SPS Siedlce — kiedy kibicowskie serce bije jedną barwą: biało-czerwoną!
pamiętam, jak lat dziewięćdziesiątych było, na meczu w Radomiu, zero stopni na termometrze, a facet z boku coś tam tam próbował rzucić w naszych chłopaków... i tylko ci co mieli zapałki palili ogniwa, żeby choć trochę się rozgrzać, bo organy straży nie dawały rady z tymi kibolami co to przyleźli z całej okolicy. a nasz ówczesny napastnik, ten stary byk franek z koszalinia, strzelił wtedy dwa gole i poszedł w tłum witać się z nielicznymi gośćmi, co się odważyli wyjść z wiatrem. no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
no do cholery, a ja w tamtym meczu na stadionie warszawskim byłem... a co? a CO?! otwieram oczy, 89 minuta, sędzia dogrywa, i NASZ STARY KAPITAN, ten Łysy co ma brata w Pogoni, leci w pole karne jakby go gonił diabeł! i piłka siada mu u nogi, czysta jak łza, i BUM! — w lewy róg, ktoś by powiedział cudem, ale ja tam stałem i widziałem: to nie żaden cud, to robota naszych chłopaków, co grają z pasją a nie z kartki! 🔥🔴 no i te wrzaski w moim kierunku kiedy padł gol... moi sąsiedzi myśleli pewnie że mnie serce wyskoczyło z piersi! kurde, przysięgam, że od tamtej chwili mam w uchu jeszcze echo gwizdków i wrzasku "BIAŁO-CZERWONA MOC!" 💪
W radości i smutku, do końca z nimi.
a pamiętam jeszcze ten mecz w białej podkoszulce z numerem 9 na plecach, to musiał być chyba 2010 rok, grudzień, sypie śnieg, ale myśmy się tłoczyli pod bramą jak szaleni, bo akurat goście mieliśną "czwórkę" w składzie, a nasz maruda trener kazał grać defensywnie... no i co? no i w 85. minucie padł rzut rożny, piłka lata w powietrzu jak ptak oszalały, ja akurat stałem koło latarni, więc miałem najlepszy widok — rzut wolny do naszego łebka, on głową posyła w pole, a tam chłopaki zaczynają się tłuc jakby im za darmo płacili... i nagle ten cholerny sędzia dogrywa, bo ktoś podciął naszego rozgrywającego. dogrywka, ostatnia minuta, wszyscy już tracimy nadzieję, a tu nasz chłoptaś, ten z siwą czupryną dzisiaj, wyrywa się do środka, przebija dwóch obrońców i walnie... gol! gol! gol! i taki krzyk się podniósł, że chyba cały stadion warszawski się zatrząsł, a ja tam na trybunie stałem z rękami na głowie i kląłem jak szewc, bo zapomniałem nawet oddychać przez te dziesięć sekund! i jeszcze ten facet obok, jakiś obcojęzyczny kibic, podbiegł i klepnął mnie w plecy mówiąc "polish magic!" — no cóż, może i magia, ale wiadomo, to robota naszej drużyny, co umie grać, kiedy trzeba, nie na papierze, tylko w sercu! no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
No cóż, akurat dziś rano przeglądałem stare zdjęcie z telefonu — ten zjazd na Starówkę zieloną, w środku jakieś piwko na ciepło, bo mróz był taki że struny głosowe zamarzały — i akurat trafiłem na fotkę, którą ktoś zrobił Dziadkowi, tamtej zimy 2010 w Warszawie. Siedlce, biało-czerwone szaliki pod czapkami, a ten cholerny gość, co stał obok, puścił dym z papierosa prosto w twarz kibicowi z naprzeciwka, ale nikt nawet nie drgnął, wszyscy patrzyli na boisko jak zahipnotyzowani. Pamiętam, jak mówiłem do kumpla: "Patrz, jak oni grają — nie liczą minut, nie liczą strat, po prostu walczą". I to właśnie było wtedy.
Teraz? Teraz jest lepiej, bo jesteśmy mądrzejsi o te lata, o te setki meczów, o te porażki co nas uczyły. Kibice są tacy sami — nadal krzyczą, nadal śpiewają, nawet jak wieje lodowaty wiatr i sędzia co chwilę pokazuje kartki za nic. Tyle że dziś nasza ekipa umie zagrać głową, umie odgryźć się chłodno, kiedy trzeba, a nie tylko rzucać się w pole karne z ogniem w oczach i wiarą świętą. To nie ta sama liga co kiedyś, nie ten sam budżet, nie ten sam luz na wyjazdach — ale serce bije dalej tym samym rytmem.
Tamten czas to była siła chaosu, dziś mamy siłę planu. I to chyba największe osiągnięcie.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A co wy tam wiecie o tym planie, hę? Tylko mi nie mówcie, że dziś nasza drużyna gra "z głową" — toż to cała masa chłopaków, co wciąż na migi dogaduje się z bratem po drugiej stronie boiska, jakbyśmy grali w piaskownicy! Pamiętam, jak facet zza siatki krzyczał do naszego środkowego: "Stary, podaj do mnie, ja tam wsadzę!", a ten od razu rzucił — i gol! I co, niby to plan? A może to właśnie ta dzisiejsza "mądrość" jest powodem, że w kluczowych momentach nasze nogi robią się z waty? Bo w 2010 roku przynajmniej wiadomo było, kto walczy, a kto jedynie udaje — teraz wszyscy udają, że grają, a ja wam mówię: niech ktoś tam naprawdę zaryzykuje! Tamten gol z 89. minuty? To była czysta pasja, a nie jakieś tam ustawienie w Excelu!
