Norwid częstochowski — święte krowy w klinczu czy tylko widowisko bez strategii?
Toż to chyba tak jak z tą zupą pomidorową w szkolnej stołówce — raz gęsta, raz rzadka, ale bez względu na to, zawsze lądujesz z talerzem w ręku i myślisz: "no kurczę, ale pyszna albo cholera wie". Tylko że w naszym przypadku talerz to boisko, a zupa to taktyka. Patrząc na Norwida Częstochowa, mam wrażenie, że stoi na dwóch nogach: raz zachowuje się jak drużyna z klasą (3:0 z Gdańskiem, 3:1 z Gorzowem), a za chwilę rozlatuje się jak domek z kart (0:3 z Bełchatowem, 0:3 i 2:3 z Jastrzębskim).
Mecz z Jastrzębskim to jak podpucha, bo to ten sam rywal co trzy tygodnie temu — ale tym razem efekt totalny. Coś mi się tu nie składa, bo skoro 0:3 to nie wynik na luzie, to albo przeciwnik odrobił lekcje, albo Norwid wraca na boisko z zupełnie innym scenariuszem. A to drugie to byłoby dopiero widowisko — przegrać ze sobą samym po trzech tygodniach.
Pytanie tylko, na której nodze stoi częściej? Bo jakby spojrzeć na statystki, te wygrane przychodzą głównie przeciwko drużynom, które nie są w ogniu formy, a porażki to kopniaki od solidnych ekip. Może więc cała ich "strategia" toczy się wokół tego, żeby przypadkiem nie trafić na dzień, kiedy obudzą się z motywacją.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Kurczę, ale wy mieliście fajny moment z tą zupą — naprawdę trafnie porównaliście Norwida do jadłodajni z topornym menu. Ja tam widzę, że te wasze talerze to akurat nie są same przypadki losowe, tylko układanka z wyraźnymi luzami i blokami. Popatrzcie na ich mecze z rzędu: raz walą, raz lecą w dół. To nie jest przypadek, to system.
Weźcie ten ciąg porażek ze stabilnymi drużynami. 0:3 z Bełchatowem i dwa razy Jastrzębskim? To nie są przypadkowe kopniaki od przypadkowych chłopaków. Bełchatów w marcu to była ekipa, która miała w kalendarzu terminy wychodzenia z długu, a Jastrzębski przecież to taka maszyna, która wciska każdemu, kto im się trafi — a tu raptem trzy tygodnie różnicy. Co tu działa inaczej?
Słuchajcie, wyjdźmy od pressingiem. W tym 3:0 z Gdańskiem, co im wyszło, to nie była żadna magia — przeciwnik wyszedł z bardzo wolnym budowaniem, Norwid ich ciął na połowie przy pierwszej styczności piłką. Tyle że jak dostają się faceci z Bełchatowa, którzy wiedzą, że muszą walczyć o każdy centymetr, to Norwid zaczyna brnąć w pułapkę własnego pressingu. Oni na wyjściu grają agresywnie, ale kiedy przeciwnik umie odebrać im piłkę w ataku organizowanym — a Bełchatów i Jastrzębski to potrafią — to Norwid traci rytm. Ich skrzydłowcy tracą pozycję, a obrona ląduje pod presją, bo środkowi muszą dryblować przez pół boiska.
Teraz weźcie przejścia. Ich wygrane przychodzą albo na łyse kontry (Gorzów — trafiła się formacja Gorzowa, która nie broniła w ogóle na skrzydłach), albo na szybkie akcje po odbiorze od przeciwnika, który akurat nie nadążał (Gdańsk, który nie miał warunków do stabilnego budowania). Problem w tym, że jak dostają drużynę, która ma choćby 30% wolnego czasu na rozegranie, to Norwidowi brakuje pomysłu na ciągłość. Brak jednego stałego punktu — nie mają typowego rozgrywającego, który by trzymał tempo. Środkowa trójka gra chaotycznie, skrzydła tracą pion, a napastnik wisi w powietrzu, czekając na podanie.
Słaba strefa? Ich tył boiska. Obrońcy Norwida to nie są errorowi faceci, ale jak trafia im się drużyna z mocnym pressingiem na środku pola (jak Jastrzębski albo Bełchatów), to tracą balans. Ich obrońcy zaczynają cofać się zbyt mocno, linia obrony się rozciąga, a skrzydłowi nie mają szans na powrót do akcji. Przez to dostają w plecy proste podania od rozgrywających rywala — i tam zaczyna się lawina.
To nie jest kwestia klasy pojedynczych graczy. Oni mają fajnych chłopaków, ale system im nie pasuje. Jak im się trafi zespół, który umie odebrać im piłkę przy pierwszej styczności, to Norwid wpada w tryb "gonimy swój własny ogon". Ich taktyka opiera się na jednym elemencie — szybkiej kontrakcji — ale jak ten element zostaje zablokowany, to padają jak domek z kart.
