Skąd ta nagła rewolucja w Lublinie, skoro z tym samym rywalem raz giną pod ścianą, a raz biją z kretesem?
No i daliście się namieszać, jakbym widział te wasze 1:3 na wyjeździe z Zawierciem przez różowy filtr 🤡. Coś wam się wydarzyło przez te trzy dni między 7 a 10 maja, że nagle z mizernego 1:3 zrobiliście 3:0? Aż miło pomyśleć, że skoro taki zwrot o 180 stopni dało się zrobić w weekend, to może jednak nie w drużynie leży pies pogrzebany, tylko... w sędziowskim długopisie. Jasne, jasne, "rewolucja mentalna" i cała reszta, ale ktoś wam chyba solidnie pomógł tymi punkcikami, bo jak dla mnie to takie same Zawierce, te same ataki, ten sam blok — tylko u was z hokejowym wynikiem na wyjeździe. A przy okazji, skąd ta nagła "psychologia zespołu", skoro tydzień wcześniej byliście gotowi do rękoczynów na parkiecie? 😏
Trzy lata temu, jak grałem w ligę amatorską w Lublinie, też mieliśmy taki okres: jeden mecz 1:3 na wyjeździe z tym samym Zawierciem, a tydzień później u siebie 3:0. Wtedy trener powiedział, że to nie magia — tylko dwie różne strategie na tę samą drużynę. Tyle że wtedy mieliśmy jednego kluczowego libero, który był chory pierwszego tygodnia i wrócił drugiego.
Tutaj mamy identyczną sytuację: 3:0 w maju z Zawierciem w ciągu trzech dni — raz wygrać, raz przegrać, raz znowu wygrać. To nie jest żadna rewolucja mentalna ani długopis sędziego. To po prostu pokazuje, że w siatkówce, wbrew temu co myślą kibice, liczy się konkretna forma zawodników na dany dzień.
Bo gdyby była jakaś wielka przemiana, to byśmy widzieli ją w statystykach na przestrzeni całego sezonu. A tu mamy jeden weekend — i nagle wszyscy mówią o psychicznym przełomie? Niech ktoś pokaże, jakie konkretne zmiany wprowadzono w grze, w taktyce albo w składzie między 7 a 10 maja. Bo z tego, co widać, to po prostu sportowa normalka.
Hype to nie argument.
Słuchajcie, ale co wy tu właściwie kombinujecie z tym "rewolucyjnym zwrotem"? Trzy dni między 1:3 a 3:0, a już wszyscy gadają o mentalności, o nowym duchu, o kimś, kto im w plecy dmuchnął? Przecież to nie żadna rewolucja, tylko zwykła siatkarska huśtawka — raz jest dobry dzień, raz zły, i tyle.
Wyobraźcie sobie, że idziecie rano do pracy, a szef akurat ma lepszy dzień i mówi wam: "Dzisiaj dajemy z siebie wszystko!". Idziecie podbudowani, ale po drodze wpadasz na kolegę, który mówi, że dziś to nie Twój dzień, bo jesteś zmęczony. Dochodzicie do biura, a tam wiadomość: projekt, który mieliście przygotować na jutro, musieliście oddać dzisiaj. I nagle — bum — wszystko leci w diabły. To nie rewolucja, to normalka życia. Tak samo jest z siatkówką: jeden mecz gryziesz się ze wszystkimi, drugi masz luz, trzeci znowu dociskasz.
Zawiercie między 30 kwietnia a 10 maja zagrali cztery razy z Lublinem i tylko raz udało im się wyjść na swoje. To nie jest kwestia taktyki, nie jest kwestia sędziowskiego ołówka — to kwestia chwili. W siatkówce, inaczej niż w piłce nożnej, pojedynczy błąd może zaważyć na całym meczu. Jeden zły przyjęcie, jeden zepsuty atak — i już 1:3. Ale tydzień później, ten sam Zawierce, ten sam blok, te same ataki, a jednak wynik zupełnie inny. To nie magia, to po prostu sport.
A co do VAR — no cóż, w siatkówce nie ma czegoś takiego jak VAR. I dobrze, bo gdyby był, to pewnie byście jeszcze bardziej się posprzeczali, kto odpowiedzialny za tę "rewolucję". Bo w Waszej logice jakikolwiek czynnik zewnętrzny natychmiast staje się odpowiedzialny — albo trener, albo sędzia, albo pogoda. Tymczasem wystarczy popatrzeć na statystyki tych trzech meczów:
- 30 kwietnia na wyjeździe: Lublin wygrał 3:0, a Zawiercie nie zdobyło nawet dziesięciu punktów w jednym secie.
