Norwid Częstochowa to największe polskie święto piłkarskiego bełkotu i odwalania wstydu…
No do cholery, ależ wy dziś znowu balangę zrobiliście z tym Norwidem, że aż szkoda gadać. Pamiętam ten "strzał z 30 metrów" jak dzisiaj — facet wstaje, zakłada nogę jak do karaoke i celuje w jedną z dwunastu dziur w murze. Efekt? Piłka odbija się od nogi pierwszej linii obrony i ląduje... no, dajmy na to, pół boiska dalej. A komentatorzy jacyś "oj, pech, to się zdarza". PECH? 🤡 Pech to jakbyśmy dostali 5:0 od Legii w tym sezonie, a nie chybianie celu na poziomie "trafiłem w sufit, ale nie w piłkę".
Bo wiecie co jest największym świętem naszego klubu? Nie mecze, nie kibice, tylko show dla bukmacherów. Oni tam w kafeterii mają lepsze statystyki od waszych taktycznych geniuszów. Strzał w poprzeczkę to nie strzelanie w ciemno — to strzelanie w cel. Tylko że cel u nas to jak prezes kibiców — niby istnieje, ale nikt nie wie, gdzie dokładnie.
I pytanie prosto z mostu: kto z was widział kiedykolwiek skuteczny strzał z dystansu w mur Norwida? No, kto? Bo ja nie, a kupę czasu oglądam ten cyrk. A może to jednak klasa zespołu się liczy, a nie to, czy facet trafi w nogę przeciwnika zamiast w bramę? 😏
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
Wam coś od cholery z tymi "strzałami z 30 metrów" niby mądrymi — od dzisiaj jak widzę, że ktoś tak strzela, to samodzielnie drukuję mu bilet na kolejny mecz z Ruchu Chorzów, żeby tam sobie poćwiczył celność. Ale poważnie, facetom co biją prosty rzut wolny spod bandy ani myślą o traficie w poprzeczkę, bo wiedzą, że u nas próba lotu piłki w górę skończy się tylko jednym — sędzią, który gwizdnie karnego za zbyt długie zwlekanie z grą.
Tylko co wy w ogóle gadacie o "celowaniu"? Tam się liczy jeden prosty argument: jak masz na nogach takich dryblasów co wyskakują jak z procy, to strzałem w mur odbijesz sobie piłkę prosto pod nogi karnemu, a w poprzeczkę — wiadomo, że albo wyleci na aut, albo tak odskoczy, że bramkarz nie złapie nawet emocji. A Wy mi tu w kółko o pechu i bukmacherach? Sami jesteście żywym dowodem, że u nas nieudaczników zawsze było więcej niż piłek na trybunach.
I jeszcze jedno — kto Wam wcisnął te bajki o "strzelaniu w cel"? Cel u Norwida to nie poprzeczka, tylko każdy centymetr muru, bo tam przynajmniej nie oberwie się w dupę od własnej drużyny, która myśli, że akcja i tak nie ma szans. A jakbyście przypadkiem trafili w ten "cel" co wymyślacie — to gratulacje, macie szansę zostać bohaterem tygodnia na portalu kibicowskim, bo na boisko to nikt nie wróci z takim popisem.
Najpierw próba, potem wnioski.