I na koniec, ten cały szum wokół Jastrzębskiego vs Błacha... Toż to nie żaden finał, to po prostu dowód, że Norwid nie ma rozwiązania na drużynę, która potrafi ich zatrzymać. Błach to nie magik — to facet, który umie czytać grę i wykorzystuje luki Norwida. A oni co trzy tygodnie muszą wymyślać koło od nowa.
xG > emocje.
ej no i co wy takiego narzekacie na te "dwie nogi", kiedy widziałem już wszystko przez lata w jednym sezonie i drugie? toż to nie jest żadna tajemnica ani dramat — to normalna kolej rzeczy, jak słońce po deszczu albo jak ta moja stara pralka, co raz pierze jak należy, a raz jej ucieka wibracja do sufitu. patrzycie na cztery mecze i już chcecie pisać testament?
przede wszystkim: nie mówcie, że oni "rozlatują się jak domek z kart", bo to akurat przypomina mnie samego, kiedy biorę się za remont łazienki — raz fajka leci, raz kit się nie trzyma, a na koniec i tak działa, bo człowiek kombinuje na miejscu. tak jest i z Norwidem: jak im gra idzie, to idzie, a jak nie idzie, to kombinują, jak umieją.
weźcie ten ciąg porażek ze stabilnymi drużynami — no jasne, Bełchatów w marcu to była maszyna, która wiedziała, co robi, i jak ją nacisnąć, to dają wam 3:0. ale z drugiej strony: skoro 3:0 z Gdańskiem i 3:1 z Gorzowem im wyszło, to znaczy, że coś jednak umieją. tylko że wy chcecie, żeby była jakaś sztywna recepta na wszystko, a tak nie działa siatkówka, zwłaszcza na tym poziomie.
a ten pressing, co to niby ich gubi? toż oni mają w drużynie chłopaków, co potrafią zagrać pod presją — tylko że jak trafiają na drużynę, która umie ten pressing odbić, to muszą przestawić się na inną nutę. oni nie są futbolową Barceloną, żeby mieć rozwiązanie na każdy schemat. czasem trzeba po prostu zrobić krok w tył, zebrać się i pograć bardziej stabilnie — i wtedy znowu ładnie leci.
no i ten szum wokół Jastrzębskiego vs Błacha... tu też coś mi nie gra. przecież to nie żaden finał, tylko normalny mecz, gdzie jeden zespół okazuje się lepszy w danym dniu. Błach to nie czarodziej — to facet, który umie czytać sytuację, ale jak Norwid zagra inaczej, to i on dostanie w kość. nie ma co rozdmuchiwać jednego punktu, bo to się tak kręci jak moje auto na nierównej drodze.
a propos tych "świętych krów" — nie ma tu żadnych świętych krów, tylko zwykli chłopacy, co starają się grać jak najlepiej. jak im się nie idzie, to gadają między sobą, kombinują, a jak im wychodzi, to cieszą się jak dzieci. to nie jest żaden teatr, tylko prawdziwa siatkówka z plusami i minusami.
no ale zobaczymy
Ej no dobra, ale gdzie ten "system", co to niby ma działać jak w zegarku? Bo jak spojrzę na ich ciąg porażek z tymi samymi zespołami co trzy tygodnie temu, to widzę raczej problem z pamięcią niż z taktyką.
Ten wasz "pressing, co to niby ich niszczy" — fajnie, że w 3:0 z Gdańskiem im wyszło, bo przeciwnik się potknął. Ale czy naprawdę myślicie, że Bełchatów albo Jastrzębski nie umieją przeciwdziałać tej waszej ulubionej szybkiej kontrakcji? Przecież jak się ma tyle czasu na rozegranie, żeby znaleźć wolnego rozgrywającego, to nie masz wymówek — Norwid po prostu nie ma spójnego planu B. Aż dziw, że komuś w tej drużynie jeszcze nie wstyd.
I te przejścia — "wygrane na łyse kontry", serio? To ma być chluba? Że udaje im się czasem trafić na zespół, który nie potrafi obronić skrzydła? Trochę smutno, że jedynym mocnym punktem są przypadki, kiedy przeciwnik sobie samemu podcina nogi.
Macie tam chyba za dużo świętych krów, skoro po trzech tygodniach z tym samym rywalem idzie wam 0:3, a potem 2:3. Albo przeciwnik odrobił lekcje, albo Norwid wraca z miną "co my tu dzisiaj gramy". System? A może po prostu nie mają pomysłu na grę przeciw drużynom, które potrafią odebrać im piłkę bez histerii. No bo co z tego, że raz im wyjdzie, skoro w kolejnych meczach to samo cofnięcie wraca jak bumerang?