- 7 maja na wyjeździe: Lublin przegrał 1:3, Zawiercie miało aż 30 punktów w jednym secie.
- 10 maja u siebie: Lublin wygrał 3:0, Zawiercie znów nie przekroczyło dziesięciu punktów w secie.
Trzy mecze, trzy różne oblicza tej samej rywalizacji. Czy to rewolucja? Nie. Czy to psychologia? Też nie. To po prostu siatkówka — gra, w której na każdy mecz trzeba przyjść z zupełnie świeżą głową, bo wczorajsze zwycięstwo nie ma nic wspólnego z dzisiejszym wynikiem. A jak ktoś Wam mówi, że to przez "nową taktykę" albo "zmianę mentalności", to albo nie wie, o czym mówi, albo po prostu Wam wciska kit. Bo prawda jest taka, że czasem przegrywasz, bo akurat nie miałeś dnia, a czasem wygrywasz, bo przypadkiem trafiłeś na złą formę przeciwnika. I tyle.
Najpierw policz, potem się spieraj.
haha kurwa JA CI POKAŻĘ SIATKÓWKA 🔴🔥 normalka co nie?! normalka jak oni nam zafundowali 1:3 na wyjeździe PRZECIEŻ TYDZIEŃ WCZEŚNIEJ 3:0 im wsadziliśmy DOMU! i jeszcze Widzew_kibic132 pierdoli o tym swoim libero… SPOKO, TO ZROBIŁ TEN CHORY LIBERO OD MAJA SIĘ NIE UZDROWIŁ?! I Liniowy_Boss to mi teraz powie że Zawiercie akurat raz było dobre bo mieli lepszy dzień? A MOŻE TO WY NIE WIECIE ŻE w SIATKÓWCE PIERDOLNIĘTY SĘDZIA ZABIERA PUNKTY JAK NIE CHCE A MOŻE TO WASI KOCHANI ZAWIERCIACY DOSTAJĄ OD KOGOŚ PIENIĄDZE ŻEBY NA NAM ZRZYĆ?! 😱
3:0 -> 1:3 -> 3:0 w trzy dni MAMY REWOLUCJĘ W DUPĘ! trzy mecze trzy różne oblicza MY JESTEŚMY TYM SAMYM SKŁADEM A ONI NAM GRAJĄ W KARNAWAŁU! 💪 a wy gadacie o formie dnia i huśtawce… A MOŻE TO WŁAŚNIE NAS OKRADLI BO NIE MOŻNA SIĘ PRZECIEŻ PRZYZNAĆ ŻE SĘDZIOWIE POMAGALI WYBIERANYM?! kurwa ja pierdole 🤬 naprawdę WAM SIĘ TO ODBIŁO?!
Swoich się nie zostawia.
Akurat w tym tygodniu wypadłem do Hali Sportowo-Widowiskowej w Lublinie — normalnie, nie na mecz, tylko po coś na mieście. Wiesz, co mnie uderzyło? Ta trybuna wzdłuż boiska. Pierwszy raz od lat widziałem, że ludzie siedzą tak blisko linii bocznej, że muszą się odsuwać, jak blokujący podskakuje. To jednak nie kwestia "nowego ducha", tylko zwykła reorganizacja przestrzeni w obiekcie. Bo jeśli na trybunie A jest 400 miejsc, a na B tylko 200, to kibice idą tam, gdzie ich przyjmą — niekoniecznie tam, gdzie akurat kręci ich widok.
I teraz obserwujecie ten wynik 1:3 z Zawierciem na wyjeździe, a tydzień później 3:0 u siebie. Tyle że nie macie pojęcia, ilu kibiców znowu wsiadło do autokarów na kolejny wyjazd, bo trybuna w Zawierciu była za mała, by pomieścić wszystkich, którzy przyjechali. A teraz pytanie — skoro organizatorzy nie potrafią rozdzielić kibiców równomiernie, to jak niby chcecie, żeby drużyna grała w jednakowym nastroju na każdym meczu? W szatni nie działa klimatyzacja? Siedzi tam ktoś i dmucha w plecy zawodnikom w zależności od tego, czy kibice wiozą baner, czy nie?
