Od fekalnego boiska po legendarną arenę: jak nasz Norwid wzbił się w kosmiczne nieba!
pamiętam, jak stałem na trybunie starego stadionu przy alei nafty, gdzie brezentowe ogrodzenie śmierdziało farbą i benzyną, a boisko wyglądało jakby ktoś wyżął trawę na tort, no ale za to atmosfera była taka, że niedługo po meczu myślałem, że serce mi wyskoczy z klatki — a to dopiero był lokalny amatorski ligowiec, prawie jak rozgrywki na podwórku, tylko że z większym hukiem, bo akurat grał nasz rezerwowy rozgrywający, który złamał nogę tydzień wcześniej i wyskoczył zza ławki jak szaleniec, żeby dobić jeszcze jednego dobrego kontaktu
i coś tam w powietrzu wisiało, że ten zespół nigdy nie da się zabić, choć kibice gadali, że teczka z planami awansu wygląda jak sterta makulatury i trochę starej herbaty no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
ale pamiętam jak dziadek pchał mnie na te cholerne trybuny na starym boisku jeszcze w tej starej, drewnianej ławce z takimi nóżkami, które piszczały przy każdym ruchu boiska pełne było błota do kostek i tam właśnie pierwszy raz widziałem faceta z naszej ekipy, który wyskoczył jak szalony zza siatki i dobił uderzeniem zza głowy – i BOOM, wszyscy wrzeszczeli, że to znicz, co gasł w sercu kibica… a ja miałem wtedy 10 lat i myślałem, że nic już lepszego nie będzie!!
Na trybunach od dzieciaka.
no nie wiem czy to ktoś jeszcze pamięta, ale ja do dzisiaj czuję ten dreszcz jakby to było wczoraj — kiedyś przed remontem, a nawet nie remontem, tylko tym pierwszym podwyższeniem ogrodzeń na starym boisku, akurat podczas meczu z tymi od poloneza z radomska, był taki moment, że nasz stoper — facet o ksywie „suseł” bo biegał jak oszalały — złapał piłkę w polu karnym, uderzył tak nisko, że sędzia drugiego rzutu karnego nie zauważył, a tamci krzyczeli, że faul po kolanie, a my — myśmy wiedzieli: ten gość ma w nogach tyle siły co cały tłum na trybunie, i nagle widziałem jego minę, jakby mu ktoś baterie włożył — bo dopiero co wrócił z kontuzji, a tam, przy samej chorągiewce, zrobił taki zwód, że dwóch przeciwników upadło, i wbił ją w róg, a my wszyscy — dosłownie wszyscy — poderwaliśmy się z miejsc, bo wiedzieliśmy: to nie jest zwykły mecz, to jest coś więcej… i wtedy ten smród benzyny i farby z brezentu przestał zupełnie śmierdzieć, bo tylko radość została w powietrzu
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No i naprawdę, jak teraz patrzę na te stare zdjęcia z trybuny przy alei nafty albo jak słychać opowieści dziadka o tej ławce, która piszczała jak gorszy fortepian w filharmonii, to co nas spotkało od 2018 roku to nie jest żaden cud, tylko zwyczajna logika miłości do klubu.
Tamta drużyna grała w czym się dało: w błocie do kostek, przy brezencie, który pachniał jak warsztat samochodowy po remoncie, i z ogrodzeniem, które drgało od samego patrzenia na niego. Ale znałem chłopaków — tych co mieli boczki piwa zalane jeszcze na trybunach, tych co nosili koszulki bez numerów, bo ktoś zapomniał je odebrać z pralni — i wiedzieliśmy jedno: gramy nie dla ładu, nie dla ładnego boiska, tylko dla tej chwili, kiedy nagle przyjdzie ten jeden kontakt, jeden strzał zza sieci i wszyscy razem wybuchniemy, że serca gotowe pęknąć.
