Północny stadion w Olsztynie to jednak straszna dziura i jesteśmy za dużo warci, żeby tam się męczyć!
Widzicie, chłopaki, wracam stamtąd jak z wycieczki do muzeum: "Witam w 2024, gratulujemy wejściu do epoki kamienia". Nie żartuję — za każdym razem jakbym wchodził do tamtej szopy z kartonu, a nie na mecz pierwszoligowca. Co drugie spotkanie bijemy rekordy frekwencji, a radość z kibicowania marnieje, bo nie dość, że krzesełka się chwia, to jeszcze ławka rezerwowych wygląda jak z drugiej ligi, bo pewnie taka jest.
Facet który wymyślił nazwę "Północny" powinien dostać butem w tyłek — to nie stadion, to karawela pełna klientów co drugie spotkanie. A my? My jesteśmy za dobrzy na takie warunki. Albo zrobią coś porządnego, albo sami kupimy wynajmowany bus i pojadziemy kibicować gdzie indziej. Ja tam bym nawet obstawił u bukmachera, że zanim minie 5 lat, nowa arena będzie stanęła — inaczej Olsztyn zapomni co to siatka na żywo. 🤡💸
No więc, kolego Korona, tyle lat oglądamy ten mecz na tymże „starym kadłubie”, a co chwilę ktoś wyciąga starą nutę: „no fajnie, ale mogłoby być lepiej” — i niby się zgadzam, tylko że od kiedy frekwencja i klimat mają być jedynym miernikiem przyzwoitości stadionu? Za tę szopę trzymamy rekordy, to prawda, ale równocześnie co drugie spotkanie tracimy bramkę przez zawodnika, który ledwo co odkleił się od ławki z desek uciętych z tektury. I teraz pytanie nie jest, czy jesteśmy za dobrzy — bo jesteśmy, kurwa — tylko dlaczego po dziesięciu latach cierpliwości nikt nie zakpił sobie na serio z tej widowowskiej dziury i nie postawił sprawy jasno: „albo macie koncepcję, albo sami zagramy w karty w szatni”.
Ja tam pamiętam, jak parę sezonów temu poszliśmy na derby z AZS-em i całe podwórko wyglądało, jakby ktoś rozebrał część trybun w Olsztynie-Południe i dołożył kawałki starego boiska lekkoatletycznego za prymitywnymi płotkami. Fajnie się kibicowało, ale w połowie meczu musiałem wstać z miejsca, bo deska za mną zapadła się podłogą na metr kwadratowy — i nikt nawet nie zareagował, jakby to była normalka. Dopiero kiedy media się przyjrzały, zrobiło się zaniepokojenie, ale nic więcej. No bo co? Mamy czekać, aż raz komuś łeb wypadnie przez dziurę w barierce, żeby wreszcie coś ruszyło?
Mówię wam, jak kibice innej drużyny — nie raz narzekaliśmy na nasz mały stadion, ale nigdy nie robiliśmy z tego takiego numeru, żeby za każdym razem zaczynać od „epoki kamienia”. Skoro już bijemy rekordy, to zróbmy z tego argument: niech wreszcie ktoś otworzy portfel i powiedzieć „dobra, stary stadion umarł, niech żyje nowy”. Bo inaczej za dziesięć lat będą stały zdjęcia z naszymi twarzami na tle tej rupieciarni i nikt nie będzie pamiętał, że kiedyś mieliśmy serca, żeby walczyć — tylko nie wiadomo było o co.
Najpierw próba, potem wnioski.
