Od skromnej chaty do dumnych trybun — Będzin niezmiennie bije sercem!
no do cholery, przecież ja to pamiętam jakby to było wczoraj... ten rok dwunasty, akurat akurat wiosną, kiedy u nas w mieście wszystko wrzało jak na wrześniowym jarmarku — niby że drużyna wypadła z play-offów, niby że kibiców coraz mniej na trybunach, a tu nagle ten cholerny mecz w Bełchatowie, co go oglądaliśmy w knajpie u starego Jasia, bo telewizory tam jeszcze nie szły przez te ich przeklęte kable.
i wtedy to się stało, ludzie... najpierw pustawa, potem ten jeden facet z zakrwawionym szalikiem zaczął śpiewać, i nagle wszyscy — cholera jasna, wszyscy — dołączyli. trzy razy ten sam refren, głośniej niż piłka nożna w radiu, i ja tam sobie myślę: "kurza twarz, toż to nasza siatka gra, tylko że na trybunach". a potem ten cud, ten cholerny cud, że aż mnie dech zaparło. nawet ci starzy bywalcy, co zwykle tylko dmuchają w browary, podnieśli się i klaskali w rytm. no ale zobaczymy, czy coś takiego powtórzy się kiedyś... bo ja już wolę nie wierzyć w cuda, a jednak ciągle na nie czekam.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
A to se znowu wracam myślami do tamtego feralnego dnia... nie byłem w knajpie u Jasia, bo akurat mój szef mnie ściągnął na halę, żeby mnie odrąbać za spóźnienie do roboty 😤 ale za to miałem radio w roboczym fartuchu, które trzymałem pod samą twarzą jak najlepszego kumpla! jak usłyszałem ten pierwszy głos z trybuny, co zaczął śpiewać, to aż serce mi stanęło — no bo co to w ogóle znaczy?! potem dopiero doczołgałem się do okna, żeby zobaczyć, co się dzieje, a tam chłopaki z osiedla machali szalikami jak szaleni, a jeden nawet wbiegł na dach pobliskiego bloku tylko po to, żeby było GŁOŚNIEJ!!!
i ja tak w tym swoim fartuchu ochroniarza, w dodatku cały umorusany cementem, stałem i śpiewałem razem z nimi jak najęty... kurcze, płakałem wtedy chyba, bo potem koledzy z hali pytali co się stało, a ja tylko: "no wiecie, siatkówka i tak dalej" 🔥 potem ten Będziński Cud mnie wykończył emocjonalnie na pół roku, bo nigdy więcej czegoś takiego nie czułem... ale nadal czekam, no co nie? bo przecież cuda się nie powtarzają, ale w Będzinie to jednak MIELIŚMY SWÓJ WŁASNY 😱💪
no wiecie, jeszcze jedno takie wspomnienie mam z tej feralnej dwunastki, tyle że z naszej drugiej strony — tej blisko hali, nie tej od Bełchatowa. akurat wtedy moi starzy mieli w mieszkaniu niedaleko boiska telewizor taki malutki, czarno-biały, co go ledwo ciągło do pokoju. no i ja tam sobie siedziałem z moim bratem na strychu, podgrzewając sobie mleczko z pieca, bo akurat był ten cholerny mróz — mówię wam, marznący kalosz, bo grzejnik ledwo zipał. i wtedy nagle ta transmisja się urywa, a na ekranie wiadomość: "z powodu awarii sieci transmisyjnej mecz może być opóźniony".
a myśmy nic nie wiedzieli, że tam się tam na trybunach dzieje coś wielkiego. brat tylko mruknął: "no fajna sprawa, może w końcu oglądnąć mecz w spokoju". a ja mu na to: "spokoju? chłopie, myślisz, że to tylko mecz?". no i wyszliśmy na balkon, żeby zobaczyć, co się dzieje na mieście. a tam ciemno, normalnie ciemno, ale jakby coś się działo... no i usłyszeliśmy najpierw jeden głos, potem drugi, a potem już całe osiedle grało do rytmu — nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, ale ten kawałek, ten cholerny refren, który wszędzie się niósł. brat aż oparzył się o parapet, bo schodził na dół w samych skarpetkach, krzycząc "idę, idę!" i zapomniał o mnie.
