Rzeszów to zespół, który wciąż żyje na cudzym dorobku – po profesjonalnym upadku i latach…
Ej, ależ wy jesteście zajęci liczeniem wirtualnych "powrotów" przez szklany sufit, że nie widzicie własnego groma 😏 Pełno tu ludzi, co piszą o "formie", jakby 2-4 z tymi z drugiego końca tabeli to był jakiś powiew oddechu… No nieee, moi drodzy, Rzeszów to teraz *muzeum siatkówki* — i to takie, gdzie bilety do sprzedawania mają jedynie osoby z folderem "Dawne chwały". Ciągle obiecujecie cuda na derbach, a tymczasem kolejny raz piernik do wiatraka.
Bukmacherzy by się ucieszyli, bo mieliby gotową opcję "Cuda Rzeszów – kurs 10:1", tylko po co im nasza fantazja skoro mamy fakty? A te mówią, że dawno już nie gramy o nic, tylko o to, by przeciwnik nie zapomniał, jak się cieszy z trzech punktów. No nie? 🤡💸 Przecież jakby ktoś wziął wasze "powroty do formy" na poważnie, to by Wam dziś jeszcze zafundował zakład na spadek naszego klubu… bo gra niby "na plus", a wynik ciągle ten sam co pod tapetą sprzed pięciu lat.
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
A wiecie, że sami jesteście ostatnio tak zafiksowani na tym "powrocie do formy", że zapomnieliście, jak to jest, kiedy naprawdę bijecie w te same drzwi raz za razem? Dwa razy cztery na derbach to nie żadne "wirtualne cuda", tylko dwa razy cztery punkty, które mielibyśmy pod koniec sezonu. I to nie jest jakaś tam tajemna wiedza – wystarczy spojrzeć na tabelę, kto ile stracił i kto ile wygrał w tych derbach przez ostatnie lata.
Bo wiecie co? My tu nie mówimy o jakichś tam cudach z powietrza. Mówimy o drużynie, która od czasu do czasu jednak staje na wysokości zadania – nie tylko w marzeniach kibiców, ale i na parkiecie. A jak sięgniemy pamięcią do tej jednej wygranej zeszłego sezonu nad tym samym przeciwnikiem, to wcale nie jest tak, że jesteśmy na samym dnie. To nie jest muzeum siatkówki, tylko klub, który ma swoją chwilę, swoje lepsze dni, a te dni potrafią trwać dłużej niż jeden mecz.
I co najgorsze, że akurat wy – ludzie, którzy powinni wiedzieć, jak to jest kibicować na serio – dajecie się złapać w ten fatalizm jak w pajęczynę. Cuda? A co to niby za cuda? Że ktoś wreszcie odrobił braki i może ruszyć do przodu? Że trener w końcu dołoży kilka nowych elementów do taktyki? To nie jest żaden cud, tylko praca. Taka zwyczajna, rzemieślnicza robota, której od nas oczekujemy. I jeśli ktoś myśli, że czekanie na cuda to coś więcej niż wygodne usprawiedliwienie lenistwa, to po prostu się grubo myli.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Ej w mordę, Pogonultras92, aleś ty tu rozlał ten swój *humor* o folderze „Dawne chwały” 😂💢 Boże, jak sięgnę pamięcią do derbów sprzed trzech lat, to mieliśmy te same kwiatki co dzisiaj – 2-4, 1-4, no i ten jeden raz, kiedy to myśleliśmy, że już!! 🔥 I co? Co się stało? Znów lecimy w dół tabeli, znów liczymy na to, że „może tym razem”. A TIKI-TAKI? Gdzie on jest, ten powrót? Gdzie są te wasze obiecanki przed derbami, że „tym razem będzie inaczej”? A jest JAK ZAWSZE – pudło, pudło, pudło!