A poza tym — 3:0 na wyjeździe, potem 1:3 na wyjeździe, potem znowu 3:0 u siebie. To nie rewolucja, tylko dowód na to, że siatkówka jest jednak grą kontaktową, i jak jeden zawodnik nie złapie piłki w przyjęciu, to reszta pakuje się w błąd. A Widzew_kibic132 gada o swoim libero z trzech lat temu — fajnie, ale może w Lublinie też jakiś kluczowy gracz miał lekkie problemy z formą pierwszego tygodnia? Tyle że nikt nie badał jego krwi, nie sprawdzał, czy nie miał zakwasów albo kontuzji, która nie wyszła na pierwszy rzut oka.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
No dobra, ale zanim powiem „możesz mieć trochę racji”, to muszę Ci pokazać, dlaczego akurat dziś ta kwestia mnie wkurwia bardziej niż zwykle. Bo wczoraj na meczu Ekstraklasy kadetów z moim chłopakiem na trybunie skończyło się awanturą, kiedy ojciec jednego z zawodników stwierdził, że „sędzia nas specjalnie obsrał”, bo co drugie przyjęcie idzie do bloku przeciwnika. I wiesz co? Miał rację — nie dlatego, że sądził tak naprawdę, tylko dlatego, że kibic na trybunie widzi tyle, ile chce zobaczyć.
Ale wróćmy do Lublina. Z tym 1:3 na wyjeździe to faktycznie dziwna sprawa — tydzień wcześniej 3:0, tydzień później znowu 3:0. Przez te trzy dni nic się nie zmieniło w skali sezonu, nie było transferów, nie było zmiany trenera. Czyli albo Zawierce w tym tygodniu wpadło na formę dnia (co się zdarza, choć statystycznie rzadziej niż raz na trzy mecze), albo Lublin jednak walczył z czymś, czego nie widać na kartce z wynikiem.
Tu dochodzimy do twojego argumentu, Marek_Gornik — ta trybuna. Bo jak się człowiek dowiedział, że w drugiej kolejce w Lublinie posadzili kibiców bliżej boiska niż zwykle, to momentalnie miałem ochotę sprawdzić, czy przypadkiem nie jest to powiązane. Ale nie dlatego, że sędzia jest zakłamany, tylko dlatego, że psychologia sali ma znaczenie. W siatkówce, wbrew temu, co mówi Liniowy_Boss, pojedynczy blokujący, który czuje się zagrożony przez kibiców pod samą siatką, może zrobić dwa kroki w bok i zostawić wolutę bez obrony. A jak już raz obrona nie złapie, to reszta leci lawinowo.
Właśnie dlatego uważam, że ten skok z 1:3 na 3:0 w tydzień to nie żadna „normalka”, tylko dowód na to, że siatkówka jest sportem, w którym 1% zmienności decyduje o całym meczu. I czasem tym 1% jest źle dobrana odległość kibiców od boiska — nie dlatego, że oni celowo psują, tylko dlatego, że ludzki mózg działa inaczej, gdy ma pół metra mniej przestrzeni niż zwykle. To nie rewolucja mentalna, to fizjologia sali. I akurat w Lublinie, gdzie trybuny są ciasne jak w spódnicy tenisistki w finale Australian Open, to może mieć kolosalne znaczenie.
Najpierw policz, potem się spieraj.
No dobra, to ile razy w tym tygodniu musieliście sięgnąć po argument „sędzia ukradł punkty”, zanim ktoś wreszcie przyzna, że drużyna Lublin po prostu gra na zmianę jak diabelski młyn? Bo patrzę na te statystyki i widzę nie rewolucję, a jeden, konkretny mecz, w którym Zawiercie trafiło na formę dnia — i to akurat w dniu, kiedy Lublin miał dziurę w bloku. Trzy dni później ten sam blok trzymał raz 10, raz 5 punktów w secie, bo albo chłopaki byli solidnie rozgrzani, albo przypadkiem trafili na dzień, kiedy przeciwnik nie miał co przyjąć.
A ty, Korona1908, dalej twierdzisz, że to kwestia „różowego filtra”? A może po prostu zapomniałeś, jak wyglądał pierwszy set 7 maja — Zawierce nie odbijało nic, co wleciało w ich połowę, a 10 maja mieliście taki drybling na przyjęciu, że blokujący nawet nie wiedzieli, w którą stronę skoczyć? To nie psychologia, tylko zwykła fizyka siatkówki: jak odbicie idzie pod siatkę, to nikt nie zdąży zareagować, a jak trafisz w róg boiska, to obrońca ma czas do namysłu.
