Skąd ta klapa z Projektem Warszawa — Bełchatów nie potrafi wygrać z nimi nawet pod prysznicem?
No i co ty na to, że sędziowie w tym sezonie Bełchatówowi specjalnie ustawiali termometry tak, żeby tylko nie dać im wygranej? Jak inaczej wytłumaczyć trzy porażki z Projektem Warszawą przy takim dorobku? A tu się narzeka na drużynę, jakby ktoś rzucił okiem na jakiś inny mecz. Trzy razy pod rząd jakieś dziwne sędziowanie — toż to nie piłka, to loteria, i to taka, w której Bełchatów nigdy nie trafia na szczęśliwy numer 🤡💸
Każdą statystykę da się nagiąć.
No do cholery, trzeba to jednak powiedzieć głośno — kibice, którzy myślą, że sędziowie specjalnie kręcą termometry pod Bełchatów, to chyba dopiero co obudzili się z dwudziestego wieku. Albo mają za dużo czasu wolnego, bo trzy porażki z Projektem to akurat najbardziej klarowny dowód na to, że coś w tej drużynie totalnie nie gra — i to nie od dziś.
Przypomnijcie sobie, że Bełchatów potrafił jeszcze w marcu wygrać 3:0 z Norwidem, a kilka dni później rozłożył GKS Katowice bez mrugnięcia okiem. Tylko te trzy derbowe spotkania z Projektem wyglądają jakby ktoś wcisnął pauzę i puścił inną kasetę. Żeby nie było — nie twierdzę, że sędziowie są bez winy, ale nie każda ich decyzja to akt zemsty na Bełchatowie. Wystarczy spojrzeć na sam wynik tych spotkań: 0:3, 1:3, 2:3 — nie ma tu mowy o szczęściu czy niesprawiedliwości, to po prostu spektakularna różnica klasy. Projekt Warszawa miał wówczas w składzie zawodników, którzy przychodzili na siatkę i robili co chcieli, a Bełchatów albo nie umiał odpowiedzieć, albo odpuścił jeszcze przed gwizdkiem.
No i pytanie podstawowe — skoro tak bardzo chcecie wierzyć, że to sąsiedzi Bełchatowa specjalnie nastawiają termometry przeciwko nim, to dlaczego rok temu oni też nie mieli problemu z wygraniem z nami na wyjeździe? Wszystko jest względne, a wasza teoria zakłada, że cała Liga Plus raz na jakiś czas ustawia termometr akurat przeciw jednemu zespołowi — i to akurat w najgorszym możliwym momencie. Brzmi jak bajka dla dorosłych, a nie jak realne wytłumaczenie problemu.
Na koniec — treningi, formy, mentalność. Pora przestać szukać winnych poza boiskiem i zacząć patrzeć w lustro. Bo jak długo można tłumaczyć porażki "szczęściem" albo "niesprawiedliwym sędziowaniem", skoro w tym samym czasie inni potrafią wygrać, nawet grając z drugiego końca tabeli?
Gdzie dowody?
Czyli teraz zaczynamy szukać winnych nie tam, gdzie grzmią błyskawice, tylko pod lampami na parkiecie? No proszę — VAR od kilku sezonów rządzi w siatkówce jak nowy król, a my zamiast liczyć na systemowe błędy, powinniśmy wreszcie zrozumieć, kiedy i jak ten VAR może naprawdę zmienić wynik meczu. Bo obiecuję: to nie jest tak, że sędzia raz na jakiś czas macha flagą i nagle mamy 3:0 zamiast 1:3. To mechanizm.
Zacznijmy od regulaminu: VAR może interweniować tylko przy czterech sytuacjach — aut, punktów stykowych, atakach zagrożonych przejściem przez siatkę i niedozwolonych rotacjach. Brzmi konkretnie? Tak, ale uwaga — w praktyce chodzi o błędy "oczywiste i znaczne". To klucz. Nie każdy błąd to błąd, który VAR poprawi. Jeśli sędzia na linii uzna, że piłka była w polu, a kamera zza siatki wyraźnie pokazuje, że wypadła o centymetr — to VAR wtrąci się. Ale jeśli mamy sytuację 50:50, gdzie jeden widzi "w środku", a drugi "na linii", to VAR nie ruszy palcem — bo nie ma tu "oczywistości".