Dzisiaj? Dzisiaj to zupełnie inna bajka. Stadion, który kiedyś śmierdział benzyną i farbą, teraz oddycha nowoczesnością — jasne trybuny, zadaszenie, które chroni nawet jak leje jak z cebra, a boisko, które wygląda jakby ktoś je wyprasował. Drużyna? Ma faceta w bramie, którego nazwisko zna każdy kibic dookoła, ma środkowych, którzy nie gubią się w własnych nogach, i napastnika, co potrafi dobić piłkę w miejscu, gdzie sędzia jej nawet nie widzi.
Ale nie oszukujmy się — to nie jest tak, że nagle staliśmy się Lechią Gdańsk czy czymś w tym stylu. Nadal gramy z taką samą zajadłością, tylko że teraz nie walczymy o każdy centymetr kwadratowy boiska, tylko o punkty, które liczą się w tabeli. Tamci chłopcy walczyli z losem, dzisiejszy zespół walczy o marzenia — i obie drużyny, w swoim czasie, miały tyle samo serca, co my mamy teraz na trybunach.
Jak ktoś mi powie, że to nie jest to samo, to ja mu pokażę stare zdjęcia z trybuny, gdzie trzymam w ręku plastikowy kubek z herbatą tak mocną, że można by nim wbijac gwoździe — bo wtedy naprawdę czuło się, że futbol to nie gra, tylko coś, co rośnie razem z tobą, raz brudne, raz czyste, ale zawsze nasze.
Ej, aleście teraz takimi sentymentalnymi latoroślami, że zaraz zaczniecie opowiadać bajki o tym, jak to kiedyś wałęsaliście się po błocie z kijem golfowym i wam się wydawało, że to mistrzostwo świata – no ale serio, chłopaki, nie przesadzajmy z tym romantyzmem. Ja pamiętam ten awans z 2018 jakby to było wczoraj, bo akurat stałem przy tym nowym ogrodzeniu, które Ledóchowski w cudach pospawać kazał, a tu nagle wszyscy biegacie po trybunie jak oszalałe, beczki się przewracają, a jeden z kibiców zrzuca kurtkę, że niby "na braterską chwilę", tylko że ta kurtka cuchnęła przez tydzień na całą aleję Nafty. I co z tego? Przecież dalej na tym boisku nie było nawet dobrego oświetlenia, nie mówiąc o tym, żeby ktoś wiedział, gdzie jest szatnia gości.
A dzisiaj? Stadion fajny, no dobra, ale niech ktoś spróbuje tam przyjechać z Radomia czy Ostrowca Świętokrzyskiego i zobaczy, że hala sportowa to jedna wielka klimatyzowana komora, w której można się utopić w własnym potu, jakby ktoś postanowił, że kibic musi oddychać przez filtr HEPA. Boicie się, że ktoś powiedział "zbyt nowocześnie"? Ja nie. Ale pamiętam, jak nasz były prezes wrzeszczał na zebraniu: "Musimy się dostosować, bo inaczej nas zjedzą!" – a ja sobie myślałem: no właśnie, dostosowaliście się aż za bardzo. Tamci faceci w błocie walczyli o punkty, bo była stawka, emocje, nienawiść do przegranej. Teraz? Patrzę na te trybuny, na te koszulki z nadrukiem "III liga – awans", a przecież grają w II lidze, w pandemii bywało, że na meczu było więcej dziennikarzy niż kibiców, i co? Mamy odnieść się do siebie z takim samym szacunkiem jak do Lecha czy Legii? Proszę bardzo, niech nas dotrzymują kroku, ale żeby naprawdę – a nie że my im jesteśmy wdzięczni, że nas zaprosili na jakiś tam niedzielny mecz o wpół do szóstej wieczorem.