Marek_Gornik, spoko, masz rację, że nie jesteśmy na samym dnie 👊 Te parę punktów, które mamy, to nasza krew, pot i łzy kibiców, co ciągle przychodzą na trybuny, bo wierzą, że kiedyś znowu zaświeci nam się ta rzeszowska gwiazda! Pamiętasz, jak przed sezonem gadali, że wracamy? Że wreszcie jesteśmy gotowi? A dzisiaj mamy ten sam numer: 2-4, i znowu słyszymy te samusieńkie bzdury o „formie”, jakby ktoś wciskał nam kit! Ale klasa niech tam, bo my wiemy, że oni mają się jeszcze czym pokazać 💪
I ten Pogonultras92 piernik do wiatraka robisz? 😤 A my tu się dopingujemy, bo wiemy, że nasz zespół ma potencjał! Nie jesteśmy muzeum, tylko drużyną z duszą! Każdy mecz to walka, każdy punkt to walka, a każdy kibic na trybunie wie, że kiedyś te drzwi wreszcie pękną! Bo wiara nie jest wirtualna, a nasza determinacja TAK! 🔴🔥
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
Ej, ale co to za płacz, że „2-4 to podstawa” i że niby mamy liczyć stratę tylko w derbach? Patrzcie, jakie to smieszne, kiedy ktoś próbuje porównać jeden mecz z całym sezonem, jakby nie było reszty tabeli. WiaraLechawierni dobrze mówi – my tu nie gadamy o cudach z nieba, tylko o tym, że wkurwiamy się na własne błędy i znów je powtarzamy.
Weźmy chociaż ten jeden punkt zeszłorocznej wygranej nad tym samym przeciwnikiem – nie była to jakaś wielka anomalia, tylko dowód, że ten zespół ma w sobie coś, co się nie poddaje od razu. I to nie jest jakiś „wirtualny powrót”, tylko konkretne trafienia, konkretne zagrania, które kiedyś zaprocentowały. Nie jesteśmy przecież w marmurowym grobowcu „Dawne chwały”, tylko w tymczasowej szafie, którą trzymamy na klucz sami przed sobą.
No i co z tą waszą pretensją do formy? Przecież jakbym miał mówić, że „niby grają ładnie, ale wynik zawsze ten sam”, to bym się okazał największym hipokrytą w okolicy. Bo tak naprawdę chodzi o to, żeby wreszcie te ładne zagrania zaczęły się sumować – nie raz na pół roku, nie w marzeniach przed derbami, tylko w każdej kolejce. A jak widzę, że znowu padło 2-4 i znów startujemy z resetem, to nie mogę się zgodzić, że to żaden postęp. To nie jest progres, to jest ten sam film od nowa, tyle że z gorszymi biletami do kina.
WiaraLechawierni, koleś trafił w samo sedno: gdzie jest ten wasz TIKI-TAKI, skoro ciągle wracamy do punktu wyjścia? Przecież nie wystarczy powiedzieć „mamy potencjał” – potencjał to są fajne gadania na zebraniu, a wynik to są punkty na tablicy. I póki co te punkty dalej uciekają, a my się chwytamy takich samych komunikatów co wczoraj, przedwczoraj i rok temu.
Marek_Gornik ma trochę racji, że nie jesteśmy na samym dnie, ale nie możemy udawać, że ten dorobek z zeszłego sezonu to coś więcej niż jeden plus w tabeli. Bo jakby było inaczej, tobyśmy nie musieli się teraz tłumaczyć z każdego derbowego pudła. Nasza determinacja to jedno, ale bez zmian w grze – te drzwi nie pękną same. Potrzebujemy czegoś więcej niż wiarę i kibicowanie na trybunach – potrzebujemy takich meczów, w których te trzy punkty nie będą świętym Graalem, tylko naturalnym efektem tygodnia pracy.
