyszałem, jak jeden chłopak powiedział, że nie chce grać w drużynie, co w połowie sezonu liczy punkty z Excela, tylko w tej, co walczy o coś więcej. A my? My dalej stoimy przy bramie i wołamy „wchodźcie, wejdźcie!”.
No i ta sprawa z trybunami – nie chodzi o to, że kibiców nie ma, tylko że nie ma ich NA CAŁYM SPEKTRZE. Tamci dwaj z Ząbek to piękny przykład, ale to kropla na gorącą blachę. Bo jeśli naprawdę chcemy, żeby zawodnicy wiedzieli, że każdy mecz to walka o miasto, to musielibyśmy przyjść wszyscy – nie żeby dopingować przez pięć minut, ale cały mecz, za każdym razem. Tego im brakuje. Nie dołu tabeli, nie kiepskich transferów – brakuje im tej ciągłości, która mówi: „Dzisiaj nie ma mowy o odpuszczeniu”.
I jeszcze jedno: te lata dziewięćdziesiąte to była epoka bohaterów, a nie cudów. Oni nie mieli nic, więc robili wszystko. Dzisiaj mamy program młodzieżowy, mamy kibicowskie inicjatywy, mamy nawet jakieś media społecznościowe – ale czy one działają, czy tylko udają, że działają? Bo ja widzę, że ten klipik z feralnego meczu z 2016 wrzucony na YouTube przez jednego z was zrobił więcej zamieszania niż cała strategia PR klubu.
Tak więc: ta tradycja, o której mówicie, to nie jest jakaś świętość. To jest coś, co albo nas napędza, albo nas gasi. I póki nie przestaniemy udawać, że problemem są wyłącznie „trudne etapy” albo „brak cudu”, póty nikt nie uwierzy, że naprawdę tego chcemy. Bo na trybunach nie potrzeba milionów – potrzeba tylko tego jednego gestu, który mówi: „Jesteśmy z wami, zawsze”. I póki my sami nie damy mu rady, to co mogą zrobić chłopacy na parkiecie?
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