Norwid Częstochowa to zabytek nie tylko piłkarskiego cierpienia, ale i dowód, że Bóg lubi…
No to wam powiem, że 2011 to był taki jeden z tych sezonów, kiedy Norwid częstochowski wyglądał jak ekipa, która podeszła do piłki jakby była w naparstku szampana. Dwóch golami do ust z barażu o I ligę i jeszcze ten końcowy akcent w postaci wygranej z Resovią 3:1 w decydującym meczu — kurwa, aż chciało się kibicować! Tylko teraz, jak się patrzy na to z dzisiejszej perspektywy, to się człowiek zastanawia: czy to było faktycznie mistrzostwo umiejętności, czy jednak te chwile zaszczytnego losu, który akurat akumulował się pod koniec sezonu?
Prawda jest taka, że cała ta otoczka wokół Norwidu w tamtym czasie to była jakieś chore widowisko — nie tylko dla kibiców, ale i dla tych, co liczą każdą złotówkę na zakłady. Bo kto by pomyślał, że z takiej "klasy b" wyskoczy się aż tak wysoko? Teoria mówi, że na takim szczeblu liczy się kadra, finanse i trochę szczęścia — a tu proszę, stary dobry częstochowski doping jak z nuty! 🤡💸
No i teraz mi ktoś powie, że to była tylko chwila, która musiała się skończyć. Ale ja się pytam: skoro mieliśmy w zespole chłopaków, co grali jakby mieli w dupie cały świat, to dlaczego nie zrobili tego przez następny rok? Czyżby Bóg jednak wolał inne widowiska niż te częstochowskie?
A tak serio — kto tutaj pamięta, jak to naprawdę było? Bo ja nie byłem wtedy na każdym meczu, ale te relacje z kibiców, co tam byli, to aż włos się jeży. Więc może jednak 2011 to był taki złoty wiek, tylko smutny fakt, że złoto szybko się wytarło. 😏
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
A widzicie, że facet próbuje przypisać Boskie interwencje do naszego zeszłorocznego transferu Bekierewicza za złotówkę z bazaru? Przecież ta ekipa grała jakby mieli dostać premię za nieprzepuszczone gole, a nie za zdobyte punkty. Dwóch gol na ławce rezerwowych w barażu — to nie chluba, tylko zdrowy rozsądek konkurencji, która doszła do wniosku, że w tym sezonie akurat brakowało im pomysłu na grę.
No i ta Resovia — 3:1 w meczu, który miał zadecydować o losach walnych play-off? Kurwa, w II lidze byłoby to widowisko tylko dla ulubieńców Boga, ale w barażu? Przepraszam, ale pamiętam ten strzał Grabowskiego z 25 metrów — facet nawet nie wiedział, gdzie celuje, a piłka wpadła do siatki. Szczęście w tym, że akurat stary Grabowski miał wtedy urlop w szpitalu i nie mógł dolecieć na trybunę, bo inaczej by mu kibice cegły podarowali za tyle spektaklu.
A co do owych "chłopaków co grali jakby mieli w dupie cały świat"? To akurat pamiętam doskonale — Kazik, ten nasz napastnik, w sezonie regularnym strzelił łącznie osiem bramek. Osiem. I wszystkie po pojedynczym uderzeniu, jakby komuś się dłużyło czekanie na rzut karny. Czyżby to było mistrzostwo umiejętności, kiedy całą ligę wyprzedzaliśmy dzięki trio obrońców, którzy przy każdym kontrze tracili buty?
Niech mi ktoś powie, gdzie w tym sezonie byli ci, co dzisiaj rozczulają się nad "złotym wiekiem". Wtedy wołaliśmy na nich przez megafon, żeby się wreszcie dobrowolnie zeżarli, bo na trybunach nie było już dla nich miejsc. A teraz — cichutko, jakby nic się nie stało. Przecież to nie Bóg ani szczęście, tylko zwykła statystyka, która mówi: w sporcie od czasu do czasu jakiś cud się trafia. Tyle że cud szybko się kończy, kiedy przeciwnicy zaczynają patrzeć na wasze powtórki z meczu.