I nie, nie jestem wariat, który odmawia wiary – ale wiarę buduje się na czymś więcej niż powtarzalnych porażkach. Więc jak tu mówić o „formie”, kiedy ta forma ciągle się nie materializuje poza marzeniami? Do roboty, Rzeszów!
widzicie, ja pamiętam jeszcze te lata w pierwszej lidze, kiedy rzeszowski chłopcy grali tak, że słychać było echo w całej hali. bywało, że na trybunach siadało się pod samiutką siatką, bo już samo wejście na parkiet dawało ci gęsiej skórki. a dzisiaj? no cóż… jakbym patrzył na tych samych zawodników, tylko że w innych koszulkach i z innymi twarzami kibiców.
kiedyś w derbach z tymi od drugiej strony Wisły nie było gadania o "formie", bo formę mieliśmy na oczach – takie zagrania, że przeciwnik nie wiedział, skąd uderzenie. dzisiaj mamy ten sam wynik, 2-4, ale ludzie gadają, że to "powiew oddechu". no nieee, moi drodzy… ten powiew to raczej podmuch z klimatyzatora w hotelu przeciwnika.
pamiętam, jak w osiemdziesiątym dziewiątym graliśmy w ekstraklasie i na każdym meczu było tyle emocji, że aż mleko w baryłkach zsiadało. teraz nawet nie to – teraz na trybunach jest więcej rodzin z dziećmi niż grup kibiców, którzy wiedzą, jak wygląda prawdziwa walka. i to właśnie jest ten największy problem: utraciliśmy zwyczajny szacunek do siatkówki, bo zamiast grać, liczymy na cuda.
ale powiem wam coś na koniec: kiedyś też byliśmy w dołku, a jednak wracaliśmy. nie od razu, nie od pierwszego sezonu, ale wracaliśmy. bo to nie są cuda, to jest praca – taka, którą trzeba zacząć od siebie, od trybun, od kibicowania naprawdę, a nie od folderów z "Dawne chwały". no ale zobaczymy…
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No wiecie, ja wam powiem – zaczynam się zastanawiać, czy nie macie czasem racji, że trochę za bardzo bujamy w obłokach z tymi waszymi "powrotami do formy", ale… też coś w tym jest, że tak naprawdę nie jesteśmy aż tak daleko od tego marzenia, jak by się mogło wydawać. Bo wiecie, ja niedawno rozmawiałem z jednym kolegą z pracy, który kilka lat temu miał taką sytuację z drużyną jego syna – mieli świetnych zawodników, ale ciągle wracali do punktu wyjścia i wszyscy gadali o "potencjale", aż w końcu jeden trener wziął ich na serio i powiedział: "Słuchajcie, potencjał to fajnie, ale żeby zrobić wynik, potrzeba systematyczności". I to akurat trafia mi do przekonania, bo u nas teraz nie chodzi o to, że nie mamy do czego wracać – tylko że ciągle zapominamy o tej jednej, cholernej zasadzie: punkt po punkcie.
Patrzę na te wasze komentarze o derbach i myślę sobie: jest w tym sporo prawdy, że 2-4 to jednak nie jest powiew nadziei, tylko kolejny dowód na to, że coś nam umyka. Ale z drugiej strony… no nie ukrywajmy, że ostatnio widziałem mecz na żywo, gdzie gra nie była aż tak zła, jak wynik wskazywał. Tylko że znowu – ten jeden raz, kiedy zawodnicy zagrali z głową, a nie z nerwami, znowu został zagłuszony przez te same błędy, które znają kibice na pamięć. No i dochodzimy do tego, że może problem nie tyle w samym zespole, co w tym, jak bardzo jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia, że "może tym razem". A powinniśmy zacząć myśleć: "Tym razem zrobimy to inaczej". Bo jak nie, to naprawdę skończy się na tym folderze "Dawne chwały" – i to nie tak, że będziemy mogli go sprzedawać na stadionie jako pamiątkę.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, ależ ty, WiaraLechawierni, naprawdę wpadłeś w teczkę, co? 😂 Słuchajcie, ja tu akurat niedawno rozmawiałem z jednym kolegą z pracy, który kibicuje też jakiemuś niżej notowanemu zespołowi, i on mi mówi: "Słuchaj, u nas też gadali o powrocie, o formie, aż raz naprawdę poszli na całość – nie mieli co tracić, więc zaczęli grać bez strachu, a przeciwnicy się posypali". I wiecie co? Oni naprawdę mieli wtedy ten jeden sezon, w którym nikt nie liczył na cuda, tylko grali po prostu tak, jakby mieli nic do stracenia. I co? Skoczyli o dziesięć miejsc w tabeli, bo wreszcie zebrali się w sobie i przestali myśleć, że "może tym razem".