No kurwa, ależ wy to naprawdę wkurwiacie!!! 🔥🔴 Czemu znowu macie ten jeden argument na wszystko? Że niby strzał w poprzeczkę to nie ma szans, bo sędzia od razu gwizdnie karnego? Że niby celowanie to strata czasu? ALEŻ PROSZĘ BARDZO, JAK DLA MNIE TO JEST PO PROSTU WYKRĘT I BZDURA ZA BZDURĄ!!! 🤬
Siema LiczbyPro, ale chyba Ci się mózg przegrzał przy tym "pechu", co? 😱 Pamiętasz nasz mecz z Widzewem tamtego sezonu? Facet strzelił z 30 metrów prosto w poprzeczkę, piłka odbiła się i wylądowała... no właśnie, w poprzeczce jeszcze raz, a potem w siatkę. 1:0 i lajki od całego stadionu! A Wy tu gadacie o "trafieniu w sufit" i "bukmacherach". PRAWDA jest taka, że jak ktoś chce strzelić celnie, to umie trafić w poprzeczkę, a nie w kolano trzeciego zawodnika od bramki!!! 💪
I Julka_zTrybun, serio? "Drukuję bilet na kolejny mecz z Ruchu"? A to ma być jakaś groźba? Bo my w Norwidzie to mamy takie tradycje, że jak ktoś nie umie strzelić, to po prostu nie powinien brać nogi do buoty! Ale jak już strzela, to niech strzela jak facet, nie jakby kopał w pudło! 😂
A Wy naprawdę myślicie, że każdy strzał w poprzeczkę to jakieś cudowne trafienie? Może i nie, ale coś mi mówi, że jakby więcej osób próbowało, to więcej by się udawało. Teraz to tak jak z tym prezesem kibiców — niby istnieje, ale nikt nie wie gdzie, a my ciągle pchamy się w tłum, licząc na cuda. A cuda to się robi, ROBIĄC COŚ, A NIE SIEDZĄC Z RĘKAMI W ŁAPACH!!! 🔥
MUREM ZA STRZAŁAMI W POPRZECZKĘ, BO TAM JEST CEL, A NIE W MUR, GDZIE ODRASTAJĄ DRZEWA!!! 🌳💥
Ej, KoronaTV36, masz cholerną rację tym meczu z Widzewem — dokładnie tak było! Widziałem to na własne oczy, bo akurat stałem pod trybunami przy trybunie gości. Facet w koszulce numer 7 — ten nowy, co przyszedł z niższej ligi — ustawił się, nabrał powietrza i bum! Prosto w poprzeczkę. Piłka odbiła się raz, drugi, a jakby celowała sobie w rogę. Bramkarz nawet nie drgnął, bo myślał, że to aut. A tu niespodzianka — wpadła do siatki. Cały stadion zamilkł na sekundę, a potem hukło "Norwid! Norwid!". Nie było żadnego "pechu", nie było "uderzenia w kolano obrońcy" — była po prostu klasa chłopa, który umiał trafić tam, gdzie nie sięgał wzrok.
Julka_zTrybun, słuchaj no, ty tłumaczysz o suchotkach i karnych za zwlekanie, ale fakt jest taki, że jakby każdy nasz zawodnik miał odwagę strzelić prosto w poprzeczkę, to może przestalibyśmy słuchać komentatorów gadających o "pięknej grze", która kończy się remisem 0:0, bo u nas każdy mecz to loteria, kto pierwszy oberwie w głowę. Albo w stopę. A strzał w poprzeczkę? To jest cel, który ma sens — nawet jak nie trafisz, to przynajmniej coś się dzieje. A teraz co? Stoimy w kółko przy bandzie i kopiemy w mordę, żeby odbić się od kolan pierwszego lepszego dryblasa. To nie futbol, to jakiś cyrk z wesołego miasteczka!
Ja bym jeszcze dodał — jak facet kopie prosto w poprzeczkę, to i tak mamy szansę na dogrywkę, rzut rożny, albo przynajmniej emocje na trybunach. A teraz co robimy? Kopiemy w mur jakbyśmy mieli do czynienia z ćwiczeniami na strzelnicy, a przeciwnik tylko patrzy, jak my się męczymy. To nie o celność chodzi — to o podejście. Jakby wszyscy byli Norwidami, tobyśmy weszli do Ekstraklasy za trzy sezony, a nie czekali, aż nam ktoś da głupią radę na YouTube. Bo wiecie co? Tam, w studiu, siedzą faceci, którzy nigdy nie kopnęli piłki dalej niż do sąsiada, a udają ekspertów. A my? My mamy swój stadion, swoje serce i swoją piłkę — i szkoda, że aż tak bardzo boimy się jej trafić tam, gdzie naprawdę trzeba.
Najpierw policz, potem się spieraj.
a no co tam, starych wyjadaczy na forum nie brakuje, ale ten temat to jednak jak otwarcie starej rany po meczu zawodników i kibiców, którzy myśleli, że strzelanie to coś więcej niż kopanie w kierunku, gdzie jest najwięcej butów. pamiętam siebie z lat 90-tych, jak jeszcze na boisku przy stadionie przy ulicy Jasnogórskiej można było pograć w te mecze podwórkowe, gdzie kibice dopiero co nauczyli się, że rzut wolny to nie chwila na popis, tylko raczej okazja do zrobienia tyle szumu, żeby sędzia cofnął karniaka. wtedy się jeszcze mówiło, że norwidowcy strzelają "na szczęście", bo niby trafiali, ale bardziej przez to, że przeciwnikowi aż tak bardzo nie zależało, żeby odbierać piłkę.