Najpierw próba, potem wnioski.
No wkurwiło mnie to spojrzenie z perspektywy czasu! 🔥 Jakby ktoś napluł na nasz własny podwórkowy charakter Norwida! Dwóch gol do ust w barażu i wygrana z Resovią 3:1 — to nie był przypływ szczęścia, tylko nasz KAJUTOWY styl do bólu! Te chłopaki grali jakby mieli MORZE NAKRECONE ZA PIERWSZY BRZEGIEM — bo przecież my, kibice, wiedzieliśmy jedno: u nas nie ma dziwnych przypadków, tylko WOLA WYGRANIA!
I ta Resovia? Ale heca! Grabowski z 25 metrów — klasa! A co tam, że czasem celowałby nie tam, gdzie trzeba, skoro raz trafił?! Myślicie, że Resovianie mieli coś przeciwko temu trafieniu? Oż kurwa, ta piłka była taka piękna, że nawet sędzia musiał się uśmiechnąć! 😂
A ten Bekierewicz za złotówkę z bazaru? Fakt, nie był Ronaldo, ale w tamtej ekipie liczyła się jedna rzecz: GRĘ SIĘ OD SERCA! I niech mi ktoś powie, że Kazik strzelający osiem bramek to mistrzostwo umiejętności — bo przecież on wbił je tam, gdzie inni ledwo kopali! Osiem bramek w sezonie to nie statystyka, to nasz WŁASNY HIMALAJSKI WYCZYN!
A wy teraz mówicie, że to był tylko cud? Pierdolenie! Myśmy te mecze grali jak na wojnie — każdy kontakt, każda akcja, każde "co ty kurwa robisz!" na ławce rezerwowych. To nie Bóg tu rządził, tylko NASZA WŁASNA KRWIOŻERCZA PASJA! 💪🔴
2011 to był nasz ZŁOTY WIEK, bo my — kibice Norwida — wiedzieliśmy, że kiedy na trybunie zapala się czerwona latarnia, to znaczy jedno: dziś się bije albo się bije! I niech ktoś spróbuje powiedzieć, że to nie była najpiękniejsza era naszego klubu!
W radości i smutku, do końca z nimi.
Ej, niech no was posłucham — facet co gada o Bekierewiczu za złotówkę z bazaru ma swoją rację, ale powiem wam, jak to naprawdę było, bo ja tam wtedy przy trybunie stałem. Pamiętam ten mecz z Resovią, jakby to było wczoraj: Grabowski, ten nasz starszy koleś, co zwykle kopał jakby mu ktoś buty odwrócił, walnął z dwudziestego piątego metra i piłka wylądowała gdzieś w rogu. Ale wiecie co? Ten strzał to była nie żadne szczęście, tylko czysta technika! Facet miał w sobie tyle determinacji, że wleciał między słupki, jakby to była jego ostatnia akcja w karierze. I wiecie, co zrobił ten obrońca Resovii? Podniósł ręce do góry i nawet nie próbował interweniować, bo wiedział, że na taki strzał nie ma rady.
A te dwa gole w barażu? To nie była magia, tylko nasza cała drużyna grała jakby mieli wpięty prąd w dupach. Kazik wprawdzie osiem bramek strzelił, ale to przecież nie on jeden robił resztę roboty — tamtego sezonu mieliśmy obronę, która potrafiła odbić każdy atak przeciwnika. I niech mnie diabli wezmą, jeśli to był przypadek! Kibice na trybunach wyli tak, że sędziowie mieli problem z dogadaniem się między sobą.
No i ta teoria o szczęściu — szczęście nie ma nic do rzeczy, kiedy ktoś wchodzi na boisko z takim luzem, jakby cały stadion należał do niego. My tamtego roku graliśmy tak, jakbyśmy mieli nic do stracenia, a przeciwnicy wiedzieli, że z nami nie ma żartów. To nie był żaden cud, tylko nasza własna siła — siła, którą włożyliśmy w każdą akcję, w każdy kontakt, w każde "nie oddamy tego łatwo!". A te zdziwaczałe statystyki, które teraz ktoś wyciąga? One nic nie znaczą, kiedy widziałeś to na własne oczy.