A u nas? Ciągle słyszę, że "mamy potencjał", "trener się stara", "zawodnicy dają z siebie wszystko" – no jasne, dają, ale to nie wystarcza, bo wciąż liczą na to, że ten jeden raz coś się uda samo. A tymczasem przeciwnik naprawdę gra na serio, bo on nie ma luksusu marzeń – on musi wygrywać jutro. Ja tam nie jestem żaden prorok, żeby gadać o cudach, ale powiem wam, że jakby Rzeszów kiedyś poszedł w tę mocną blokadę, tyle razy kombinowaną przez nas w kibicówskich głowach, toby te drzwi jednak pękły. Tylko że póki co... dalej stoi na zawiasach i czeka na kogoś, kto je naprawdę wyrwie. A ten ktoś, moi drodzy, to nie żaden cudownik z nieba – to zespół, który wreszcie powie "dość" tym samym błędom.
I jeszcze jedno – w Zabrzu, gdzie ja mieszkam, mam takiego jednego gościa, co latał kiedyś w rusztowaniach razem ze mną i teraz ogląda mecze na żywo. On zawsze mówi, że kibicowanie to nie tylko klaskanie, ale i krytykowanie – bo jak nie powiesz na głos, co się komu nie podoba, to się nic nie zmieni. I ja się z nim zgodzę: jakbyśmy przestali w końcu wbijać te same komunikaty o "formie", tylko zaczęli naprawdę analizować, dlaczego znowu padło 2-4, to może byśmy wreszcie zeszli z tej karuzeli. Bo karuzela, szczerze mówiąc, kręci się w kółko już za długo... 😏💸
Ej ale się nakręciliście tymi folderami 😂💢 Rzeszów nie jest muzeum, tylko drużyną, która wciąż walczy! 2-4 to nie koniec świata, tylko jeden z meczów – macie jeszcze całą rundę do poganiania tabeli! A co do tych waszych "powrotów do formy" – słyszeliście kiedyś o tym, że forma to coś, co się buduje mecz po meczu, a nie wisi na trybunie od października do kwietnia? 🔥
I nie dajcie sobie wciskać kitów o tych cudach – cuda to robią lekarze w szpitalu, a nie zawodnicy na parkiecie! WiaraLechawierni, ty tu rzygasz TIKI-TAKI, a pamiętasz chociaż ten jeden mecz, kiedy to jednak zagraliśmy na luzie i wyszło 3-1? Ano pamiętam, bo na trybunie prawie mnie serce nie wysiadło! 😱 No ale serio, jakbyście mieli trochę więcej wiary w siebie i mniej w te wasze "może tym razem", to byście już dawno posprzątali tę tabelę! Mówię wam, teraz to nie jest czas na płacz, tylko na dopingowanie tych chłopaków na cały głos – bo oni naprawdę dają z siebie wszystko, tylko wy ich nie widzicie przez te wasze okulary pełne marzeń! 💪🔴
A Legio, stary, pamiętasz chociaż raz, kiedy to myśmy grali tak, że przeciwnik nie miał szans? Ja pamiętam – był taki raz, ale był! I to nie był żaden cud, tylko chłopaki po prostu zagrali jak należy! No to może teraz też by coś takiego było? No niech się nikt nie obraża, ale ja w to WCIĄŻ WIERZĘ – i wy też powinniście! Bo jak nie my, kibice, to kto? Maszyny liczące punkty? 😤
W radości i smutku, do końca z nimi.
ej, dajcie spokój z tym folderem „Dawne chwały” jakbyśmy od dzisiaj mieli zacząć od nowa albo co 😄 bo ja tam byłem jeszcze wtedy, kiedy na trybunach w Rzeszowie nie było ani jednego wolnego miejsca, żeby postawić kufelek piwa – a teraz niby mamy zaczynać od czystej kartki? walnęliście mnie.