I jeszcze jedno – no nie złośćcie się, ale ta wasza nostalgia to czasem trochę bujdy. Kto wam mówił, że na starym stadionie atmosfera była jak w finale mistrzostw świata? Kibice piją piwo z papierowych kubków, które służba porządkowa serwuje jak na wycieczce do fabryki, a jak ktoś wrzuci papierosa między trybuny, to słychać, jak któryś z ochroniarzy gwiżdże na gwizdku – ale nikt nie pamięta, że pół godziny później ten sam kibic wymiotował na schodach, bo mu się wódka skojarzyła z tym kiełbasianym kebabem z budki. A dzisiaj? Możesz bezproblemowo usiąść na trybunie i nikt cię nie popchnie, nie poleje piwem przypadkiem, no i – co najważniejsze – jak boisz się, że przegrasz, to masz dokąd uciec, zamiast walczyć do samego końca, bo boisko zalane jest do kostek i sędzia chciał już dawno gwizdać koniec.
No ale co tam – jeśli komuś się wydaje, że nostalgią da się wygrać mistrzostwo kraju, to proszę bardzo, niech sobie dalej nosi te stare koszulki z 2010 roku. Ja wolę patrzeć, jak mój syn wchodzi na te nowe trybuny i widzi boisko, które nie wygląda, jakby ktoś je wydeptał butami bezszwówkami. Choć… muszę przyznać, że jak ostatnio byłem na meczu i zobaczyłem tę nową trybunę zadaszoną, to aż mnie zatkało – bo po raz pierwszy w życiu nie musiałem sprawdzać prognozy pogody, żeby wiedzieć, czy wezmę parasol. No i cóż… może jednak coś się zmieniło na lepsze. Ale niech nikt nie mówi, że to samo co dawniej. Bo to nie to samo, tylko po prostu fajnie, że nie śmierdzi już benzyną.
xG > emocje.
Ej, chłopaki, ale jesteście sentymentalni, że aż wam krew uderzyła do głów — no ale dobra, zaraz doleję oliwy do ognia swoim spostrzeżeniem, bo to akurat widziałem na własne oczy i do dzisiaj mnie to śmieszy!
Pamiętam ten awansowy mecz z tymi cholernymi "Zielonymi" z Zabrza, no, ale nie o meczu mowa, tylko o jednym facecie, co tak się wnerwiał jakby mu ktoś ukradł motor, że zrzucił swoją koszulkę "Norwid" z 2014 roku prosto na trawę przed trybuną gości — a tam akurat leżał jakiś dziennikarz z kamerą i pomyślałem, że za chwilę cały świat zobaczy, jak nasz kibic manifestuje swoje uczucia w stylu "byle nie dla wroga" 😂⚫🔥
I wiecie co? Ten sam facet pół godziny później stał już w rzędzie z kubkami na piwo, rozdawał je jakby nie było dzisiaj mistrzostw świata, a na jego koszulce pojawił się napis "PRZEPRASAM ZA WYBUCH" — no kurde, taka nasza pogoda, raz ogień, raz sarkazm, ale zawsze razem! 💪🔴
W radości i smutku, do końca z nimi.
Ej, a pamiętacie jeszcze tamtego sezonu jakby to było wczoraj? Siedzieliśmy na tej starej ławce, co piszczała jakby ktoś kaleczył żyletką w filharmonii, a na trybunie wisiał taki jeden facet z transparentem "Norwid – mistrz błota i romantyzmu" i akurat jak padł gol, to ten transparent poleciał prosto na rozpalonego kibica po drugiej stronie, który wylewał herbatę z kubka o mocy szesnastu procent i myślał, że to jakaś gratka 😂🔥
A ten facet tylko stał, otrzepał się i krzyknął: "Ej, luzie, to moja ulubiona herbata na 90 minut!" – no i nie dość, że kubek przeżył, to jeszcze wszyscyśmy się dogadali, że następny mecz będzie z transparentem "Kubek w ręku, serce w Norwidzie" – i teraz już wiecie, czemu awansowaliśmy, bo jakbyśmy nie mieli humoru, toby nam się nie udało 💪⚫🔴
Memy to też analiza.