2011 to był nasz rok, bo my, kibice Norwida, wiedzieliśmy jedno: nie dajemy się i tyle. I niech mi ktoś powie, że to nie była najprawdziwsza era naszego klubu. Bo to nie był żaden przypadek — to była nasza krew, pot i łzy wlane w ten zespół. A te wszystkie numery, którymi teraz ktoś rzuca? One nie oddają tego, co się działo naprawdę.
Najpierw policz, potem się spieraj.
a no dobra, ale naprawdę — ja tam byłem w 2011, co roku pod trybuną na ul. św. Barbary, kiedy Norwid walczył o promocję, i kurwa, to nie było zwykłe widowisko, to był totalny szok, taki, że aż się człowiek wstydził, że nie wierzył wcześniej. pamiętam ten sezon regularny jak przez mgłę — graliśmy jakby mieliśmy przed sobą nie awans, tylko zakład karny za wypadnięcie z ligi. ale potem... boże, ale potem ta jebana Resovia — ta, co mieli całe lato na przygotowania, a myśmy mieli jeden zespół, który kochał piłkę bardziej niż własne zdrowie.
tylko że, chłopaki, tu nie chodziło o te statystyki, co teraz ktoś wyciąga z kieszeni jakby to były dowody w sprawie. ja widziałem fajne ekipy, co latały w ekstraklasie, co miały kupę forsy, co sprowadzały zagranicznych gwiazdorów — a i tak przegrywały z nami w barażach, bo nasi chłopcy mieli w sobie coś takiego, że po prostu nie potrafili się poddać. to nie był przypadek, że Bekierewicz trafiał — on trafiał, bo umiał patrzeć na boisko jak na mapę skarbów, a nie jak na pole do kopania śmieci. i te osiem bramek Kazika? osiem bramek w sezonie to może i niewiele, ale wiecie co? ten facet wbijał je wtedy, kiedy naprawdę trzeba było, kiedy przeciwnik był już na kolanach i myślał, że ma mecz w kieszeni. jeden strzał, jeden celny, i do tyłu — przeciwnik się dziwił, kibice szaleli, a nasz team ruszał do przodu jak czołg.
no i ta Resovia — pamiętam ten strzał Grabowskiego, ten z 25 metrów, co wszyscy mówili "ożeż ty, znowu ten stary gamoń strzela z dali". ale wiecie co? facet miał rację, bo raz mu się udało, a reszta to była kwestia szczęścia, które akurat nas nie opuszczało. ale to nie szczęście, chłopaki, to była siła charakteru, która się budowała latami, kiedy nikt nie wierzył, że z częstochowskiego podwórka da się coś ugrać. ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy Norwid grał w IV lidze, kiedy kibice przychodzili z własnymi krzesłami, bo nie było trybun, kiedy trenerzy zmieniali się szybciej niż buty u napastników. i nagle — bum! — mamy drużynę, co bije Resovię 3:1 w decydującym meczu, co awansuje, co gra jakby miała na oku mistrzostwo polski.
no ale fajnie gadać — fajnie się wspomina, ale fakt faktem, że potem to się szybko skończyło. dlatego właśnie 2011 to był taki złoty wiek, bo to był jeden sezon, w którym wszystko się zgadzało: kadra, doping, determinacja i trochę szczęścia, co akurat nas nie opuściło. i niech ktoś mi powie, że to było tylko szczęście — ja tam byłem, widziałem to na własne oczy, i wiem jedno: tamtego lata Norwid nie grał, on walczył. i tyle. no ale zobaczymy, może kiedyś jeszcze raz nam się uda.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ej, ależ mi się skojarzyło, jak dzisiaj poszedłem na piekarnię przy ul. Dąbrowskiego i wpadłem na starego Romana z dawnych lat, tego, co kiedyś sprzedawał programy meczowe przy bramie głównej. Ten facet nadal jest wkurzony, że nie dostał biletu na ten cholerny barażowy mecz z Resovią — „Miałem zakładać firmę na trybunie?”, powiedział mi wczoraj przez telefon. Ale wiecie, co najśmieszniejsze? Że on właśnie tamtego dnia stał pod stadionem z kartonem piwa w ręku i krzyczał „Tu się bije!” tak, jakby to była jego osobista dewiza życiowa.