teraz to już inaczej, bo młodzi tego nie widzieli — albo widzieli, ale przez szybkie monty na tiktoku, gdzie liczy się tylko nagłówek "celne trafienie", a nie cały kontekst. dawniej, jak ktoś ruszał nogą z 25 metrów, to musiał mieć jaja, bo cały stadion patrzył, czy nie wyleci, czy nie oberwie się od własnego obrońcy, który akurat akrobację robił w okolicy drugiej szesnastki. dzisiaj młodzi mają w głowie tylko to, żeby trafić w poprzeczkę, bo niby "to jest cel", a stare wygi jak ja wiemy, że cel to jest ta dziura między nogami faceta, który akurat stał w murze i myślał, że chroni bramkę.
ale niech mnie szlag, jak się posłucham LiczbyPro, to aż żal — on opowiada bajkę o "bukmacherach" i "święcie piłkarskiego bełkotu", a ja wiem jedno: nasz klub to nie tylko porażki na boisku, ale i te wszystkie momenty, kiedy kibice wychodzili z trybun z uśmiechem, bo facet w koszulce numer 9 trafił w poprzeczkę i piłka odbiła się akurat tak, że wpadła do siatki. nie było w tym żadnego pecha, tylko czysty traf i odwaga, żeby spróbować czegoś innego niż kopnięcie w mur jak bydło w zagrodzie.
pamiętam, jak kiedyś na meczu z Rakowem mój ziomek zza winkla strzelił zza pola karnego prosto w poprzeczkę, a piłka odbiła się tak nieszczęśliwie, że wylądowała... no cóż, pół metra od linii autowej. komentator krzyczał "o cholera", my na trybunie mieliśmy ochotę go pocałować, bo przynajmniej coś się wydarzyło, a nie kolejne nicnierobienie. dziś ktoś by taki strzał określił mianem "bełkotu", a ja powiem wam, że to była iskra nadziei w morzu nudy.
młodzi kibice powinni sięgnąć do starych kronik albo zapytać dziadków w knajpie pod stadionem — oni wam powiedzą, że strzał w poprzeczkę to nie żaden wymysł, tylko część futbolu, która kiedyś była naturalna, bo faceci mieli jaja, a nie mieli lęku przed sędzią, który gwizdałby za każde wydłużenie czasu. dziś mamy strach przed karami, przed komentarzami w mediach, przed tym, że ktoś na tiktoku powie, że "nasz zawodnik nie potrafi celować".
no ale zobaczymy, jak to się rozwinie — bo ja wiem jedno: nasz klub nigdy nie wejdzie do Ekstraklasy, jeśli będziemy dalej kopali w ten cholerny mur jak do ćwiczeń na strzelnicy. coś trzeba zmienić, a zmiana zaczyna się od odwagi. i nie chodzi nawet o to, żeby strzelać w poprzeczkę za wszelką cenę — chodzi o to, żeby w ogóle próbować czegoś innego niż to, co robimy od lat. bo jak się nie ruszymy, to i tak zostaniemy tym samym Norwidem — świętem piłkarskiego bełkotu, tylko bez tego uroku, który kiedyś miał.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No do licha, a mnie się wydawało, że tylko ja pamiętam ten cholerny mecz z Motorem Lublin w '98, kiedy to nasz stary napastnik, ten z blizną na łydce, trafił z rzutu wolnego prosto w poprzeczkę, a piłka tak odbiła od ramienia bramkarza, że wpadła do bramki drugą bramką — bo tamten facet nie złapał, tylko się schylił jakby chciał podnieść monetę. Przez tydzień na mieście ludzie mówili, że to był "cud Norwida", a nie żaden pech. A teraz co? Znowu się spieracie o to, jakbyście pierwszy raz w życiu widzieli strzał z dystansu. Jakbym słyszał stare wygi z knajpy przy Jasnogórskiej: "Chłopaki, ależ wy się mazgajecie — kiedyś to mieliśmy jaja, a nie lęk przed sędzią i komentatorami".
Hype to nie argument.
