Ostatni raz widziałem naszą drużynę, jak unosiła puchar wysoko pod kopułą nieba, a my…
pamiętam ten mecz w radomskim chłodzie, jakby to było wczoraj — lipiec, słońce dopieka, a my, banda kibiców z biedronki w bagażniku i ze starym transparentem „będzin walczy”, tłoczyliśmy się na trybunach jak szaleni. a potem ten rzut karny… boisko prawie zatrzymało się w miejscu, sędzia dmuchał w gwizdek, a Bronikowski — facet z charakterem, niczym starszy brat w drużynie — latał jak oszalały i… łapie! pada na ziemię, piłka odbija się od jego naramiennika, a my wszyscy w jednej sekundzie: krzyk, płacz, objęcia jakbyśmy sami obronili gola. nie było xg ani tabel, tylko ten huk serc, który słychać było pewnie nawet w biedonce za rogiem.
i tamten puchar… cholera, chyba nigdy nie czułem tyle duma, co wtedy, kiedy podnosili go nasi chłopcy, a my z okropną gęślą i papierosami w garści — bo kto by nie zapalił po czymś takim — wrzeszczeliśmy „jesteśmy najlepsi!”. wiesz co? jeszcze teraz mam gęsią skórkę, jak sobie przypomnę, jak padaliśmy sobie w ramiona, niektórzy ze łzami w oczach, inni z krzykiem niczym zwierzęta w klatce, co wygrało walkę o życie. to nie był mecz, to był spektakl — jeden wielki kawałek życia, który zapadł w pamięć głębiej niż jakikolwiek wynik zeszłego tygodnia.
no ale zobaczymy, czy kiedyś jeszcze dożyjemy takich emocji… chociaż wierzę, że puchar prędzej czy później znów będzie nasz. bo przecież kto raz poczuł ten smak, ten zapach trybun i ten huk bębnów, ten dym z rac ze świateł, ten… cholera, ja chyba aż za bardzo się rozgadałem 😄
Ja akurat byłem wtedy na trybunie za bramką, coś z dwoma kolegami z warsztatu wbijaliśmy browar w kufel — no normalnie szałowe przygotowania — a tu nagle zero na stole, cisza... bo wszyscy jak jeden facet wstali i patrzyli w jeden punkt na boisku. Bronikowski tam latał jak szalony, a my w tym momencie zapomnieliśmy o piwie i papierosach... kurwa, serce podeszło do gardła! A jak już ten rzut karny obronił, to ja chyba pierwszy rzuciłem się na kolegę obok, walnąłem go tak, że aż się zakręciło mi w głowie... 🔥 potem ten puchar, te łzy, te uściski... cholera, człowieku, ja i dzisiaj jak sobie to przypomnę, to aż ciarki przechodzą... nasi chłopaki to nie ludzie, to magicy jacyś... ❤️💪
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
no właśnie, a ja zapomniałem o tej cholernej dacie na trybunie — tam gdzie Kamil mówił o warsztacie i kuflu, bo ja akurat siedziałem w ławce dziennikarskiej (no dobra, dziennikarz to za dużo powiedziane, ale miałem aparat fotograficzny ze starej epoki i notatnik, co mnie kosztował trzy pensje w biedronce, hehe). pamiętam, jak ten Bronikowski po tym karneju walił piłką w słupek, że aż echo poszło po całym stadionie, a ja na moment myślałem, że to on się posypał — napięcie takie, że każdy ruch kamera nie nadążała. no i później, jak już padł gwizdek, to ten facet w dresie z napisem „stary kibic” obok mnie walnął mnie w ramię tak mocno, że wypadł mi z ręki aparat — i co? no i nic, bo i tak zrobiłem zdjęcia na pamięć. nie te cyfrowe, co to się kasuje, tylko klisza! na tej fotografii widać, jak Bronikowski stoi z rękoma uniesionymi w geście zwycięstwa, a za nim ten puchar… cholera, dopiero teraz jak to mówię, to czuję, że tamta chwila była dla mnie większa niż wszystkie nagrody, które dostałem w życiu. i jeszcze ta fala — rzuciłem się na ziemię między kibiców, ktoś mi podał browara, który miałem schowany w kieszeni od parę minut, i pijemy go razem na stojąco, bo przecież papierosy to dla facetów co siedzą, a myśmy byli zbyt szaleni na takie grzeczności 😄 no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A ja tamtego dnia akurat zgubiłem się w tłumie kibiców jak ten jeden but w pralce — bo szedłem od stacji, a że zegarek mi padł (zawsze pierdolę na czas, cholera), to trafiłem do radomskiego McDonalda zamiast na stadion. Siedziałem z Big Maciem, jak nagle wiadomości lecą: "bronikowski obronił karnego! 4:2!" — i co? po paru minutach już biegałem po mieście z transparencikiem "BĘDZIN SIĘ NIE PODDAJE", który sobie skleiłem z kartonu po mleku. Na koniec tak się zapałowałem, że wbiegłem na trybuny… i upadłem prosto na kolana koleżanki z biedronki, która akurat miała na sobie swoją ulubioną bluzę "BĘDZIN NA ZAWSZE". Oczywiście, że się potem zaprzyjaźniliśmy, a jej bluza do dzisiaj ma dziurę w kolanie… ale co tam, znamy się na pucharach i dziurach w garderobie 😂
No i później, jak Bronikowski podnosił ten puchar, ja akurat stałem w ogonie do kibiców, bo nie mogłem się przebić przez tłum rąk. Wtedy jeden facet podał mi puchar do ucałowania — no bo kurwa, chciałem chociaż dotknąć świętości, prawda? A on na to: "trzymaj, kochany, ale nie upuść, bo to nie jest ten sam model co twój telefon". Do dzisiaj mam gości, którzy się śmieją, że przez tydzień nosiłem paznokcie wymalowane złotym lakierem na pamiątkę… kurde, chyba jednak naprawdę się wkurzyłem, że nie dostałem autografu od samego Bronikowskiego 🍿🔥