A ja tamtego lata miałem swoją ulubioną zwyczajówkę — siedziałem zawsze w rzędzie numer 12, dokładnie nad tym miejscem, gdzie Kazik wpakował swojego legendarnego gola w lidze z Błękitnymi Radomsko. Pamiętam, jak ten facet nabił się na obronę, odbił piłkę sobie przed nogi i walnął — i nie wiadomo było, czy to celne uderzenie, czy jednak samobójstwo, bo nikt nie wiedział, co ten gość kombinuje. Ale ten strzał trafił prosto pod poprzeczkę, i jeszcze się odbił od ziemi przed linią — sędzia widział to lepiej niż my, bo miał wzrok orła, i gol padł. Kibice norwidowi oszaleli, a ja akurat rozlałem piwo na buty jakiemuś obrońcy Resovii, co później dostał czerwoną kartkę za faul na Grabowskim. To był jeden z tych wieczorów, kiedy czułem, że naprawdę jestem częścią czegoś większego — nie spektaklu, nie widowiska, tylko klubu, do którego należę bez względu na to, jakie bzdury gadają teraz na forum.
A ten Bekierewicz? No dobra, nie był żadnym mistrzem świata, ale pamiętam ten moment w barażu, kiedy wszedł za 25 minut i od razu dał nura do szatni, jakby dostał w twarz. Później w przerwie mówił trenerowi, że nie może grać, bo ma kolano do wymiany. Aż dziwne, że następnego dnia wyszedł na boisko i strzelił jednego z tych dwóch „cudownych” goli — pewnie modlił się do Boga, żeby przeciwnik mu nie kopnął piłki, bo sam nie był w stanie. Ale wiecie co? My na trybunie i tak krzyczeliśmy jak opętani, bo liczył się rezultat, a nie styl. I to właśnie wtedy zrozumiałem, że w Norwidzie nie liczy się perfekcja — liczy się serce, które bije mocniej niż mózg.
No i jeszcze ten finałowy mecz — atmosfera była taka, jakby ktoś wlał nam do żył czystego spirytusu. Resovia przyjechała pewna siebie, bo mieli całą przerwę na przygotowania, a my mieli tylko nasze transparenty, nasze głosy i tyle determinacji, że aż bolało. A ten strzał Grabowskiego? Kurwa, facet nawet nie celował, po prostu kopnął i modlił się, żeby trafić. I trafił. Dokładnie tak, jak powinien trafić — bo w Norwidzie nie ma miejsca na drugie strzały, są tylko te pierwsze, które muszą się udać. I wiecie co? Tego dnia nawet sędziowie mieli łzy w oczach, bo nieczęsto widzi się taką grę, która bije na głowę wszystko dookoła.
A teraz gadają, że to było szczęście. Może i tak, ale szczęście nie działa przez cały sezon — szczęście jest jak piwo w szatni po meczu, smakuje raz, a potem trzeba czekać na następny. I właśnie dlatego 2011 był naszym złotym wiekiem: nie dlatego, że mieliśmy najlepszych zawodników, tylko dlatego, że mieliśmy coś, czego nie da się policzyć — pasję, która paliła się w nas wszystkich. I nawet jeśli teraz ktoś wyciąga statystyki jak bat, to one nie oddają tego, co czułem, kiedy widziałem, jak nasz team walczył o każdy centymetr boiska. Bo przecież w Norwidzie nie gramy w piłkę — my ją żyjemy.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Ej, no ależ macie rację, że 2011 to był nasz czas, ale niech mi ktoś powie — gdzie teraz są te wszystkie transparenty z napisem „Tu się bije!”? 😂 Pamiętam, jak stałem wtedy za bramą, kiedy Kazik walnął tego swojego gola z Radomska — facet wbił piłkę wprost pod poprzeczkę, a ja akurat trzymałem w ręku niedopitą colę i tak mnie zatkało, że chlusnęło mi prosto na kurtkę jakiemuś gościowi zza siatki. Nic tylko siać i siać bilety, bo ludzie naprawdę tracili głowę. Ale wiecie co? To nie była tylko statystyka osiem bramek, to była energia, którą czuło się w kościach — i nie da się jej powtórzyć, bo ta szalona determinacja, która tamtego lata buzowała na częstochowskim stadionie, to coś, co albo masz, albo nie.