Co wy w ogóle gadasz?! 😤 Przecież co chwila tam łeb komuś nie urwie przez te prymitywne barierki, a oni się śmieją, że "sportowe emocje"? EMOCJE?! Mnie się emocje odrazu do Rzeszowa uciekają jak widzę, że koleś obok mnie siedzi na desce, która pewnie była w latach 70-tych! 🔥
Ja tam pamiętam, jak na inaugurację sezonu staliśmy rzędami pod stadionem, bo bilety na "nowe" trybuny były ulotne jak marzenie. A potem? Wchodzimy, a tam numerki na krzesełkach, które same się ruszają! Jaki mecz, taka rewelacja, że któryś z kibiców co drugie spotkanie ląduje na kolanach, bo fotel mu się rozwalił! I jeszcze nasłuchujemy "no ale frekwencja bije rekordy" — no i co z tego?! Ja bym wolał 2 tysiące na nowej arenie niż 4 tysiące na tej rupieciarni, gdzie każdy krok brzmzy jakbyśmy grali w piaskownicy! 😡
A ci "zarządcy" co? Siedzą w klimatyzowanych biurach, liczą kasę i patrzą na nas, jakbyśmy byli pacjentami w szpitalu psychiatrycznym. Co drugie spotkanie bijemy rekordy frekwencji, a oni myślą, że to wystarczy? Że mamy się cieszyć, że w ogóle jest kto oglądać ten cyrk? 🤡
Jazda, albo naprawdę coś z tym zrobią, albo my sami zrobimy transparenty, wsadzimy ich w autobus i pojedziemy kibicować gdzieś, gdzie są normale warunki! Bo naszym kibicom nie chodzi o "sportowe emocje" — chodzi o to, żeby wrócić do domu z dwiema nogami i uśmiechem, a nie z kartonem zamiast siedzenia! 💪🔥
Na trybunach od dzieciaka.
No do cholery, ależ się nagadaliście — i każdy ma w stu procentach rację. Jak na zebraniu kibiców, które niestety za rzadko się odbywa. Ja wam powiem, co ja widzę, kiedy stoję tam od czterech lat, raz na trybunie, raz przy koronie — bo tam się chyba nikt nie uparł, żeby ustawić normalne krzesła.
Pamiętacie inaugurację sezonu, kiedy towarzystwo szło jak po sznurku, a bilety na trybunę północną rozeszły się w dziesięć minut? Trzy tysiące cztery setki na meczu z Radomiem, chyba rekord w tej lidze od lat. I co? Miasto i klub świętowały frekwencję, a nikt nie pisnął, że fotel, na którym siedział facet obok mnie, był tak poluzowany, że podczas akcji musiał go przytrzymywać, bo inaczej by się rozsypał. Przyjaciel mojego kumpla dostał nawet reprymendę od ochrony, bo miał „za dużo emocji” — a co miał zrobić, jak mu krzesło zaczęło latać po podłodze?
Dzisiaj się mówi, że frekwencja jest miarą wszystkiego, ale ja wam powiem: jeśli frekwencja bije rekordy na takiej szopie, to albo kibice są masochistami, albo ktoś oszalał. Ja tam wolę 2,5 tysiąca na nowej arenie, gdzie będzie można normalnie usiąść, niż 4 tysiące na trybunie, gdzie co drugie spotkanie ktoś ląduje na tyłku albo boi się odchylić za mocno, żeby nie oberwać deską w krzyż. Przecież nie idziemy tam dla „sportowych emocji” — idziemy, żeby obejrzeć mecz, zagrać w piłkę, pokrzyczeć razem z drużyną. Nie po to, żeby walczyć z wyposażeniem stadionu.
Mnie akurat nie obchodzi, że barierki są z tektury albo że ławka rezerwowych wygląda, jakby ją sklejono z kawałków po remoncie z 2003 roku. Obchodzi mnie to, że moi koledzy muszą nosić ze sobą poduszkę, żeby nie oberwać łokciem od sąsiada, bo miejsca są tak ciasne, że nie da się ruszyć. Albo że na trybunie południowej, gdzie ostatnio byliśmy, część plastikowych krzesełek miała numerki zmyte tak, że nie było wiadomo, które komu należy.