a ja stałem tam w tych skarpetkach, w samym podkoszulku, bo mi się grzałka zepsuła, i słuchałem, jak nasze miasto śpiewa. i było mi ciepło jak w piecu, ale nie od mleczka. i myślałem sobie: dobra, jeśli teraz nie wierzę w cuda, to już nigdy w nic nie uwierzę. a potem mój brat wrócił z tym swoim szalikiem zawiązanym na szyi, cały czerwony na twarzy, i powiedział tylko: "to nie jest już mecz, to jest coś innego".
no ale zobaczymy, bo przecież i tak co roku czekamy na coś takiego... chociaż wiem, że cuda się nie powtarzają, ale w Będzinie jakoś ciągle mam nadzieję 😄
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Faulem, TylkoTy i stary Dyngus — a niech mnie, ile się wam zebrało fajnych chwil z tamtej dwunastej, tylko słuchać. Prawdę mówiąc, kiedy myślę o tej drużynie z Bełchatowa i całym tym impetem, jaki wtedy mieliśmy na trybunach, to aż żal, bo dziś coś takiego się nie wydarzy. Tamten zespół grał na luzie, ale miał w sobie coś, co się po prostu czuło w kościach — jakby każdy zawodnik wiedział, że to już ostatni moment na zrobienie czegoś wielkiego, że albo teraz, albo nigdy.
Dzisiaj? No cóż, drużyna stara i młoda razem się męczy, tyle że nie zawsze widać, że to naprawdę nasza siatka. Kiedyś kibice byli jak jeden organizm, a teraz? Trudno powiedzieć. Słyszę czasem jakieś głosy z trybun, ale to już nie jest ten sam ogień co kiedyś. Tamten rok dwunasty to był taki moment, w którym Będzin po prostu wziął i pokazał światu, że umie się bić — nie ważne, czy na parkiecie, czy na trybunach.
Pamiętam, jak pierwszy raz po tym meczu poszedłem do sklepu naprzeciwko hali, a tam stary pan z kasą mi powiedział: "Wreszcie coś fajnego w tym mieście". I miał rację. Dziś fajnego też nie brakuje, ale nie to samo co wtedy — wtedy było coś magicznego w powietrzu. Dzisiaj to raczej taka zdrowa, solidna praca, ale bez tych dreszczy, które się czuło, kiedy podniosło się rękę do śpiewania razem z innymi.
No i te trybuny... kiedyś puste, a potem nagle pełne pasji. Dziś są pełne, ale nie zawsze widać tę samą energię. Myślę, że tamta drużyna i ten rok dwunasty to był taki jeden wielki moment, który już się nie powtórzy. Ale cóż — ciągle mamy nadzieję, bo przecież cuda się nie zdarzają codziennie, a Będzin na nie czeka.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, a ja tu sobie siedzę i myślę... kiedy to tamten syf w Bełchatowie się działo, to ja akurat walczyłem z kibicami odwiedzin w szpitalu, bo mój kolega wypadł z okna — nie, nie z trybuny, tylko z balkonu na drugim piętrze, bo chciał zobaczyć mecz przez lornetkę 😂 i zamiast lornetki dostał gips. No ale mniejsza o to — w szpitalu byłem, radio grało na cały regulator, a ja co chwila wyskakiwałem na korytarz, żeby posłuchać, co się dzieje. Słyszałem ten śpiew, ten cholerny refren, i myślałem sobie: "kurde, jakby mój kolega słyszał to na własne uszy, toby jeszcze raz wyskoczył z okna!". A potem patrzeć — szpitalem też szedł ten śpiew, pielęgniarki zamiatały się do refrenu, a jeden lekarz nawet podłączył się do chóru z trzymanym w łapie fartem chirurgicznym.
I wiecie co? Kibice z Będzina są jak dobry wirus — zaraźliwi i nie do wyeliminowania. Tamtego dnia mój kolega na gipsie, ja na wizytach, ale serce nam grało razem z tymi na trybunach. I póki co nikt jeszcze nie wymyślił szczepionki na to szaleństwo. 🤣🔥💉🍿