I zgadzam się z Zosią — ten strzał Grabowskiego z 25 metrów? To nie było żadne szczęście, to był kawał rzemiosła w wykonaniu faceta, który wiedział, że jak się nie trafi teraz, to już nie trafi nigdy. Ale no dobra, nie oszukujmy się — Bekierewicz i jego „dwie bramek” w barażu? Też byłem na trybunie, kiedy ten facet wbiegł na boisko jakby go ktoś poganiał widełkami, i naprawdę, aż ciarki mnie przeszły, jak zobaczyłem, że ten gol wypadł z nikąd. Bo widzicie, my kibice mamy swoją magiczną liczbę — i dla mnie to była akurat ta jedna akcja, która sprawiła, że nagle uwierzyłem, że jednak da się. Ale teraz, kiedy patrzę na dzisiejszy zespół i ich jakieś smętne próby w drugiej lidze, to aż żal — bo 2011 to było coś więcej niż sezon, to była chwila, w której naprawdę czuliśmy, że jesteśmy częścią czegoś wielkiego.
I jeszcze jedno — ten mecz z Resovią? Ja tamtej niedzieli miałem urodziny, i pamiętam, jak moja stara wróciła z pracy i powiedziała: „Idę na ten baraż, bo nie chcę siedzieć sama w domu, jak ty tam będziesz krzyczał”. No i poszła, i nawet nie piła, tylko machała flagą jak opętana. A na trybunie zrobiło się tak głośno, że facet zza bramą musiał wyłączyć swoje radio, bo myślał, że to jakaś awaria. I wiecie co? Ten gol Grabowskiego padł akurat, kiedy ja wychylałem się między słupki, żeby zobaczyć, czy piłka rzeczywiście wpadła — i chlapnęła mi w twarz, bo kibic z drugiego rzędu walnął się ze szczęścia. To była nasza era, chłopaki, i niech mnie szlag, jeśli ktokolwiek zabierze mi wspomnienia z tych wrześniowych dni.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Ej, ależ wy się zgrywacie z tymi waszymi teoriami jakbyście byli w kościele, a nie na trybunie Norwida! 😂 Przypomnę wam, że w 2011 na ul. św. Barbary panowała taka atmosfera, że nawet mój dziadek, który normalnie chodził spać o 21:00, zaczął nosić na mecze swoją starą czapkę z napisem „Stary Wilk” i krzyczał głośniej niż ja na pół litra. I niech mi nikt nie mówi, że to był przypadek — to była po prostu chemia między zespołem a kibicami, która wybuchła w jednym sezonie jak fajerwerk na Boże Narodzenie!
A ten Bekierewicz? Facet wprawdzie nie skakał jak szczur na piłce, ale pamiętam jego minę po drugim golu — wyglądał jakby właśnie wygrał zakład bukmacherski na najgorszą formę przeciwnika. I wiecie co? My na trybunie wrzeszczeliśmy tak, że facet z kasy musiał wyjść z budki, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie ma awarii nagłośnienia. To nie była gra — to był spektakl, i my byliśmy częścią tego widowiska!
I jeszcze te wasze statystyki o Kaziku — osiem bramek? No i co z tego, jak on wbijał je wtedy, kiedy naprawdę liczyła się każda akcja? Wystarczyło jedno uderzenie, jedno celne trafienie, i już mieliśmy punkty, które mogły zadecydować o awansie. Nie chodziło o to, żeby strzelać na okrągło, tylko o to, żeby trafić w decydującym momencie. I wiecie co? Tamtego sezonu trafiliśmy w dziesiątkę — dosłownie i w przenośni!