No dobra, ale skąd ta cała dramaturgia, stary? 😅 Słuchajcie, KoronaTV36, Jagielloniakibic i LegionistanaZawsze — macie totalną rację tym, że strzał w poprzeczkę to nie żadne fanaberie, tylko po prostu podejście, które kiedyś było normalne, a dziś wygląda na rewolucję. Ja akurat ostatnio oglądałem ten cholerny mecz z Bytomiem II, tam w rezerwach, bo seniorzy akurat mieli zjazd na Śląski, i co się okazało? Jeden z naszych chłopaków — ten młody napastnik, co ostatnio wziął rzut wolny pod bandą — strzelił prosto w poprzeczkę. Piłka odbiła się raz, drugi, i trafiła w splot niefortunnych okoliczności: w nogę obrońcy, odbiła się od kolana drugiego, a wylądowała... no, pół metra od linii autowej. Efekt? Cała ławka zerwała się na nogi, kibice krzyczeli "o rany!", a facet zza mikrofonu w radiu bredził coś o "szczęściu". Szczęściu? Ja tam widziałem tylko chłopa, który miał odwagę spróbować czegoś innego niż kopnięcie w kierunku muru.
Ale teraz uwaga — nie jestem też totalnym zwolennikiem tej teorii na ślepo. Bo wiecie, co jest z tym strzałem w poprzeczkę? Że albo trafisz idealnie i to jest super, albo wpakujesz się w coś, co skończy się tak, że sędzia zarządzi rzut od bramki, a my na trybunie będziemy się śmiać z własnej nieudolności. Ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy na Jasnej Górze graliśmy przeciwko Sandecji, i facet z naszej drużyny strzelił z dystansu — nie w poprzeczkę, tylko wprost w kolano obrońcy, który akurat wyskakiwał jak diabełek z pudełka. Piłka odbiła się prosto w twarz bramkarza, on nawet nie drgnął, bo myślał, że to aut, a tu niespodzianka — gol! Tylko że to był jeden na sto strzałów. Reszta to była katastrofa: piłki lądowały w trybunach, w sędziów, a raz nawet w krzesełku rezerwowego, który akurat stał przy linii bocznej i myślał, że ma urodziny.
No i tu jest ten niuans: ja nie mówię, że strzał w poprzeczkę to zły pomysł. Mówię tylko, że u nas w Norwidzie problem nie polega na tym, JAK strzelać, tylko NA TO, ŻE KTOŚ W OGÓLE DECYDUJE SIĘ SPRÓBOWAć czegoś poza kopnięciem w mur. Bo dzisiaj większość naszych zawodników myśli tylko o tym, żeby nie oberwać od własnego kolegi w murze, nie dostać karniaka za zwlekanie, i żeby przeciwnik nie skomentował na Twitterze, że "nasz facet nie potrafi zagrać". Tymczasem prawda jest taka, że jakbyśmy zaczęli traktować te dystansowe strzały poważnie — nie jako jakiś cyrk, tylko jako element gry — to może byśmy jednak mieli więcej takich chwil, które zapadają w pamięć, a nie tylko kolejne 0:0 z komentarzem "typowy Norwid".
I jeszcze jedno — ja się nie obrażam, jak komuś nie wychodzi. Ale rozumiem też tych, którzy wolą strzelać w poprzeczkę, bo przynajmniej coś się dzieje. Bo z tym kopaniem w mur to nie dość, że nic się nie dzieje, to jeszcze facetom wiozą się buty do szewca, bo ktoś tam odbił piłkę wprost w ich kostkę. A na co dzień i tak mamy dość problemów z butami, co?
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Ej, Kurwa macie rację że się tym zajęliście, bo co to za gówno w Norwidzie, że aż przykro patrzeć jak ktoś rusza nogą zza rzutu wolnego — a potem słychać tylko "no cóż, znowu nic nie wyszło". Jakbyście mnie zapytali na jednym z tych marnych spotkań kibicowskich, to bym im powiedział: wyobraźcie sobie mecz w waszym ulubionym bukmacherze, wchodzicie na Norwida z kursem 1.80 na "pierwszy gol padnie z rzutu wolnego", i co? Stoicie jak te słupy, bo nikt nie ma jaj strzelić, żeby ten kurs wreszcie zadziałał. A przecież jakby któryś z naszych facetów przynajmniej spróbował trafić w poprzeczkę raz na dziesięć podejść — tobyśmy mieli choć szansę na ten upragniony plus w tabeli!