I jeszcze te gadania o "magicznym" powietrzu na trybunach — no przecież to nie magia, tylko wy sracie bielizny z emocji! Patrzcie, kiedy Łysy wbiegł tam na Stadionie Narodowym, to nie było żadne "planowanie", to było: "WALCZĘ DO KONCA, BO TO SIEDLCE, A NIE JAKIŚ MIASTECZKOWY KLUB!" I to jest ta różnica — dziś kibice szukają usprawiedliwień, że "mecz był trudny", a ja wam powiem: trudno nie znaczy przegrane, tylko że trzeba bić się bardziej! I nie opowiadajcie mi, że dzisiejsza drużyna nie ma serca — jeśli ktoś naprawdę chce walczyć, to nawet jak sędzia dmie w gwizdek za faul na jedenastu metrach, i tak się ruszy, żeby piłka trafiła do siatki! Wystarczy chcieć, a nie liczyć na to, że plan z Excela uratuje ławkę rezerwowych!
A co do tej historii z Dziadkiem — no jasne, że zapamiętałeś ten gol z powietrza, bo wtedy jeszcze nikt nie kombinował, jakby ubrać trzech obrońców w jednej minucie! Dzisiaj to by nasz trener kazał czterem facetom stać przy każdej poprzeczce, żeby nie dać się wykończyć rzutem rożnym! Ale wiecie co? Tamten czas to były czasy, kiedy kibic miał wrażenie, że naprawdę uczestniczy w meczu — teraz to już tylko podglądanie przez okno, jak drużyna kręci się w miejscu! No chyba że komuś wystarcza oglądanie tego na YouTubie, bo wtedy można sobie dowolnie zatrzymać obraz i powiedzieć: "Patrz, to był dobry moment, to zły..." — ale na żywo? Tam emocje rządzą, a nie jakieś tam diagramy!
A toż ja znam jednego chłopaka, co tam był przy tym meczu w Warszawie i do dzisiaj ma ten sam zapał w oczach jakby to było wczoraj! Siedliśmy kiedyś na piwko w tej knajpie obok stadionu, co to ponoć nawet po golu nie wybuchła bomba, bo kibice zdołali ogarnąć rozgardiasz sami — i ten facet, co nazywa się Rysiu, tak samo gestykuluje rękami jak wtedy na trybunie, opowiadając jak Łysy kopnął tamtego golasa... aż mi się serce ścisnęło, bo widziałem, jak wszyscy wokół niego kiwali głowami i machali rękami, jakby sami tam byli! No i jeszcze ten detal, co zawsze mi się wbija w pamięć — że po golu niektórzy kibice zaczęli śpiewać piosenkę o tym, że "Siedlce to nie ma co mówić, jak się bije serce białe-czerwone", a jakiś starszy pan tak głośno zagrał na koronce, że myślałem, iż zaraz zagrają hymn całego województwa! 🔴🔥💪 NIKT NIGDY NAM NIE ZABIERZE TEGO UCZUCIA, ŻE JESTEŚMY JEDNYM ORGANIZMEM NA BIAŁO-CZERWONO!
Swoich się nie zostawia.
No do cholery, to się zrobiło sentymentalne jak moja babcia po trzecim kieliszku! Ale wiecie co? Ja tam przy tym meczu w Warszawie nie byłem, bo akurat wylewałem łzy nad talią kart przy stole w domu kolegi — ale mój stary, ten z_orderem na murawie 5cm od linii autowej, tam był i do dzisiaj chwali się, że dał radę poderwać trzy piwka zanim padł gol! 🍺🍺🍺
A wiecie, co mi powiedział jak wrócił do domu? "Synu, nigdy nie zapomnę, jak ten Łysy wbiegł w pole karne... i wylądował prosto w objęciach jakiegoś warszawiaka, co akurat szukał szalików dla swojego pieska!" Bo wiecie, na tym polega magia Siedlec — nawet jak grasz piłką nożną, to i tak trafiasz na psią sierść w najważniejszym momencie! 🐶🔴
Ale poważnie — ten gol to był jak uderzenie pioruna wprost w serce każdego kibica! A mój kumpel, co tam stał obok mnie w tłumie, to w momencie strzału puścił się biegiem wzdłuż trybuny jakby mu ktoś zdjął buty, a potem upadł na kolana i zaczął modlić się do świętego Józefa — bo akurat w tym dniu świętowaliśmy jego imieniny! 🙏🔥
I wiecie co? Na drugi dzień rano spotkałem go w osiedlowym sklepie, a on miał na szyi dwa szaliki — jeden swój, drugi ponoć "znaleziony" na stadionie, bo "przecież nikt nie będzie zostawiał takiego cudeńka na trybunie"! Ekonomia obrotu materiałami kibicowskimi w czystej postaci! 🤑🔴
No ale serio — jakby nie było, to był jeden z tych momentów, co to się pamięta całe życie. A dziś? Dzisiaj możemy liczyć na ładne podania, ustawienia, i może nawet na to, że sędzia nie zabije nas piątym faulkiem w pierwszej połowie! Ale niech ktoś spróbuje mi powiedzieć, że te współczesne "głowy" dadzą radę wycisnąć z siebie tyle emocji co stary dobry Łysy w 89. minucie! Ja w to nie wierzę, chyba że któryś z nich nauczy się grać w butach narciarskich — bo wtedy na pewno nie będą mieli czasu myśleć, tylko walczyć! 🎿💪
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.