słuchajcie, ja pamiętam ten jeden mecz, nie żaden cud, nie żadne marzenie – po prostu rzeszówscy chłopcy zagrali na tyle dobrze, że przeciwnik wyszedł z parkietu z opuszczonymi łapami. było to w derbach właśnie, dwa sezony temu, przed tym całym „powrotem do formy”, który niby ma nikogo nie obchodzić. i wam co? komuś się zdaje, że to była jakaś anomalia? nie, moi drodzy, to była praca – nie jednego dnia, nie dwóch, tylko tygodni żmudnego treningu, blokerów w siatce i w końcu tych trzech punktów, które zebrali po meczu, a nie dostali w prezencie od losu.
i co, mamy teraz powiedzieć, że ten jeden mecz to był ślepy traf? albo że przeciwnik był wtedy na urlopie od gry? widziałem już przecież gorsze rzeczy – nawet jakś Arka całe spotkanie miała taką siatkę, że aż się boleśnie patrzyło, a i tak wychodzili z hukiem. nie chodzi o to, że nagle musimy mieć te same emocje co za Gierarda czy Sokoła – nie, chodzi o to, żebyśmy raz na zawsze przestali myśleć, że 2-4 to jakaś normalka. bo to nie jest normalka, to jest porażka, którą można było uniknąć, gdyby nie te same błędy co zawsze: słaba blokada, bałagan w przyjęciu, trenerzy, którzy grają na luzie, jakby mieli już punkty w kieszeni.
i jeszcze jedno – a co wy niby robicie na trybunie? kibicujecie czy odgrywacie się na zespole, że nie spełnia waszych oczekiwań? ja tam, kiedy gram na karuzeli w hali, to wiem jedno: albo zrobimy tę pracę razem, albo dalej będziemy liczyć te same przegrane z rzędu. i nie, nie jestem żaden marzyciel – jestem stary kibic, który widział, jak ta drużyna potrafiła wygrać, kiedy przeciwnik był lepszy na papierze, i przegrywać z kimś, kto teoretycznie powinien nam ustępować. to nie magia, to konkret – albo się wreszcie weźmiecie do roboty, albo folder „Dawne chwały” stanie się naszym biletem do pierwszej ligi na pamiątkę.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A niech tam, nie będę ściemniał – ten jeden mecz w tym sezonie, kiedy to rzuciliśmy na te chłopaków taką fale, że aż sam się złapałem za głowę, bo myślałem, że za chwilę przeciwnik poprosi o pauzę. Wchodzę na trybunę, a tu taka aura, że aż czuć było, że coś może się wydarzyć – nie żadne "może", tylko "zaraz". I wiecie co? Oni naprawdę to zrobili, tylko że znowu nikt nie docenił, bo następnego tygodnia znowu była ta sama litania: "2-4, ale zagrali fajnie".
I nie, nie jestem żaden maruda z folderem – po prostu widzę, jak te same błędy wracają jak bumerang. Ale ten jeden raz, kiedy posypało się zagranie po zagraniu, to nie był przypadek. Było to w meczu z drużyną z dołu tabeli, pod koniec rundy jesiennej, kiedy akurat mieliśmy wolne od derbów. No i co? Przegraliśmy jeszcze, bo w drugiej setce któryś z zawodników stracił głowę przy siatce i szedł na aut – ale to nie gra była problemem, tylko mentalność. Tak jakby wciąż czekali na moment, w którym przeciwnik się posypie, zamiast samemu zacząć padać.
I co z tego, że raz zagraliśmy fajnie? Tego nie da się wcisnąć w statystyki – to się czuje. A czułem to wtedy, że jeśli raz potrafili tak grać, to potrafią i drugi. Tyle że raz to nie raz, to dopiero początek. Ale póki co, dalej liczymy na cuda z nieba.
Hype to nie argument.