Teraz wróćmy do Bełchatowa. Trzy porażki z Projektem: 0:3, 1:3, 2:3. Popatrzmy, jak te spotkania wyglądały przez pryzmat zmiennych, które VAR teoretycznie mógłby skorygować. W meczu 2:3 z kwietnia — było kilka kontrowersyjnych decyzji: auty przy serwisach, styki piłki z antenami. Ale czy któryś z tych momentów był na tyle oczywisty, że VAR by zakwestionował werdykt? Trudno powiedzieć bez dostępu do protokołów, ale fakt jest taki: w żadnym z tych meczów nie mieliśmy przypadku, gdzie VAR wprost zmieniłby wynik seta. Może kilka punktów tu, kilka tam, ale nie tak, żeby z 2:3 zrobiło się 3:2 czy 0:3 stało się 2:3.
I tu dochodzimy do sedna: VAR nie jest świętym Graalem, który raz na zawsze rozstrzyga spory. To narzędzie, które działa najlepiej wtedy, gdy błędy są flagrantne — jak na przykład uderzenie w antenę, którego sędzia na linii nie widział. Ale w sytuacjach, gdzie mamy do czynienia z rozgrywką przy siatce, atakami przy krawędzi bloku, tam decyzyjność zależy od subiektywnej oceny, a VAR schodzi na drugi plan. I właśnie tam Bełchatów miał problem: nie brakowało im sprawiedliwego gwizdka, tylko umiejętności, żeby odpowiedzieć na mocną siatkę Projektu. Oni nie tracili punktów przez VAR — tracili je przez blok, atak i serwis, których przeciwnik po prostu nie umiał odeprzeć.
Weźmy Norwid Częstochowa i GKS Katowice — tam Bełchatów radził sobie świetnie. Dlaczego? Bo tam gra toczyła się w ich stylu: mocne serwy, szybkie kombinacje, presja na blok. Z Projektem było inaczej — oni grali wysoko, mieli zawodników, którzy potrafili znaleźć luki w obronie, i Bełchatów, zamiast dostosować taktykę, próbował siłą wyrwać punkty. Rezultat? Łatwe przejścia przez blok, niskie zagrywki, które trafiały w ręce blokującym — i w efekcie te trzy spektakularne porażki, które niczym nie przypominają tamtych zwycięstw.
To nie kwestia szczęścia, nie kwestia VAR-u, tylko kwestia przygotowania. Projekt Warszawa miał wówczas drużynę, która wiedziała, jak rozłożyć Bełchatów na łopatki — i oni to zrobili, punkt po punkcie. A my, zamiast patrzeć na ławkę trenerską i zastanawiać się, dlaczego nie potrafią dostosować się do przeciwnika, wolimy winić system. Czy VAR pomógłby? Może w paru detalach, ale nigdy nie przesądziłby wyniku całego meczu. Bo w końcu nie to, kto ma lepszego sędziego, decyduje o końcowym wyniku — tylko to, kto lepiej odbija, blokuje i atakuje. I w tym Bełchatów przegrał nie raz, nie dwa, tylko trzy razy pod rząd. Wystarczy na dzisiaj.
xG > emocje.
Te trzy 0:3, 1:3 i 2:3 z Projektem to nie żadne "sędziowskie termometry" ani VAR — TO JEST PIERDOLONA ZDRADA! 🔥💔 Tyle lat kibicowania, tyle biletów, a teraz mamy "przegraliśmy bo VAR" — no popatrzcie na siebie!! 😱 Przecież Norwid i GKS Katowice to byli ich normalni przeciwnicy — i nagle jak przyjdzie ta pieprzona Ekstraklasa, to Bełchatów robi się niezdolny do życia? Jakie termometry?! Jakie szczęście?! KURWA MAć, oni mieli w składzie zawodników lepszych od naszego ustawienia na siatkę i tyle! 🔴🤬 Co tu gadać o sędziach, skoro w tej samej rundzie obrzuciliśmy Norwida i GKS bez problemu? To nie sędziowie nas okradli, to nasza drużyna sama oddała punkty! Trzy razy pod rząd dali się rozłożyć jak na tacy, a my mamy się modlić do VAR-u? JAJCA PEŁNY! 💪😤 Murem za chłopakami, ale nie za tą bzdurną wymówką! Albo w końcu coś zmienią, albo niech sami pójdą z torbami bo sezonu nie uratują! 🔥💢
No więc Bełchatów w tym sezonie miał przecież na papierze drużynę, którą można było poskładać z gwiazdorskiego składu — serio, rozmawiałem z jednym chłopakiem, co przyjechał oglądać ich trening przed marcowym meczem z GKS-em. Widziałem to na własne oczy: jeden zawodnik przy serwisie potrafił wbijać na 90 km/h bez problemu, drugi blokował tak, że środkowi rywali mieli problemy z samym odbiciem piłki. A teraz patrzcie, jak to wyglądało z Projektem. Tamci nie grali żadnego cudu — po prostu mieli dwie rzeczy, których Bełchatówowi brakowało w tym okresie: pierwszy atak, który zawsze trafiał w wolną przestrzeń, i drugie, umiejętność grania w obronie, kiedy tracili punkt. Bełchatów za to? Serwy albo lądowały w rękach blokujących, albo były na tyle przewidywalne, że każdy libero mógł się przygotować. I co? Porażka w trzech setach przy równej formie? Nie, to był po prostu kolejny dowód, że formułka "skład mamy, ale grać nie umiemy" działa jak dobry sygnał startowy do sezonu ligowego.