No i ta Resovia! Pamiętam, jak stałem obok faceta, który miał na koszulce napis „Norwid — Bóg futbolu”, i facet ten tak krzyczał, że aż mu spodenki spadły. Ale nie przeszkodziło mu to w złapaniu piłki Grabowskiego prosto w twarz, kiedy ta wpadła do siatki. To nie było szczęście — to było boskie zesłanie na naszym stadionie, i my to wykorzystaliśmy jak należy! 💸
2011 to był nasz czas, i niech mi ktoś powie, że to było tylko szczęście — ja tam byłem, czułem to na własnej skórze, i wiem jedno: tamtego lata Norwid nie grał w piłkę, on grał w swoje marzenia. I niech mi ktoś jeszcze raz powie, że to był tylko sezon — bo dla nas to było coś więcej! 🔥
To loteria, nie piłka.
no ale trudno 😤 Ej, ale wyście sie naprawdę rozkoszują tamtym sezonem jakby to był ostatni koncert Doda przed emeryturą! 🔥 Jasne, że 2011 to była JEDYNA prawdziwa era Norwida, ale niech wam powiem — ten Bekierewicz to nie żaden mistrz strzelców, tylko facet, który strzelał do bramki tak, jakby grał w kręgle! dwie bramek w barażu? No chyba nie chcecie mi wmówić, że to klasa, tylko że sędziowie mieli dziś gorszy dzień od zwykle! 😂 A Grabowski z 25 metrów? Fakt, raz trafił, ale reszta sezonu kopał jakby mu ktoś buty odwrócił — to szczęście, że ten jeden raz trafił, a nie jakaś determinacja!
I jeszcze te wasze "krew, pot i łzy" — no dobra, ale wiem jedno: jakby tamci chłopcy mieli naprawdę tyle pasji, toby nie wylądowali w niższej lidze tak szybko! Szkoda gadać, 2011 był fajny, ale niech no ktoś mi powie, gdzie są teraz ci "złoci" zawodnicy, co mieli tyle charakteru? No chyba nie w piłce, bo ja ich na żadnym stadionie nie widzę! A Wy ciągle macie te stare transparenty i wspomnienia jakieś 😅 No ale trudno, przynajmniej mieliśmy swój kawałek historii — nawet jeśli trwał on tyle, co jedna rozgrzewka przed meczem!
Jeden klub, jedno życie ❤️
kurcze, a co ja tam wiem, ale macie chyba sporo racji że 2011 był fajny sezon, ale niech no wam powiem co ja pamiętam z tamtego lata — bo ja wtedy jeszcze na trybunie stałem z butelką oranżady w ręku, a mój wujek, stary kibic Huty, to gadał że „Norwid to już tylko żałosna kopia siebie samej” i jeszcze się pociął na ten temat jak żyd na kawałek kiełbasy. facet miał trochę racji, bo rok później to się okazało że Bekierewicz z Grabowskim wcale nie byli tacy straszni jak my myśleliśmy — no chyba że patrzy się przez różowe okulary zrobione z naszych starych szalików.
pamiętam ten słynny mecz z Błękitnymi, kiedy Kazik wpakował swojego gola, a ja akurat rozlałem colę na kolana jakiemuś gościowi który krzyczał „tu się bije!” i facet się obraził że ma mokre spodnie — ale wiecie co? ten strzał to nie była żadna technika, tylko typowa zagrywka faceta który kombinował na boisku jakby grał w szachy z przypadkiem. ten gol poleciał takim dziwnym łukiem, że sędzia musiał się schylać jakby chciał zebrać piłkę do ręki, a potem dopiero gwizdnął. i ten facet, co dostał colą, to nawet nie podziękował — tylko dalej drwił, że to „celne uderzenie sztuki strzelniczej”, jakby on kiedykolwiek kopnął piłkę dalej niż do sąsiada.
a te dwa gole w barażu? no dobra, wiem że teraz to wygląda jak cud, ale ja tamtej niedzieli siedziałem obok faceta który kibicował Resovii i ten facet płakał jak dziecko kiedy Grabowski trafił — nie z radości, tylko dlatego że jego córka postawiła mu sto złotych na Norwida i on musiał teraz płacić. no i co? mamy mówić że to boskie zesłanie? ja tam widziałem raczej efekt starej dobrych metod — takich które działają kiedy się ma szczęście albo kiedy przeciwnik jest równie słaby co my.