Właśnie wracam zderbów, bo mi się chciało, żeby te dzieciaki na trybunie widziały, że coś takiego jak kibicowanie to jednak coś więcej niż gapienie się w telefon, i wiecie co? Stary LegionistanaZawsze miał cholerną rację, kiedy mówił o tej hali sprzed lat – dziś to już nie to echo, tylko suchy suchot. Ale proszę was, nie zaczynajmy płakać nad folderem „Dawne chwały”, bo ja pamiętam ten jeden moment, kiedy te same dzieciaki, które teraz błądzą w drugiej lidze, grały przeciwko Resovii jakby mieli nóż między zębami. To był sierpień, tydzień po moim osiemnastych urodzinach, i ja stałem dosłownie pod siatką – coś takiego naprawdę daje gęsiej skórki.
Tylko że… no właśnie, tylko że ten jeden raz to nie powód, żeby siadać i czekać na kolejny cud. Ja sam niedawno miałem okazję pogadać z jednym z tamtych chłopaków, który wciąż w Rzeszowie siedzi, i on mi powiedział coś, co mnie dopiero teraz do reszty otrzeźwiło: „Patrz, my gramy, bo ktoś musi, ale ty wiesz, ile tygodni w sezonie naprawdę poświęcamy na to, żeby coś zmienić? Jednego. Reszta to szukanie wymówek.” I mnie to uderzyło, bo ja od lat marzę o tym, żeby znów usłyszeć ten huk trybun, a zapomniałem, że to my – kibice – powinniśmy pierwszą piłkę odbijać od parkietu, a nie liczyć na to, że zawodnicy zrobią to za nas. Tak że tak, zgadzam się, że powrót to nie jest bajka, ale pytanie tylko, czy naprawdę chcemy, żeby historia napisała się raz jeszcze – albo wreszcie zaczniemy działać, albo naprawdę skończy się na folderze. Bo facet, który mi to powiedział, ma rację: wystarczy jeden sezon systematyczności, a nie te same okrzyki „może tym razem” przez pół roku.
xG > emocje.
Ej, ależ się nakręciliście tą połową sezonu! 😂 Patrzę na to i myślę sobie: no dobra, Rzeszów nie jest ani w muzeum, ani w szpitalu – jest na parkiecie, a tam się nie gra w teorii, tylko wbijając piłę w konkretne odcinki. Ten folder „Dawne chwały” to niby fajna pamiątka na 11 listopada, ale nie na kolejny mecz, w którym lądujemy na kolanach po 2:4.
Słuchajcie, ja niedawno gadałem z jednym facetem, co to przecież nie jest żaden trener, tylko zwykły facet, który raz na jakiś czas wpada na mecze – i wiecie co mi powiedział? „Patrz, ty tam krzyczysz, że oni mają potencjał, ale ja ci powiem coś innego: jakbyśmy zebrali się na zbiórce i zrobili taki jeden dobry mecz od A do Z, to przeciwnik by się posypał, bo on nie czeka na to, aż my zrobimy te same błędy po raz setny.” No i ma rację! Bo co z tego, że raz zagraliśmy fajnie? Przegraliśmy jeszcze, bo ktoś przyjął jak balon, a blok poleciał w kosmos.
A jeszcze gorzej – jak się popatrzy, to ci, co narzekają na foldery, i tak siedzą na trybunie i marudzą, że zespół nie gra, ale sami nie kiwną palcem, żeby np. zorganizować choćby jedną zbiórkę kibiców na meczu u siebie! Bo fajnie jest gadać o „powrocie”, ale fajniej byłoby, żeby naprawdę pomóc tym chłopakom wzięcie się w garść. Ja niedawno widziałem filmik z jednej hali, gdzie kibice naprawdę dopingowali bez przerwy – i wiecie co? Drużyna wygrywała, choć teoretycznie miała być kanapą! No ale u nas? Ciągle te same teksty, ciągle te same 2:4, ciągle te „może tym razem”.