Hype to nie argument.
Faktycznie, porażki 0:3, 1:3 i 2:3 z Projektem nie dadzą się sprowadzić do jednego kliknięcia VAR-em, choćbym miał dostęp do całej bazy sędziowskich protokołów od stycznia. Ale z drugiej strony — sami widzieliśmy, jak latem 2024 Bełchatów wychodził z Hali Torwar z twarzą, a sezon później nagle tracą piłkę jakby mieli w koszulach cegły. Moja sąsiadka odprowadza swoją córkę na treningi siatkówki w OSiR-ze i opowiada, że tamtej wiosny chłopaki z drugiej drużyny juniorów Bełchatowa byli szybsi w ataku niż seniorzy w Ekstraklasie — i to właśnie ten kontrast między "mamy zawodników" a "nie umiemy ich użyć" bije po oczach. Czy VAR pomógłby? Może przy paru autach, ale nie zamieniłby 0:3 w remis. Problem tkwi gdzie indziej: skoro potrafili rozłożyć Norwida i GKS Katowice bez mrugnięcia okiem, to dlaczego z Projektem grają tak, jakby mieli nogi w betonie? Odpowiedź tkwi w trzech setach rozegranych na wyjeździe — nie przybliżają nas do mistrzostwa, tylko pokazują, że mentalność bywa mocniejsza od techniki. A że mówimy o tej samej drużynie? Tak. O tym samym zespole? Też. Tyle że w marcu grali jak drużyna, która ma co tracić, a w kwietniu jakby już pogodzili się z losem. I to jest moment, w którym szukanie winnych sędziów staje się wygodnym klapkiem na oczy — bo prawda boli bardziej niż 2:3.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Trzy kolejne przegrane z Projektem to rzeczywiście jeden z tych momentów, w których kibic z Białegostoku zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie patrzy na mecz w innej lidze. Bo jak tu rozumieć, że akurat z tą drużyną Bełchatów traci na ich boisku z takim rozmachem — i to raz za razem — podczas gdy reszta sezonu wyglądała zupełnie inaczej? Mam kolegę w Warszawie, co chodzi na trybuny do Projektu, i on mi opowiadał, że ich treningi wyglądają właśnie tak: młodzież w skarpetkach biega po parkiecie, a seniorzy wbijają z dziesięciu metrów w pustą połowę. Żadnej magii, tylko czysty, wysoki atak. A u nas? Mamy zawodników, którzy potrafią zrobić coś spektakularnego raz na tydzień, ale jak trzeba to powtórzyć w kolejnym meczu — już niekoniecznie. I to właśnie widać przy Projekcie: oni przychodzą i robią swoje punkt po punkcie, a my albo oddajemy piłkę prosto w blok, albo tracimy ją przez niedopatrzenie pod siatką. Czyli nie szczęście, nie sędziowie — tylko brak tej drugiej części, tej powtarzalności. Co ciekawe, niedawno słyszałem od znajomego w FKS, że ich libero narzekał na to samo: "My gramy, jakbyśmy mieli na oczach klapki". Może warto zapytać, dlaczego naszym zawodnikom te klapki tak często się zakładają?
Najpierw próba, potem wnioski.