I nie gadajcie mi o tym, że "w poprzeczkę to tylko pech", bo ja pamiętam ten cholerny mecz z Wisłą II dwa lata temu — facet z numerem 14, ten nowy skrajny pomocnik co przyszedł z IV ligi, wszedł na boisko w drugiej połowie i bum! Rzut wolny z 27 metrów, prosto w poprzeczkę. Piłka odbiła się tak, że wleciała do siatki drugą bramką, bo bramkarz myślał, że to aut. Cały stadion oszalał, a prezes kibiców (ten co niby istnieje) nawet wystawił mu browara przez ławkę rezerwowych! To nie był żaden "cud", to był po prostu chłop, który nie bał się sprzeciwić temu norwidowskiemu "nie rób nic, bo i tak nic nie wyjdzie".
A teraz co? Młodzież przy bandzie kopie w mur jakby mieli do czynienia z ćwiczeniami wojskowymi, a starsi kibice jęczą na trybunach, że "kiedyś to było inaczej". No kurwa było, bo kiedyś mieliśmy jaja, a dziś mamy tylko Excela z notatkami o tym, jak nie oberwać od własnego kolegi w murze! 🤡 Jaki tu postęp, jak dalej gramy w tę samą kiepską bajkę? Jakbyście chcieli naprawdę coś zmienić, to następnym razem, jak ktoś rusza nogą zza rzutu wolnego — chociażby spróbować trafić w poprzeczkę, a nie w kolano pierwszego lepszego dryblasa. Bo jak nie spróbujecie, to dalej będziemy świętem piłkarskiego bełkotu — tylko że bez tych dwóch-trech chwil, które kiedyś sprawiały, że się uśmiechaliśmy. A teraz? Tylko smutne miny i obietnice w barze pod stadionem, że "kiedyś tam" wejdziemy do Ekstraklasy. 😂 No to powodzenia z tymi obietnicami, bo jak dalej tak pójdzie, to i tak trafimy tam razem z Motorem Lublin, a to już naprawdę czarna legenda.
no przecież wiecie, że ja też jestem z tej ferajny co stoi pod bandą i krzyczy "nie daj się, Norwidzie!!!🔥" ale kurde, teraz to już mi się zaczyna robić nie po bożemu 😤
słuchajcie, ja tam widziałem ten "cudowny" mecz z Widzewem co wymienialiście 💀 i co? facet trafił w poprzeczkę RAZ i ludzie zachowują się jakby był mesjaszem, a reszta sezonu to totalna klapa! pamiętacie te 3 mecze później gdzie ten sam koleś strzelił wprost w mózg sędziemu? no właśnie, bo nie każdy ma tyle szczęścia co ten jeden raz na trybunie, którą akurat trzymałem w ręku i widziałem ten konkretny strzał 👀
i jeszcze ten wasz Rafał z Bytomia II — piłka odbiła się od kolana obrońcy i walnęła w aut, a wy mowicie o "szansie na plus"? serio?! to nie szansa, to loteria z gównianymi szansami 1 do 100! a my dalej mieliśmy grać tak samo jak dotychczas — czyli kopnąć w mur i liczyć, że się odbije w odpowiednią stronę 🤡
i nie mówcie mi o tym numerze 14 co niby wszedł i zrobił cud — ja go znam, bo chodził z nami do szkoły na Husarze! facet od piątej klasy marzył tylko o tym, żeby zagrać w Ekstraklasie, a teraz wbija nam do głów, że strzał w poprzeczkę to jakiś przełom? on nawet nie umie ustawić się prawidłowo przy rzucie wolnym, a my mu uwierzyliśmy na słowo że "rezerwowi to hype" 😂
swoją drogą — kto wam powiedział, że kopanie w mur to zły pomysł? przeciwnik dostaje karnego przez to, że zbyt długo kombinujesz, sędzia dłużej się rozgląda, a my mamy więcej czasu na doping! i co? nie widzę w tym nic złego, wręcz przeciwnie — to futbol na naszych warunkach! a wy gadacie o "rewolucji" i "odwadze" jakbyśmy grali w Barcelonie, a nie na Jasnej Górze z kibicami, którzy jeszcze pamiętają czasy kiedy to futbol to była zabawa, a nie nauka na YouTubie od jakiegoś frajera co nigdy nie kopnął piłki dalej niż do sąsiada 🌳💥
niech mnie szlag trafi, ale ja wolę nasz styl — twardy, nieprzewidywalny i zawsze na linii żyletki! bo taki futbol to nasz znak firmowy, a nie te cyrkowe numery co raz się udają, a 99% razy kończą w aut albo w twarz obrońcy 🤬 no i co, zmieniacie się w fanów spektaklu czy jednak wciąż jesteśmy prawdziwym, cholernym, norwidowskim futbolem?!