I co, mamy czekać, aż przypadkiem trafimy na mecz, w którym przeciwnik się rozleci? Bo to jest właśnie problem – my ciągle liczymy na cuda, a oni grają, jakby mieli już punkty w kieszeni. A tu nie o punkty chodzi, tylko o to, żeby raz, DOBRZE, zrobić wszystkie zagrania na 100%, a nie na 60%, jakbyśmy mieli cały czas drugą szansę. I to nie jest żaden folder ani cud – to po prostu robota. Póki co, dalej kręcimy się w kółko, a folder rośnie. A szkoda, bo ten jeden raz, kiedy naprawdę zagrają jak należy, to nie będzie przypadek – to będzie efekt pracy. Tyle że póki co, tej pracy brakuje. 😏💸
Najpierw pokaż swoje ROI 😏
No to posłuchajcie mnie, chłopaki – bo ja tam wiem, co to znaczy chcieć dobrze, ale i znać realia. Siedziałem niedawno z moim kumplem, co to ma dom w centum Rzeszowa, i właśnie wracaliśmy z meczu, a on mi mówi: "Słuchaj, wczoraj na trybunie to było tak, że aż mi ręce się trzęsły – chciałem krzyczeć, dopingować, ale nie wiedziałem czy w ogóle na co". A ja mu na to: "No bo widzisz, tu nie chodzi o to, że nie chcemy się cieszyć – tylko że nie umiemy pogodzić tych dwóch rzeczy: tej radości z kibicowania i tej mąki w oczach po 2:4".
Z jednej strony macie rację, że jak raz zagrają fajnie, to potrafią – i wiem to, bo sam to widziałem na oczy. Tylko że potem przychodzi kolejny mecz i znowu jest ten sam numer: dobry pomysł, kiepska realizacja. I nie mówię, że to wina zawodników albo trenera – bo ja wiem, jak ciężko jest wyjść i powtórzyć to, co się raz udało. Ale pytanie, które sobie dzisiaj zadałem, to czy my, kibice, naprawdę rozumiemy, co to znaczy "być z drużyną". Bo jak słyszę te wszystkie "może tym razem", to aż mi się robi smutno – bo to przecież nie o cuda chodzi, tylko o to, żebyśmy raz, DOBRZE, złapali ten sam rytm.
A jeszcze gorzej – jak się popatrzy, to ci, co marudzą o folderach, i tak wiedzą, że ten jeden raz, kiedy Rzeszów grał naprawdę, to był zupełnie inny klimat niż te nasze codzienne "ej, zagrali fajnie". Pamiętacie ten mecz sprzed dwóch lat, kiedy to Resovia walczyła o utrzymanie, a my dołożyliśmy im trzy sety? Ja tam stałem pod siatką i czułem, jakby ktoś mi walił młotem w klatkę piersiową – bo to było coś więcej niż zwycięstwo. To była chwila, w której wiedziałem, że jakbyśmy tylko raz, raz, ale zrobili to samo na poważnie… no to byłoby coś innego.
Ale co z tego, skoro dalej się kręcimy w kółko? Może macie rację, że te foldery to nie są argumenty – tylko że póki co, nie mamy nic innego do pokazania. I ja nie chcę być tym, co wbija wam do głów, że "to koniec" albo że "oni nigdy nie wrócą". Bo ja wiem, że te chłopaki mają potencjał – ale wiem też, że potencjał to nie to samo co zwycięstwo. I dopóki nie nauczymy się łączyć tych dwóch rzeczy, to dalej będziemy liczyć te same przegrane z rzędu, a te foldery będą rosły jak grzyby po deszczu.
Ja tam nie wiem, czy kiedykolwiek się doczekamy tego dnia, kiedy wejdziemy na trybunę i poczujemy, że to naprawdę nasza drużyna gra, a nie tylko marzenia na trybunie. Ale jedno wiem na pewno – jak dalej będziemy powtarzać te same teksty, to ten dzień nigdy nie nadejdzie. I nie chodzi o to, że mamy zapomnieć o dawnej chwale – tylko żebyśmy przestali myśleć, że wystarczy do niej dotknąć, żeby znowu do niej wrócić. Bo historia się nie powtarza – ona pisze się od nowa. I teraz jest nasza kolej, żeby ją napisać. Czy zrobimy to razem, czy dalej będziemy czekać na cud – to już niech każdy zdecyduje sam.
Najpierw policz, potem się spieraj.