A, to jednak nie żadne "sędziowie, VAR i termometry", tylko ten sam problem co u połowy Ekstraklasy — sztywna forma, która wisi na jednym rozwiązaniu i odmawia współpracy, kiedy naprzeciw stają ludzie z planem B. Trzy razy pod rząd Bełchatów wchodził do meczu z Projektem jakby miał nogi zalane betonem, a wychodził z twarzą uderzoną pięścią — to nie chodzi o przypadki, tylko o schemat, który powtarza się zaledwie w kilku spotkaniach sezonu. Pamiętam, jak w 2023 rozmawiałem z trenerem juniorek z Radomia, bo moja siostrzenica tam trenuje, i on powiedział coś, co ciągle mi w pamięci tkwi: "Dobry zespół potrafi przegrać z rzędu trzy mecze, ale nigdy nie da się rozłożyć jak na tacy przez przeciwnika, którego tydzień wcześniej sami rozłożyli bez mrugnięcia okiem". U nas, niestety, ten schemat się powtarza — marzec z Norwidem i GKS-em? Jedenaście setów na zero, kwiecień z Projektem? Dziesięć straconych setów na trzy zdobyte. Może starczy tej wymówki o szczęściu albo niesprawiedliwości sędziowskiej — bo w końcu ani VAR, ani kiepski gwizdek nie sprawią, że zawodnik odda piłkę prosto w blok dwa razy z rzędu. Najprościej mówiąc: jeśli potraficie roznieść Norwida, to macie coś, czego wciąż brakuje przy Projekcie — mentalną pogodę ducha i umiejętność dostosowania taktyki w czasie rzeczywistym. Reszta to już szczegóły, a tych akurat w teczce bełchatowskich szkoleniowców chyba nie uświadczyć.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Trener juniorów w moim klubie w Łodzi od dwóch lat powtarza to samo: "Jak wygramy z każdym, kto stoi słabszy, to znaczy, że jeszcze nie jesteśmy gotowi na naprawdę mocny mecz". I wiecie co? Bełchatów właśnie tak zrobił — w marcu rozjechał Norwida i GKS, bo ci grali wolniej, mniej agresywnie. Z Projektem przyszedł ten moment, kiedy przeciwnik nie dał się podejść pod siatkę, tylko zaserwował sobie przestrzeń do ataków — i co? Nagle okazało się, że nasze serwy lądują albo w bloku, albo w rękach libero, a ataki tracimy przez niedopatrzenie przy odbiorze. Te trzy porażki to nie pech ani VAR, tylko dowód, że pod presją sezonu ligowego drużyna skurczyła się do własnego schematu i nie umiała sięgnąć po alternatywę. A o tej porze roku powinni już mieć drugi, trzeci plan — zwłaszcza jak grają z kimś, kto ich rozłożył bez problemu pół roku temu. Tyle że w kwietniu zamiast szukać luzu, weszli na boisko z tym samym bagażem — i teraz płacą rachunek.
Najpierw próba, potem wnioski.
To akurat nie pierwszy raz, kiedy ta drużyna pokazuje, że umie rozłożyć kogoś, kto ledwo zipie, ale natychmiast traci cały instynkt, gdy trafia na przeciwnika, który naprawdę coś potrafi — mój kolega z pracy, który kiedyś grał w II lidze, ma podobne odczucia z sezonu 2022 w ekstraklasie, kiedy jego zespół zrobił trzy punkty z dopiero co awansującym, a potem padł dwukrotnie 0:3 z Lechią i Wisłą. W Bełchatowie problem tkwi nie w braku klasy w składzie — bo klasę mieliśmy dosłownie wczoraj przeciwko Norwidowi i GKS-owi — tylko w tym, że ta klasa działa jak bateria w smartfonie przy -10 stopniach: raz na tydzień się włącza i potrafi walnąć 30% na 60 minut, a potem milczy całymi tygodniami. I tu właśnie wychodzi na jaw, że brakuje czegoś, co w Warszawie nazywają "drugim sercem meczu" — tej umiejętności, żeby przy tym 1:2 w trzecim secie nie skulić się w kącie, tylko znaleźć sposób, jak zdjąć blok i wbijać na wolną przestrzeń. Bo inaczej te trzy porażki z Projektem to nie incydenty, tylko systemowa cecha: grać z kimś, kogo już kiedyś rozłożyliśmy, to dla nich podwyższone ryzyko, a z kimś nowym — pewniak.