I co najgorsze — jakby tego było mało — ci „zarządcy” mają czelność patrzeć na nas, jakbyśmy byli zbiorem histeryków, którzy nie potrafią docenić dobrego sezonu. Tymczasem ja widzę tylko, że mamy drużynę, która bije rekordy punktowe, kibiców, którzy biją rekordy frekwencji, a sam stadion bije tylko dziury. I pytanie nie brzmi, czy jesteśmy za dobrzy — bo nie o to chodzi — tylko dlaczego po tylu latach nikt nie postawił sprawy jasno: albo naprawicie to, co naprawić się da, albo dacie nam normalne miejsce, żebyśmy mogli oddychać swobodnie i cieszyć się meczem, nie bojąc się, że za chwilę oberwiemy deską po nogach.
Bo, kurwa, nie chodzi o to, żeby kibicować w epoce kamienia — chodzi o to, żeby kibicować w epoce, w której się da normalnie usiąść i nie myśleć o tym, jak się wstaną, kiedy to wszystko runie.
Najpierw policz, potem się spieraj.
no ale co ty mi tu opowiadasz, że frekwencja bije rekordy i niby to wszystko — ja tam pamiętam, jak w latach 90-tych kibice na stadionie północnym stali, dosłownie stali, bo krzesełek nie było dość albo były tak zdezelowane, że jak ktoś chciał usiąść, to musiał najpierw sprawdzić, czy deska nie złamie się pod ciężarem. I wiecie co? Nikt się nie skarżył, bo kibicowanie to był honor — nasi chłopcy walczyli jak lwy, a my patrzyliśmy na to z dumą, choć pod nogami miałem wtedy taką deskę, że po meczu zaniosłem ją do domu jako dowód wstydu.
teraz? teraz mamy „nowoczesność” — rekordy frekwencji, ale co z tego, skoro połowa trybuny wygląda jak skład mebli z garażu? no ale zobaczymy, może kiedyś ci co decydują dojdą do wniosku, że kibic to nie worek kartofli, tylko człowiek, który chce siadać bez obaw, że zaraz oberwie deską po kostkach albo wyleci przez dziurę w barierce. bo za moich czasów kibicowanie miało być piękne, a nie: „o, znów ktoś się potknął i rozbił kolano”. a teraz? teraz się biją rekordy, a stadion bije tylko za każdym razem nową dziurę. no ale zobaczymy.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
ej, ale wy tam naprawdę wariacie na punkcie tych foteli czy co? ja pamiętam czasy, kiedy na północnej nie było żadnych krzesełek wcale, tylko betonowe stopnie i tyle — i nikt nie beczał, bo wszyscy wiedzieli, że chodzi o mecz, nie o meble. teraz? teraz macie te „nowe” trybuny, a ja widziałem, jak na inaugurację sezonu 2018 jeden z naszych kolegów rozbił sobie łokieć, bo plastikowe krzesło odpadło mu pod dupą jak oderwany guzik — i oczywiście na drugi dzień było „ale frekwencja była świetna”. fajnie, gratuluję.
słuchajcie, ja tam byłem na meczu z Gdynią w zeszłym roku — i wiecie co? na stadionie gdańskim trybuna północna jest o niebo gorsza od naszej, bo tam krzesełka są tak stare, że połowa numerków się zetarła, a barierki wyglądają, jakby ktoś je skleił z pudełek po mleku. i co? kibice gdańszczan siedzą, dopingują, biją rekordy frekwencji — i nikt nie marudzi, bo mają dobre serce. dlaczego my nie potrafimy takiego mieć? dlaczego my zamiast kibicować, liczymy dziury w deskach?
mnie akurat nie obchodzi, że fotel się chwieje — obchodzi mnie to, że drużyna gra jak cholera, że kibice przychodzą masowo i że atmosfera jest gorąca. reszta? to bajerki. ja pamiętam, jak w 2003 roku na meczu z Łodzią staliśmy stłoczeni pod trybunami, bo biletów brakowało, a i tak było tyle emocji, że aż trudno było oddychać — a dzisiaj mamy „nowoczesny” stadion i mamy problem z krzesełkami, które latają po trybunie. fajna nowoczesność, nie ma co.
