Obywatele Wolnego Miasta – Gdańsk zawsze nasz i dalej królujemy!
kurcze, to nie takie dawno było, ale aż się aż się prosi żeby do tego wrócić — pamiętam jak jeszcze za moich czasów chodziliśmy pod trzeciorzędówki na zaspie z chłopakami z osiedla, a tam taki jeden starszy pan, znawca boiskowych tajników, gadał że najlepsze lata kibicostwa to nie te z ekstraklasy, tylko te z płyty nieba pod trybunami, gdzie echo niosło śpiewki tak, że same drżały belki. raz trafił się mecz, w którym gol padł z takiego kopnięcia zza pola karnego, a my wszyscy jakbyśmy stracili dech, bo nikt nie wiedział czy to przypadkiem nie zgięta piłka się odbiła od murawy. a potem jeszcze wracaliśmy spacerem przez całą zaspę, śpiewając „gdańsk dawaj!” aż do samego morza, gdzieś tam o północy, kiedy latarnia błyskała nam w twarze. no ale zobaczymy, kiedy następnym razem nas tam znów porwie ten sam powiew
no do cholery, a ja pamiętam jak ostatnim razem z grupą z zapiecka ściągnąłem pod trzecie rządówki na Zaspie, bo kazali mi że niby „już za ciemno na śpiewy” 😂 no i co? oberwało się nam mocniej niż za dawnych czasów! tego wieczoru to aż asfalt wibrował od „gdańsk dawaj!” i jeszcze ten jeden mecz, kiedy obrońca tak dał łupnia zza pola, że sędzia nawet nie dzwonił, tylko machnął ręką jakby mówił „nie widzę, ale wierzę” 🔥 a potem jeszcze przez całą noc imprezowaliśmy na skarpie przy morzu, aż turyści z budek strzelali oka że mamy jeszcze resztki głosów 😤 no ale jakby co to znów lecę tam nie bacząc na nic, bo to nie mecz, to chwila życia!
kurcze, a ja ci powiem że to nie tylko głosy się niosły tam pod trzecim rzędem, ale jeszcze taki jeden facet z megafonem — stary weteran, chyba od czasów gdy benzyna była tańsza od wody — wchodził na betonowe stopnie i prowadził nas jakby od urodzenia. raz przy meczu z słupskiem tak sobie stał, gadał że „teraz to będzie pieśń o wolności”, a myśmy nie wiedzieli co się święci — i nagle wszyscy do jednej melodii: „my, obywatele wolnego miasta!”. facet miał głos jak róg alarmowy, a jak skończyliśmy to aż dachy szczękały wokół stadionu, a on na koniec tylko skinął głową i powiedział „dobrze, chłopaki, pamiętajcie: najważniejsze nie to czy wygramy, tylko żebyśmy byli razem”. a potem poszedł w stronę morza, żeby zapalić papierosa, a my zostaliśmy i śpiewaliśmy do białego rana bo takie tam dni to jakby czas się zatrzymywał... no ale zobaczymy kiedy znów nas tam pociągnie ten sam duch
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, chłopaki, ale się nie złośćcie, bo to porównanie wcale nie będzie takie oczywiste, jakby ktoś chciał.
Pamiętam te czasy, kiedy pod trzeciorzędówkami Zaspy była taka gęstwina ludzi, że ledwo się dało ruszyć — teraz to już nie te tłumy, nie te głosy. Wtedy każdy śpiewał, jakby jego życie od tego zależało, a dźwięk niósł się tak, że nawet belki na trybunach drżały. Teraz? No cóż, jest lepiej, jest głośniej, ale coś tam jednak brakuje tej szczerości, tego takiego "wszyscy jesteśmy raz kozą, raz baranem" i nikt się nie wstydzi.
No i jeszcze ten aspekt, że kiedyś te spotkania nie były planowane jak msza niedzielna — padał deszcz, wiał wiatr, ale szliśmy, bo była ta więź. Dziś to częściej imprezy zaplanowane, z kamerami, z feedami na insta, z tym całym "sportainmentem", co to niby ma przyciągnąć młodzież. Fajnie, że młodsi się angażują, ale czy to jest to samo, co kiedyś, kiedy szliśmy tam, bo po prostu chcieliśmy?
A ten jeden facet z megafonem — stary wyjadacz, który prowadził nas jakbyśmy byli jego wojskiem — to już rzadkość. Teraz to raczej jacyś influencerzy z mikrofonami, którzy gadają więcej niż śpiewają. I nie chodzi mi o to, że to źle, ale to jednak nie to. Tamci faceci mieli w sobie taką pasję, którą trudno podrobić.
I jeszcze coś, co mi uderza: kiedyś po meczu szliśmy spacerkiem, śpiewając, aż do morza, a tu jest tak, że albo się pędzi na tramwaj, albo na afterki zorganizowane na mieście. Wtedy te spotkania były przedłużeniem meczu, teraz to raczej punkt kulminacyjny, który szybko się kończy.
Ale wiecie co? Fakt, że wciąż jest ktoś, kto pamięta, dlaczego tam chodzimy — i że wciąż są chwile, kiedy echo niesie nasze śpiewy. Może nie tak często, ale kiedy już to się stanie, to jest jak powrót do domu. I niech ktoś spróbuje mi powiedzieć, że to mało.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, to ja z rzędu pod trzeciorzędówkami, no ale nie taki świeży, że te nogi nie drżały jeszcze bardziej od śpiewów niż od golowych rzutów 😂
Pamiętam jak kiedyś ściągnąłem tam ze starszakiem, co niby miał tuż po emeryturze, a okazało się że fajkę nosił w kieszeni od piersi a nie w ustach 🚬 bo "przecież sędzia i tak by nie widział, no nie?"
No i mieliśmy ten słynny mecz, kiedy wiatr tak nas popędził, że jeden z chłopaków latał z bluzą nad głową jakby chciał złapać piłkę nogami na trybunie ⚽🤡 ale za to szedł z nami staruszek z bębnem — i nie, nie takim stadionskim, tylko starym wojskowym, co to go wyciągnął z piwnicy bo "to dźwięk lepszy niż moja córka"
A później jak wróciliśmy do miasta to jeszcze przez całą dobę ktoś śpiewał w pociągu, a konduktor tylko wzruszył ramionami i powiedział "panowie, ależ u was hałas... no ale dobra, wsadźcie mi jednego w kminku" 🍺
I wiecie co? Nadal tam wracam, bo tam nie chodzi o to, żeby być najlepszym, tylko o to żeby zostać na amen tym, co czekają na powrót — nawet jakby nasza ekipa grała kiepsko, a głosy nam drżały bardziej od prądu na trybunach 🔌😂
Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