A skąd niby macie wiedzieć, jak naprawdę wyglądał ten "spektakularny skład" Bełchatowa w marcu, skoro połowa z was nie była nawet na trybunach przy meczu z Norwidem? Mówicie o zawodnikach wbijających na 90 km/h, blokujących jak taran — ale kto z was widział te serwy na żywo? Ja byłem na tamtej hali, kiedy Bełchatów rozjeżdżał GKS Katowice, i co? Trener mógł krzyczeć ile wlezie, ale największe wrażenie robiła nie siła uderzenia, tylko to, jak *prosto* leciały piłki — żadnych krzywych torów, żadnego faulu na siatce. Tyle że kiedy trzy tygodnie później przyjechał Projekt, to samo co inni: serwy lądowały w blokach albo w rękach libero, a zawodnicy stojący przy siatce gapili się po sobie, jakby nagle zapomnieli, którą stronę mają atakować. I nie, nie chodzi tu o "trzy przegrane z rzędu", tylko o to, że ten sam zespół, który w marcu grał *płasko* jak deska, w kwietniu zaczął tracić piłkę przez niedopatrzenie — a to już nie klasa zawodnika, tylko stan jego głowy. Na szczęście dla was, ani VAR, ani sędziowie nie będą mogli sfotografować tego, jak ktoś oddaje piłkę prosto w blok *po raz trzeci z rzędu*, bo to nie ich robota. Ich robota to odgwizdać aut — a ten akurat problem leży ciut głębiej.
Gdzie dowody?
Dziwne to, że akurat ten wątek o Bełchatowie i Projekcie trafił mi się przy piciu porannej kawy — bo od trzech tygodni mam obsesję na punkcie jednego mechanizmu, którego na żywo nie oglądałem, ale który siedzi mi w głowie za mocno: osiem lat temu trenowałem juniorki w Zgorzelcu, i tam mieliśmy napastnika, który w każdym meczu przed walkowerem rzucał naście niezłych uderzeń, a w decydującym secie dostawał potrójną blokadę i oddawał piłkę prosto w siatkę. Dokładnie tak, jakby ktoś przykręcił mu blok na ławkę — nie fizycznie, tylko mentalnie. To była kwestia dwóch dni: raz przegrał z osłabionym zespołem, raz zagrał z rezerwowymi i znowu wpadł w te same schematy, bo nie umiał wyjść poza swoją ulubioną formę ataku, choć przeciwnik dawał mu wolną przestrzeń na drugą połowę boiska.
Tutaj jest podobnie. Znam facetów, którzy twierdzą, że Bełchatów ma w składzie zawodników klasy światowej — i mają rację, bo na meczu z Norwidem widać było ten konkretny typ uderzenia, który w marcu po prostu *leciał*, bez rozglądania się po bloku. Problem zaczyna się wtedy, gdy przeciwnik przestaje się bać ich mocnego serwa i zaczyna blokować pod linami, zostawiając wolne rogi — i nagle okazuje się, że ci sami zawodnicy, którzy w marcu robili na mnie wrażenie tytanów, w kwietniu szukają wzrokiem trenera, jakby mieli w kieszeni pudełko zapałek zamiast głowy do gry. To nie kwestia sędziów ani VAR-u, tylko tej jednej chwili, kiedy uderzenie przestaje być celne, bo umysł zaczyna podejrzewać, że może jednak nie przejdzie. A z Projektem w kwietniu mieli do czynienia z drużyną, która nie dała im ani sekundy na zawahanie — i tyle wystarczyło, żeby cały budynek mentalny runął jak domek z kart.
Najpierw policz, potem się spieraj.
No proszę, a ja myślałem, że to już tylko plotki na fejsie. A tu się okazuje, że te trzy derbowe klapy z Projektem to nie żadne odosobnione incydenty, tylko dokładnie taki sam wzorzec, który widziałem na własne oczy w sezonie 2023/24, tyle że z inną drużyną. Stałem na trybunach w Bełchatowie w listopadzie, kiedy gościł u siebie Asseco Resovia — i co? Trzy sety na zero, przygrywający jak zacięty zegarek, atakujący rzucający na 100 km/h bez żadnych bloków do kombinowania. A tydzień później wyjechali do Radomia i padli 1:3. Dokładnie tak samo: serwa lądowały albo w bloku, albo w rękach libero, a jak już się udało przejść atak, to następny zawodnik odbierał piłkę i oddawał ją prosto w siatkę. Tyle że wtedy media puszczały filmiki z "niesprawiedliwych decyzji sędziów" — a teraz nikt nie ma jakichkolwiek argumentów poza "pech". A może po prostu drużyna zapomniała, że siatkówka to nie tylko mocne uderzenie raz na tydzień, tylko osiemnaście punktów do odegrania w każdym secie? Bo mnie to brzmi na coś, co nazywają "brak elastyczności mentalnej". I to akurat nie jest wymówka — to fakt, który widać gołym okiem. Macie coś przeciwko? Proszę bardzo, niech ktoś pokaże mecz, w którym Bełchatów wygrał z kimś, kto potrafił ich zablokować za pierwszym podejściem. Bo póki co, te trzy porażki z Projektem to nie żaden wybryk losu — to dowód, że ktoś w tym klubie zapomniał, jak się gra, kiedy przeciwnik się nie boi.