No i jeszcze te wasze dyskusje o Jastrzębskim vs Błacha — tak, Błach jest dobry, ale jak ktoś nie potrafi utrzymywać tempa przez 5 setów, to fakt, że raz oberwie, nie robi z niego magika. Tyle że wciąż nie wyjaśniacie, dlaczego w kolejnym meczu z tym samym zespołem tracą tę samą stronę boiska. Może to jednak nie szczęście, tylko brak elastyczności w ustawieniu. Ale co tam, pewnie jutro znów 3:0 i będziecie bić brawo za system.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
ej, a pamiętacie tego starego dobera z mojej brygady — tego, co woził fajkę dla wszystkich, kiedy jeszcze jeździłem na trasę wzdłuż polskiej granicy? ten facet zawsze mówił, że jak coś działa raz, to nie znaczy, że będzie działać za tydzień. i miał rację, bo pół roku później ta sama fala trafiła nas z innej strony i musiałem wymienić cztery opony naraz.
tu jest dokładnie tak samo z norwidem. oni mają jeden schemat, który raz działa, raz nie — i to nie jest żadna tajemnica, tylko efekt uboczny grania w lidze, gdzie każda drużyna przychodzi z innym pomysłem. weźcie ten mecz z jastrzębskim — pierwszy raz 0:3, drugi 2:3, a przecież to ten sam zespół. ja bym na ich miejscu zrobił tak: albo zmieniam ustawienie na bardziej stabilne, albo zaczynam kombinować z wolniejszym tempem, żeby przeciwnik nie mógł tak łatwo odebrać im piłki. ale oni? ciągle ten sam gonitwa, jakby chcieli udowodnić, że potrafią wygrać tylko na swojem.
i te ich "wygrane na kontry" — no jasne, fajnie, że raz trafi się drużyna, która zapomni o obronie na skrzydłach, ale co potem? jak trafiają na dobry dzień rywala, to lądują z 0:3 i już wszyscy krzyczą, że to święte krowy. a przecież ani klasa, ani strategia nie znikają w jeden wieczór — po prostu raz im nie wychodzi. to nie jest żadna rewolucja, tylko kolejny mecz.
a propos świętych krów — pamiętam czasy, kiedy o częstochowskich drużynach mówiło się "szybkie kontry i tyle", i jakoś żyły. teraz nagle wszyscy chcą mieć system jak w rezerwacie, tylko że siatkówka to nie zegarek szwajcarski, żeby działać zawsze. raz padnie, raz stanie — i tyle.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, no to teraz zobaczymy, jak Norwid radzi sobie z tymi dwoma typami rywali, bo przecież od nich zależy, czy to święte krowy, czy tylko widowisko z hukiem.
Zacznijmy od tego, przeciwko komu im naprawdę wychodzi: do drużyn, które same sobie pomagają tracić piłkę przy pierwszej styczności. Weźcie ten 3:0 z Gdańskiem — przeciwnik nie umiał zbudować akcji, Norwid od razu rzucił się do kontry i po kłopocie. Tak samo było z Gorzowem: przeciwnik nie bronił skrzydeł, więc Norwid miał otwarte połowy do kontrataków. To nie jest żadna magia, to po prostu fakt, że jak ktoś inny nie potrafi utrzymać piłki, to Norwid ma przestrzeń do zagrania. Tyle że takich zespołów w lidze nie ma aż tyle, zwłaszcza w Ekstraklasie.
Teraz drugie pudełko: przeciwko drużynom, które umieją odebrać im piłkę bez nerwów. Bełchatów w marcu to była maszyna do budowania akcji — nie dali Norwidowi ani sekundy luzu, od razu wycinali ich przy pierwszej styczności i Norwid wpadał w tryb "gonimy swoją obronę". Jastrzębski to samo robi, tyle że jeszcze szybciej: ci ludzie nie tylko odbierają piłkę, ale od razu organizują akcję, a Norwid nie ma na to odpowiedzi. Ich pressing nie działa, bo przeciwnik ma wolne nogi do rozegrania, a ich obrona nie nadąża. Wychodzi na to, że Norwid ma tylko jeden tryb: szybka kontrakcja — i jak ten tryb zostaje zablokowany, to padają jak domek z kart.
Warto jeszcze dodać, że te trzy tygodnie między meczami z Jastrzębskim to za mało, żeby zrobić coś więcej niż kombinacje na papierze. Oni grają w schemacie, który raz działa, raz nie — i póki nie wymyślą solidnego planu B (np. wolniejsze tempo gry albo większe skupienie na obronie), to dalej będą błądzić między świetnymi występami a totalnymi klapami. System? A może po prostu brak elastyczności i przyzwyczajenie do jednego schematu, który raz działa, raz nie.