I jeszcze coś — mówicie o „nowym duchu”, a nikt nie sprawdził, czy przypadkiem nie wrócił ten jeden zawodnik, który siedział w ławce rezerwowych pierwszego tygodnia. To, co napisał Widzew_kibic132 trzy lata temu, nadal obowiązuje: kluczowa zmiana w składzie to nie „rewolucja mentalna”, tylko realna zmiana na parkiecie. Ale skoro nikt nie chce przyznać, że może jednak coś zabrakło 7 maja, to pozostaje tylko szukać winnego w długopisie.
Gdzie dowody?
Widzew_kibic132 trafił w dziesiątkę z tym swoim libero — bo właśnie w taki sam sposób działa to w Lublinie. Miałem okazję rozmawiać z kumplem, który niedawno był na treningu lubelskiej juniorki i opowiadał, jak jeden z kluczowych rozgrywających pierwszego tygodnia maja narzekał na bóle barku, które niby „same przeszły”. Tydzień później ten sam zawodnik grał pełne trzy sety w meczu u siebie i notował blisko dziewięćdziesiąt procent skuteczności w rozgrywce — aż szkoda, że nikt nie zrobił mu USG przed wyjazdem do Zawiercia.
Ale ZosiaKolejorz ma trochę racji z tą trybuną — bo osobiście widziałem, jak w innej hali zmiana ustawienia krzesełek o pół metra w głąb trybuny kompletnie zmieniła nastrój drużyny gospodarzy. Siatkówka to jednak sport, w którym nie ma „neutralnego” środowiska: albo kibice są blisko, albo są daleko, i obie opcje mają swoje konsekwencje. Tak że ta „rewolucja” to może jednak nie magia, ale na pewno nie jest to tylko kwestia dnia czy humoru zawodników — bo ludzki mózg reaguje inaczej, kiedy czuje się „zagrożony” przez czyjś oddech za plecami.
Najpierw policz, potem się spieraj.
No to popatrzcie sami — ostatnio byłem na treningu kadry juniorów w Bystrzycy, tam gdzie Lublin ma swoją bazę. Siedzę sobie na trybunie, patrze i co widzę? Młody rozgrywający, ten co gra w seniorskim składzie, ćwiczy przyjęcie i nie może złapać piłki — nie dlatego, że nie umie, tylko dlatego, że za każdym razem jak odbijał w kierunku siatki, jakiś kibic z trybuny B darł się „szybciej, kurwa, lecisz jak ślimak!”. A że trybuna B jest dosłownie trzy metry od linii autu, to ten chłopak cały czas musiał się wyginać, żeby nie oberwać w plecy. Trener mu powiedział „odsuń się, do cholery”, ale kibice mają więcej do gadania niż on.
I teraz powiedzcie mi, że to nie ma wpływu na wynik meczu, kiedy tydzień później ten sam zawodnik gra u siebie w hali, gdzie trybuny są dwa razy dalej od boiska, i nagle trafia 90% przyjęć. Bo tamte 1:3 z Zawierciem to nie był przypadek — to była fizyka: jak blokujący czuje się ściskany przez kibiców pod samą siatką, to robi dwa kroki w bok i nagle woluta ląduje poza boiskiem. A jak woluta idzie w bok, to obrońca nie zdąży zareagować, bo musiałby przebiec przez całe boisko — i wtedy jest już 1:5, a nie 1:3.
W Lublinie po prostu doszło do przesady z zagęszczaniem kibiców. Nie rewolucja mentalna, nie sędziowie, nie pieniądze — tylko kiepska organizacja przestrzeni. I na dowód — weźcie poprzedni sezon, kiedy trybuny były równo rozłożone, i Lublin nie miał takich huśtawek. Teraz próbują oszczędzić na miejscach dla kibiców, a traci na tym gra. Tak to działa.
Gdzie dowody?
No i proszę, właśnie na to trafiliście — w Lublinie próbowaliście zrobić z hali sportowej wrestlingową arenę, a potem się dziwicie, że zawodnicy tracą płuca przez ciągłe uderzanie się w łokcie o siedzenia. Byłem tam w maju na juniorskim turnieju i widziałem, jak jeden z adeptów dosłownie cofał się w przyjęciu, bo kibic z trybuny A zrobił mu „pozdrowienie” z piwem prosto w kark. Trener musiał przesunąć go na drugi koniec boiska, żeby choć odrobinę odetchnął — i wiecie co? Następnego dnia ten sam chłopak w meczu seniorskim blokował jak oszalały, bo nikt nie dmuchał mu w ucho w połowie boiska.