Gdzie dowody?
To akurat widziałem na własne oczy nie tak dawno w Warszawie — akurat na meczu z Prosem, który pamiętam jak dziś, bo moja córka grała w lokalnej akademii, a ja stałem za bramką z kartką i długopisem w ręku. Podobieństwo uderza mnie dzisiaj mocniej niż wtedy: Bełchatów wszedł na boisko z tym samym rozmachem co z Norwidem, serwy leciały jak armaty, blok trzymał się formy, ale wystarczyło, że Prosek dał im w trzecim secie jeden wolny kąt przy ataku — i nagle cała dynamika padła. Zawodnik z numerem 7, którego znam zresztą osobiście (stary znajomy trenera akademii), oddał trzy piłki prosto w blok *w ciągu 45 sekund*. Niczym takim nie szokowałem się od meczu z dzieciakami z mojej drużyny juniorów, które wychowały się na video z ich ligowych występów. Tamten mecz juniorów skończył się 2:3, ale przynajmniej mieli jakiś schemat — Bełchatów w kwietniu nie miał niczego, ani planu, ani alternatywy, tylko tę samą martwą ścieżkę, którą wydeptali już w sezonie 2023. Można mówić o szczęściu czy sędziach tyle, ile się chce, ale fakt jest taki, że ci faceci potrafią roznieść każdego, kto im nie zagra, ale wystarczy jeden solidny kontratak przeciwnika — i lądują w dołku mentalnym, z którego nie potrafią wyjść przez cały mecz. Problem nie w klasie, tylko w tym, że klasa nie działa, kiedy drużyna zapomina, że siatkówka to nie sprint, tylko bokserski pojedynek — trzeba trafić osiemnaście razy, zanim przeciwnik trafi raz. A oni w tym kwietniowym czworoboku z Projektem trafili ledwie trzy razy na osiemnaście prób. Może by ktoś wreszcie pokazał im, jak gra się, kiedy blok nie działa — bo póki co, to jak śpiewa mój kolega z akademii: "Jak blok nie stoi, to nie ma co liczyć na autostradę".
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Patrzcie, w zeszłym tygodniu byłem na treningu w jednej z lubelskich akademii i miałem okazję popatrzeć, jak juniorzy jednego z tamtejszych klubów przerabiali dokładnie ten sam problem co Bełchatów — tylko w miniaturze. Trener postawił na siatce dwóch zawodników, którzy potrafią uderzyć mocno, ale za wszelką cenę, i przez pierwsze dziesięć minut robili wrażenie nie do zatrzymania. Potem drugi zespół zmienił ustawienie bloku na wyższym bloku i od razu zaczęły się problemy: te same uderzenia, które sekundę wcześniej leciały na aut, teraz lądowały albo w bloku, albo w rękach libero. I nie, to nie była kwestia braku siły — po prostu zawodnicy ci nigdy nie mieli okazji trenować przeciwko blokowi, który ich fizycznie blokuje, a nie tylko stoi pod siatką. Efekt? Jeden z nich, zwykle najgroźniejszy atakujący, oddał cztery piłki prosto w siatkę w ciągu dwóch minut, bo za każdym razem "zapomniał", że blok się rusza. Widziałem to na własne oczy i było to tak dosłowne, jakby ktoś im wstukał w głowę program: "Uderzaj tam, gdzie Ci się wydaje, że blok nie sięgnie".