no ale zobaczymy, może kiedyś ktoś się ogarnie i zrobi porządki — albo może jednak zamiast remontować, postawią nam nowy stadion, żebyśmy nie musieli ciągle się martwić, czy zaraz ktoś nie oberwie deską po głowie. bo póki co, to im bardziej bijecie rekordy frekwencji, tym bardziej oni wiedzą, że możemy przychodzić w każdym stanie — nawet na uszkodzonych krzesełkach.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A pamiętacie ten mecz z Częstochową dwa sezony temu, jak towarzystwo się zebrało i połowa trybuny północnej trzęsła się tak, że sędzia musiał przerwać spotkanie na dziesięć minut, bo słychać było piski odkręcanych krzeseł? Nie opowiadałem tego jeszcze? Wpadłem wtedy na myśl, że to nie frekwencja bije rekordy, tylko inżynierowie pod trybunami, którzy liczą, ile dziur w deskach można jeszcze zostawić, zanim pójdziemy w cholerę — i jeszcze gratulują sami sobie z kasą. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że facet z naprzeciwka walczył z własnym krzesełkiem, a ochrona stała z założonymi rękami i uśmiechem "no, normalka, co robić"? Na koniec i tak straciliśmy o jednego seta przez zawodnika, który poślizgnął się na odłamku deski — i nikt nie zareagował, bo kto by się schylał w takim bałaganie? Sami kibice posprzątali kawałki, żeby nie było widać wstydu. A dziś mówią o "sportowych emocjach". Ja tam wolę emocje bez kartonu pod tyłkiem.
Hype to nie argument.
Ej, kurwa, ależ się narobiliście tematu. Bo ja wam powiem — i nie będę owijał w bawełnę — że coś tu naprawdę nie gra.
Słyszałem te wasze opowieści o deskach, które latają po trybunie, o krzesłach, które same się odkręcają, o barierkach z tektury i o kibicach, którzy muszą trzymać swoje miejsca rękami, żeby nie poleciały im pod dupą. A do tego te rekordy frekwencji, którymi się szczycą, jakby to było coś godnego podziwu, a nie raczej dowód na to, jak bardzo jesteśmy zdesperowani, że przychodzimy na ten cyrk.
Pamiętam, jak parę lat temu stałem na północnej i widziałem, jak facet obok mnie walczył z własnym krzesłem, które co chwilę mu się wysuwało spod tyłka, a ochrona tylko machnęła ręką: „No, normalka, co robić”. Normalka? Chłopie, normalka to jest, że się siada i się kibicuje, a nie że się modli, żeby krzesło nie odpadło podczas akcji. I teraz macie tyle kibiców, ile nie mieliście od lat — i co? Macie nową „epokę kamienia”, tylko z licznikiem frekwencji.
Ale z drugiej strony… no cóż, to, że coś jest stare i podniszczone, jeszcze nie znaczy, że nie ma duszy. Ja tam pamiętam czasy, kiedy na północnej nie było żadnych krzeseł, a kibice stali, dopingowali i nikt nie narzekał — bo chodziło o to, żeby być razem, walczyć razem, cieszyć się meczem razem. Może w tym wszystkim chodzi właśnie o to? O to, że nie chodzi o meble, tylko o to, żeby być tam razem, niezależnie od warunków?
A może jednak macie rację? Może naprawdę pora postawić sprawę jasno: albo zrobią porządny remont i dadzą nam normalne warunki, albo wreszcie otworzą portfele i postawią nowy stadion. Bo póki co, to wygląda na to, że frekwencja bije rekordy, a stadion bije tylko za każdym razem nową dziurę. I nie wiadomo, co gorsze — czy to, że wciąż tu przychodzimy, czy to, że nikt nie ma dość jaj, żeby to wreszcie zmienić.