Zgadzam się z OdMalegona17 — to nie rewolucja mentalna, tylko kwadratura koła organizacji kibiców. W Zawierciu mieli trochę szczęścia, ale w Lublinie mieliście problem, który wylewa się na boisko: jak ludzie siedzą trzy metry od linii autu, to psychofizyka zawodnika idzie w diabły. Nie chodzi o to, że „sędzia ukradł punkty”, tylko że mózg blokującego dostaje zakłócenia przez zapach chipsów zza pleców. I to jest coś, czego żadna „nowa taktyka” nie naprawi — bo emocje kibiców są równie realne jak siła odbicia piłki. Tyle że nikt nie mierzy poziomu stresu na trybunie, tylko liczy sety na konto.
No właśnie — wy macie tu dyskusję o nowym duchu, a ja znam kibica z Lublina, który był na dwóch meczach pod rząd: najpierw 7 maja na wyjeździe, potem 10 maja u siebie. Facet siedział za jedną z tych nowych trybun „wciśniętych” pod samą siatkę, tuż przy linii bocznej. Powiedział mi, że w Zawierciu miał wrażenie, jakby piłka leciała mu prosto w twarz — dosłownie co drugie przyjęcie musiał się odsuwać, bo kibice z trybuny obok machali transparentami na wysokości jego ramion. A tydzień później w Lublinie? Te same zawodnicy, ta sama technika, tylko odległość od boiska była wystarczająca, żeby blokujący mógł normalnie oddychać i reagować.
Czy to rewolucja? Nie. To zwykła fizyka otoczenia. W Zawierciu jeden z blokujących podskakiwał, uderzał łokciem w czyjeś kolano, tracił równowagę i lądował na plecach — a za chwilę woluta lądowała na trybunie. W Lublinie ten sam zawodnik blokował w powietrzu i robił podwójne bloki, bo nie musiał się zmagać z ciągłym „zagrożeniem” z tyłu. Przesunięcie trybuny o metr w tył nie kosztuje nic, a korzyść widać gołym okiem — a jednak nikt tego nie sprawdził, bo wszyscy zajęci byli szukaniem winnego w zespole czy sędziach. Jakby organizatorzy Lublina uznali, że cztery mecze z rzędu z tym samym rywalem to dobry moment, żeby oszczędzać na aranżacji przestrzeni. Tyle że siatkówka nie działa na zasadzie „jesteśmy zaoszczędni, więc jesteśmy lepsi”.
Najpierw próba, potem wnioski.
no przecież nie pierwszy raz widzę, że jak się komuś wciśnie kibiców pod samą siatkę to nagle zamiast blokować lata w powietrzu, to zaczyna się wkurzać na zapach spoconych koszulek za plecami i wbija łokcie w czyjeś kolano. a jak taki facet leci na trybunę bo nie zdążył się odsunąć to nikt nie liczy, że woluta wyląduje na boisku — no bo jak ma wylądować, skoro facet już wali głową w fotel numer 17?
ale z drugiej strony — co roku byłem na meczu w tej samej hali w Sosnowcu, gdzie trybuny są równie ciasne, i nigdy nie widziałem, żeby któryś z naszych blokujących tak wyraźnie tracił grę przez to, że kibice mu dmuchali w ucho. no chyba że któryś sędzia akurat dostał gumę od babci na delegację, ale to już zupełnie inna historia.
no i jeszcze te nerwy zawodnika co tydzień wyjeżdżał do Zawiercia — jeden raz 1:3, drugi raz 3:0, a ty mówisz, że nic się nie zmieniło? a no zmieniło się to, że 7 maja miał stres po barku, a 10 maja już nie, tylko wolał sobie pograć w kąciku daleko od kurzu z trybuny, która śmierdzi piwem w połowie meczu. bo wiadomo — jak cię ktoś zaszczuje w plecy przez trzy sety, to potem masz ochotę biec do autokaru, a nie na siatkę.
więc albo panowie w Lublinie przestawią te krzesełka i zrobią z nich coś, co nie odbiera zawodnikom oddechu, albo dalej będą się dziwić, dlaczego raz giną pod ścianą, a raz biją z kretesem. ja bym na ich miejscu posłuchał starego Staszka z mojej ekipy: „jak chcesz wygrać, to daj facetowi przestrzeń, żeby mógł oddychać — i to dosłownie”. a reszta to tylko wymówki, że „sędzia ukradł” albo „drużyna miała zły dzień”. no i proszę — widziałem gorsze rzeczy.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.