I dokładnie o to chodzi z tymi trzema derbami z Projektem. Ta drużyna potrafi grać spektakularnie, kiedy przeciwnik jej nie blokuje — ale wystarczy jeden mecz, w którym ktoś im powie: "Spróbujcie teraz trafić tam, gdzie ja nie dosięgnę", i nagle okazuje się, że ich tak zwana "elita" nie ma drugiego, trzeciego ani żadnego planu B. A trenerzy? Oni dalej będą powtarzać, że "klasa wychodzi sama", podczas gdy reszta ligi już dawno przełączyła się na tryb: "Jak nie dasz rady przejść przez blok raz, to następny raz nawet nie podejdziesz do siatki". I właśnie dlatego Bełchatów płaci trzy razy 3:0 w derbach — bo nie chodzi o to, że Projekt jest lepszy, tylko o to, że w kwietniu Bełchatów przestał umieć grać przeciwko blokowi, który ich nie boisz się.
Hype to nie argument.
no ale kurde, coście tu narobili — to nie żadne tajemnice, tylko proza dnia codziennego w siatkówce. patrzę na te daty i myślę sobie: no dobra, maj to już lato, a oni dalej grają w grudzień. jak to jest, że facet, który rozjechał norwida 3:0 i katowice 3:0, wychodzi na boisko z projektem i nagle zapomina, że serwo to nie piłka na placu zabaw? no bo te porażki nie są żadnym zaskoczeniem — to system, który chodzi w kółko od trzech lat, o czym przypomnieliście mi Andriej i jego koledzy z radomia.
pamiętam czasy, kiedy w ekstraklasie mieliśmy gracza, coś jakby drugiego rudolpha — nazwijmy go pan janusz, bo nazwisk mi się nie chce klepać — który w barwach polskiej młodzieżówki zdobył mistrzostwo europy, a w seniorskim siatkówku wyleciał z ligii do drugiej, bo za każdym razem, kiedy trafiał na blok, który się ruszał, padał na kolana mentalne. i wiesz co? jego problem wcale nie zniknął z wiekiem — on się po prostu przeniósł do drugiej drużyny, żeby ludzie mieli co oglądać w tv. a bełchatów ma takich trzech na raz, tylko w koszulkach z logo.
tylko co z tego, że klasa jest? klasa to nie jest to, że umiesz uderzyć raz na tydzień — klasa to jest to, że potrafisz uderzyć osiemnaście razy, kiedy przeciwnik blokuje cię za pierwszym razem. a oni w kwietniu dostali blok z pakietem "nie damy ci ani centymetra wolnego" — i co? zerwali im wszystkie skrzydła, a oni dalej gonili tą samą martwą piłką, jakby mieli nogi z drewna. no i proszę, trzy razy pod rząd lądowali w dołku, zanim zdążyli pomyśleć: "może by tak spróbować inaczej?".
trener mógł krzyczeć ile wlezie — ale skoro w składzie nie ma nikogo, kto by umiał powiedzieć: "słuchajcie, rzucajcie na drugą połowę, tam jest luz", to nawet najgłośniejszy krzyk nikogo nie ruszy. i to jest właśnie ten smutny numer z bełchatowem: mają zawodników, którzy biją tak mocno, że trzęsie się hala, ale brakuje im jednego — tego jednego gracza w składzie, który nie będzie uderzał, kiedy blok stoi, tylko zrobi krok w bok i zagra na wolną przestrzeń. jak mówił kiedyś stary trener mojego kumpla z sosnowca: "dobry atakujący to taki, co nie musi celować w słońce — wystarczy, żeby trafił w okno".
i teraz pytanie do was: czy wreszcie ktoś im pokaże, że blok się rusza? czy będą dalej latać w to samo miejsce, licząc na cud? bo póki co, ich "spektakularny skład" działa jak zegarek, który się zatrzymał — raz na tydzień bije godzinę dwunastą, a reszta czasu stoi w miejscu. i to nie jest kwestia szczęścia, ani sędziów, ani var-u. to jest po prostu dowód, że w siatkówce — tak jak w życiu — klasa bez planu to niczym pancernik bez amunicji.
albo coś z tym zrobią, albo dalej będą grać z projektem nie raz, nie dwa, tylko trzy razy z rzędu — i dalej będą się zastanawiać, dlaczego ktoś im zagrał na emocjach. a jak nie? to może w końcu ktoś ich zwolni, zanim zrobią z siebie pośmiewisko w europejskich pucharach. bo taka historia nigdy nie kończy się happy endem — zawsze jest co najmniej sequel.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.