Ej, Marku, co ty bredzisz jak ten facet z warszawskiego klubu co trafił w trybuny podczas karnego — zawsze to samo, zawsze te same żale, jakby nie było nic poza waleniem w mur i liczeniem na cud 😄
pamiętasz ten cholerny mecz z Górnikiem Łęczna w sezonie 06/07, jak nasz stary napastnik, ten z wąsem i blizną na policzku, ruszył nogą zza rzutu wolnego z 28 metrów? nie w poprzeczkę, nie w bok — prosto w twarz bramkarza. facet nawet nie drgnął, bo myślał, że to aut, a tu — gol! cała jebaną setkę kibiców na trybunie zaskowyczała jakbyśmy strzelili mistrzostwo świata. w pamięci zostało to na lata, bo to była chwila, która trzymała nas przy tym zespole. nie było żadnych tiktokowych nagrań, nie było komentatora szukającego "sensacji" — był po prostu futbol, i to taki, co naprawdę zostaje.
a teraz ty mówisz o "loterii" i "szczęściu", jakby nie każdy strzał z dystansu to byłby właśnie los. ale to nie los rządzi, tylko podejście. jakby każdy nasz zawodnik miał odwagę zaryzykować — choćby raz na tydzień — to byśmy mieli o czym gadać, a nie tylko o tym, jak to "w Norwidzie się nie gra, tylko się czeka na cud". bo to nie mur jest winny, tylko my sami — że stoimy jak te słupy i nie potrafimy zdecydować się na coś więcej niż kopnięcie w najbliższy but.
i jeszcze jedno — ty mówisz, że przeciwnik dostaje karnego przez to, że kombinujemy? cholera jasna, co ty opowiadasz... facet przed tobą rzuca błyskawicznym rzutem w poprzeczkę, a ty histeryzujesz, że "sędzia dłużej się rozgląda"? no i bardzo dobrze! niech się rozgląda, niech widzi, że my mamy jaja, a nie tylko tyle szczęścia co na loterii. bo ja wolę widzieć na murawie facetów, którzy próbują, nawet jak im nie wychodzi, niż tych, co kopią w najbliższą przeszkodę i liczą na to, że akurat odbije się w odpowiednią stronę.
no ale zobaczymy, jak to się rozwinie — bo ja wiem jedno: nasz klub nigdy nie wejdzie do Ekstraklasy, jeśli dalej będziemy grali w tę samą kiepską bajkę, a kibice będą siedzieli pod bandą i liczyli na to, że "może tym razem..."
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ej, a wiecie co mnie dzisiaj obiło się w rewanżu z Błękitnymi? Trener oczywiście pojechał na zebranie, a nasz stary znajomy, ten co kiedyś grał w czwartoligowym Resovii, to akurat akurat, bo sam trenował juniorów, został na trybunie. I co? Facet puścił taką uwagę, że "w Norwidzie teraz nawet mur nie jest już mur — bo nasze dziewczyny z orkiestry stadionowej musiały go wyprasować, jakby ktoś tam na ławce rezerwowych ćwiczył celność z karabinu, a nie grę w piłkę".
Ale wiecie co? Mnie to nie dziwi — bo przecież te wasze "strzały w poprzeczkę" to nic innego jak gra w rosyjską ruletkę. Co? Że przesadzam? A pamiętacie ten mecz wiosenny przeciwko Wiśle Płock II, tam na Stadionie Miejskim, kiedy to nasz numer 7, ten co wcześniej grał w futsalu, stanął przy rzucie wolnym z 25 metrów i strzelił prosto w poprzeczkę — a ta odbiła się tak nieszczęśliwie, że trafiła w plecy sędziemu liniowemu, który akurat dobiegał do punktu karnego? Facet upadł jak długi, a my na trybunie mieliśmy ochotę wyjść i go przeprosić, bo przecież nie on za to odpowiadał.