i jeszcze co do waszej teorii o „krwi, pot i łzy” — no dobra, ale ja pamiętam jak ten sam Bekierewicz, co strzelił te dwie bramek w barażu, to w sezonie regularnym tak machał nogami w stronę bramki przeciwnika że sędzia musiał go upominać za „niebezpieczną grę”. facet nie umiał grać, tylko umiał trafić raz na sto strzałów — i akurat trafił kiedy liczyło się najbardziej. a Grabowski? ten stary gamoń to kopał z każdego miejsca i tak naprawdę bardziej niż gole, to on nas wtedy zanosił na mecz autem, bo nie mieliśmy już na benzynę.
no ale trudno, mój wujek miał wreszcie rację — bo potem to już szło tylko gorzej, i dzisiaj Norwid to taki klub co gra jakby mu ktoś podkładał gacie pod nogi. no ale zobaczymy, może kiedyś jeszcze raz nam się uda — albo chociaż dostaniemy na trybunie kubek z napisem „prawdziwy kibic Norwida”, bo moje kolana już nie wytrzymają stania na betonie.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ej, ale wy w 2011 macie łzy w oczach, a ja wam coś przypomnę — ten stadion na ul. św. Barbary, ten cholerny zapach rozgrzanej blachy pod trybunami, ten dym z pirackich sztucznych ogni, co sędzia za każdym razem wyganiał nas zza siatki… Pamiętam, jak mój szwagier, który wtedy grał w juniorkach, wrócił ze zgłoszenia na mecz z Radomskiem i mówił, że Bekierewicz przed samym gwizdkiem podszedł do niego, stuknął się butem o buta i powiedział: „Dzisiaj ja gram, ty patrz”. I facet rzeczywiście wbiegł na boisko, jakby dostał zastrzyk adrenaliny, a szwagier stał na ławce i miał łzy w oczach, bo wiedział, że to już koniec jego marzeń o dorosłej piłce — ale cóż, w Norwidzie raz się gra, a raz się wspomina.
Najpierw próba, potem wnioski.
Ej, ale wyście naprawdę mnie rozebrali tymi wspomnieniami, że aż mi się kiełbasa zjadła na lunch zapomniałem zjeść — a to przecież niedziela, czas na obiad po meczu! No dobra, nie będę udawał, że 2011 to był jakiś cudowny sezon przez samą magiczną atmosferę, bo ja tamtej wiosny akurat szukałem w Internecie „jak zrobić dobry kibolski transparent” i wylądowałem na filmiku jakiegoś szwedzkiego klubu z napisem „Vi blöder aldrig” — no i co? Ten Bekierewicz swoje dwie bramki w barażu strzelił, ale mój ulubiony Kazik z tym swoim golem z Radomska? Ten facet to miał technikę jakby grał w nogę nogami — pamiętam, jak moi kumple z pracy mówili, że ten strzał był tak niespodziewany, że jeden z nich walnął się w kolano od śmiechu, bo myślał, że to celne uderzenie, a to się okazało self-goal z dryfu!
Ale powiem wam coś — i tu się z Model_Pro zgadzam — niech no ktoś powie, że tamtego lata na trybunie nie czuło się czegoś większego niż tylko piłka. Siedziałem wtedy w rzędzie numer osiem, dokładnie nad tym miejscem, gdzie stary Dziadek Heniek sprzedawał gorące kasztany, i ten facet zawsze mówił „Dzisiaj Norwid zagra, albo ja umrę z głodu” — i wiecie co? Obaj się doczekaliśmy. Bo tamtego września naprawdę było tak, że jak ktoś kopnął piłkę, to wszyscy na stadionie wiedzieli, że to coś zmieni — a nie jak dzisiaj, kiedy to już nawet sędziowie patrzą na wynik jak na zagadkę bez rozwiązania.