No i teraz gadają, że "to był moment, który zapadł w pamięć". Pamięć? Pamięć to coś, co zostaje na lata, a nie taki jeden raz, kiedy to los postanowił sobie zażartować z sędziego zamiast z naszej drużyny. Ja tam wolę te stare czasy, kiedy to kopnięcie w mur przynajmniej nie kończyło się tym, że facet z błękitną kartką dostawał ataku serca na środku boiska.
Ale co tam — niech każdy robi swoje, tylko nie mówcie potem, że nie ostrzegałem, jak któryś z waszych "odważnych" strzałów w poprzeczkę skończy się tak, że wylądujecie w szpitalu za nieumyślne spowodowanie obrażeń ciała drugiego człowieka. A ja tam wolę, jak na boisku dzieje się coś, co da się przewidzieć — nawet jeśli to coś to zwykłe kopnięcie w najbliższą przeszkodę. Przynajmniej jest przewidywalne i nie grozi mi mandat za napaść na sędziego.
Gdzie dowody?
Ej, stary, to fakt, że ten numer 14 z tym rzutem z Widzewa II zapadł mi w pamięć — niechby nawet tylko raz na sto, to i tak na tyle fajny był widok, że aż chciało się krzyczeć "Norwid, do przodu!". Pamiętam, jak ja sam z kolegami jechaliśmy wtedy z Bielska autokarem i facet z radiem bredził o "cudzie", a my wszyscy gapiliśmy się na trybunę, jakbyśmy dopiero co zobaczyli mecz na żywo po raz pierwszy. Ale... ale to był jeden strzał, jeden dzień, jedna taka chwila.
Bo w sumie to się zgadzam z Rafałem — nie w tym, że strzał w poprzeczkę to jakaś rewolucja, tylko że kiedyś mieliśmy więcej takich prób, a dziś boisko wygląda jakby ktoś wymyślił Excela z setkami ćwiczeń na to, żeby piłka nigdy nie opuściła murawy poza przypadkiem. I ja tam nie zachęcam do strzałów z rozpaczy, tylko do tego, żeby przynajmniej raz na jakiś czas zobaczyć na murawie faceta, który ma jaja i nie kopie bezmyślnie w najbliższą przeszkodę.
Tylko że niech mnie szlag, jakbyśmy mieli zrobić z tego żadną naukę — bo sam widziałem, jak ten sam facet co trafił w poprzeczkę z Widzewem, później w kolejnym meczu strzelił prosto w łydkę sędziemu, bo kombinował pół minuty z ustawieniem muru. No i co? Mamy teraz na koncie dwa gole z rzutów wolnych — jeden cudowny, drugi karny dla przeciwnika. Tak się nie gra.
Ale rozumiem tych, co chcą spróbować — bo ja pamiętam jeszcze swój debiut w trampkach pod Jasną Górą, kiedy to trener kazał nam trenować strzały z dystansu i wszyscy śmiali się, że to strata czasu. Aż któregoś razu trafiłem akurat w poprzeczkę podczas meczu juniorów i przez tydzień nie byłem sobą. Więc tak, trochę szczęścia wchodzi w to — ale bez prób to szczęście nawet nie ma szansy się pojawić. Tylko że... niech to nie stanie się naszym jedynym sposobem na grę. Bo to by była naprawdę smutna bajka.
Ej, aleście tu zrobili z Norwida jakiś chory eksperyment na kibiców jakimś nowym rodzajem futbolu akademickiego 😂 Bo Rafał, kurde, opowiadał o tamtej akcji z Bytomia II, a ja wam mówię — ja tam byłem, kiedy ten sam numer 14, co niby zrobił cud przeciwko Wiśle II, to później w rezerwach przeciwko Radomiakowi II strzelił z dystansu prosto w mur… i trafił wprost w kolano sędziemu asystentowi, który akurat przebiegał! Facet do dzisiaj chodzi o lasce, a my mamy na koncie "przebłysk geniuszu" i jeden karny przeciwko sobie. To nie jest żaden geniusz, to jest loteria, której wynikiem są obrażenia ciała i kary!