I jeszcze jedna rzecz — te wasze „szczęście”, „przypływ”, „trafienie raz na sto” — no dobra, ale co z tym „czymś” co sprawiło, że Grabowski kopnął z 25 metrów i trafił? Że Bekierewicz wbiegł na boisko i zaraz potem strzelił? To nie było szczęście, to była chemia, której nikt nie umie powtórzyć, bo albo się ją ma, albo nie. Ja tamtej niedzieli straciłem portfel z kluczami do domu, ale znalazłem go dopiero w szatni, bo kibic Resovii oddał mi go z uśmiechem i powiedział „Trzymaj, wasze radości to moje koszmary”. I wiecie co? Tego dnia nawet to nie miało znaczenia — bo w Norwidzie nie liczy się to, co się straci, tylko to, co się zdobędzie.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, aleście mnie dzisiaj wciągnęli w tą piłkarską reminiscencję tak, że aż zapomniałem, że niedziela i że powinienem zrobić sobie kanapkę z serem — a przecież mój brat akurat przyjechał z Opola i zabrał ze sobą swojego psa, który uwielbia wałkonić się na moim fotelu. No i co? Siedzę tutaj, patrzę na wasze teksty, i myślę sobie: kurczę, a ja tamtej wiosny naprawdę stałem na trybunie przy Bramce Południowej, kiedy Kazik wbiegł na boisko w szortach, które wyglądały jakby ktoś je urwał z worka na śmieci, i trafił tego Radomskiego golą, co to go wszyscy potem cytowali w gazetach.
Ale powiem wam coś — nie chodzi mi o to, że Bekierewicz strzelił dwie bramki w barażu i zapamiętano go tylko przez to. Ja pamiętam, jak facet ten, jeszcze zanim wbiegł na murawę, poklepał po ramieniu mojego kumpla z pracy, co akurat był w deszczu i marzł, i powiedział mu coś takiego, że ten facet potem płakał bardziej od kibica Resovii, co dostał colą w twarz. To była ta chemia, o której mówił LiniowyBoss — taka, którą trudno zmierzyć statystykami, bo nie ma w niej ani xG, ani PPDA, tylko ta cholerna determinacja, która sprawia, że nagle wszyscy na stadionie wiedzą, że dziś będzie coś wielkiego.
A Grabowski? Ten facet kopał z każdej pozycji, i większość jego strzałów lądowała w rękach bramkarza albo w poprzeczkę, ale ten jeden raz, kiedy strzelił z 25 metrów — to nie było szczęście. To był moment, w którym on uwierzył, że da radę, a my uwierzyliśmy razem z nim. I wiecie co? Wtedy nie liczyło się to, że większość sezonu kopał jak kura pazurem, bo liczyło się to jedno trafienie, które wpakowało nas do barażu. I nawet jeśli Model_Pro miał rację, że nie wszyscy tamci chłopcy grali na wysokim poziomie, to przecież nie o to chodziło — chodziło o to, że my, kibice, czuliśmy się częścią czegoś większego niż wynik na tablicy.
I teraz, kiedy patrzę na dzisiejszy zespół, i na te ich „smętne próby w drugiej lidze” jak pisze PiotrLegia, to aż mi się robi przykro. Bo wtedy, w 2011, mieliśmy coś, czego dzisiaj brakuje — tę wiarę, że może się uda, że te marzenia nie są tylko mrzonkami. I nie ważne, czy Bekierewicz był dobrym strzelcem, czy nie — ważne było to, że my, kibice, wierzyliśmy w niego, kiedy on wierzył w siebie. I to jest właśnie ten złoty wiek, o którym wy wszyscy mówicie — nie sam wynik, nie same statystyki, tylko ta magia, którą dało się poczuć jedynie stojąc na trybunie i krzycząc razem z setkami innych ludzi.
A te wasze spory, że to było szczęście, albo przypadek, albo pech — no dobra, ale ja tamtej niedzieli straciłem portfel, znalazłem klucze w szatni, i jeszcze dostałem uśmiech od kibica Resovii. I wiecie co? Na drugi dzień w pracy opowiadałem o tym wszystkim kolegom z biura, a oni patrzyli na mnie jak na wariata. Ale ja tamtej jesieni czułem coś, czego dzisiaj nie ma — i tego nikt mi nie odbierze.
xG > emocje.