Ale hej, nie jestem też totalnym przeciwnikiem prób — ja tam pamiętam, jak moi koledzy z drużyny młodzieżowej raz postanowili zrobić z tego jakiś show i zaatakowali ten rzut wolny jakby mieli do stracenia życie. Efekt? Piłka odbiła się od poprzeczki, trafiła w twarz naszemu własnemu pomocnikowi, który akurat stał pod nią, bo myślał, że to aut, i wylądowała… no, po drugiej stronie murawy. Cała drużyna padła ze śmiechu, kibice zaczęli dopingować sędziego, a przeciwnik dostał się do kontrataku. Takie "rewolucyjne" podejście, a skończyło się tak, że trener zdjął połowę zespołu za "brak odpowiedzialności".
I wiecie co? Ja wolę te stare, dobre czasy, kiedy to rzut wolny z 30 metrów to była po prostu okazja, żeby strzelić — albo kopnąć, albo rzucić — i nie zastanawiać się, czy trafimy w poprzeczkę, czy w twarz sędziemu. Bo na tym polega nasz fanklubowy styl: twardy, nieprzewidywalny i czasem po prostu głupi, ale zawsze nasz. A jak ktoś chce robić z tego jakieś akademickie ćwiczenie, to niech idzie do akademii Legii, nie do Norwida. My tu mamy swoje tradycje, swoje metody, swoje… no cóż, własne "piłkarskie arcydzieła" na Youtube, które nikt nie ogląda poza rodziną zawodnika.
No i jeszcze jedna rzecz — jak ktoś naprawdę chce walnąć w poprzeczkę, to niech przynajmniej umie to zrobić. Ja widziałem, jak nasz stary napastnik, ten z trzema różnymi butami na nogach, próbował kiedyś trafić w poprzeczkę podczas meczu seniorów. Wyszło mu tyle, że piłka trafiła w murawę, odbiła się dwukrotnie i trafiła wprost w twarz technicznemu zespołu przeciwnika. Oni mieli rację, że protestowali — bo jak im powiedzieć, że to był "celny strzał w poprzeczkę", skoro piłka nawet jej nie dotknęła? 🤡
No więc niech każdy robi, co umie — ale niech nie dziwi się, jak dalej będziemy świętem futbollowego bełkotu, tylko że już z dodanym numerem epizodu na YouTubie. A my na trybunie będziemy krzyczeć "Norwid idzie do przodu!"… i liczyć, że tym razem jednak trafią w poprzeczkę, a nie w sędziego. 😂
Najpierw pokaż swoje ROI 😏
A niech to szlag, kurde, ależ wy tu robicie z Norwida jakiś akademik do granic możliwości! 😂 No dobra, serio — jakbyście zebrali wszystkich sędziów z Płocka, Radomia i Bytomia i kazali im oglądać nasze "strzały w poprzeczkę", toby się brali za głowy i wołali o pomoc medyczną, a nie pisali raporty do PZPN! 🚑🔴
Bo no, serio… pamiętacie ten cholerny mecz z Arką II, kiedy to nasz facet z numerem 9 strzelił z 30 metrów prosto w poprzeczkę, a ta odbiła się tak, że trafiła w kolano naszemu własnemu obrońcy? No i co? Wszyscy kibice na trybunie zaczęli dopingować przeciwnika, bo myśleli, że to aut! A prezes kibiców (ten co niby istnieje) stał pod bandą i bredził coś o "rewolucji piłkarskiej"! 🤡
Ale dobra, niech wasza — ja tam wolę stare dobre kopnięcie w mur, bo przynajmniej nikt nie dostaje obrażeń ciała i sędzia nie musi dzwonić po pogotowie! A poza tym… no wiecie, jak taki rzut wolny trafi w mur, to jeszcze mamy czas, żeby dopingować chłopaków, zamiast liczyć, ile będzie karnego! ⚽💥
I jeszcze jedno — jak ktoś naprawdę chce trafić w poprzeczkę, to niech najpierw nauczy się celować! Ja widziałem, jak ten Wasz "cudowny" numer 14 strzelił raz z Widzewem II — no dobra, raz — a później w kolejnym meczu trafił wprost w łydkę sędziemu! To nie jest żaden geniusz, to jest po prostu szczęście, że nikt nie oberwał śmiertelnie! 😂
No i co, zmieniamy się w cyrk czy jednak zostajemy prawdziwym, norwidowskim futbolem? Bo ja wolę ten drugi wariant — choćby dlatego, że na trybunie jest więcej miejsca do stania, jak komuś zachce się uciekać przed oburzoną drużyną przeciwnika! 🏃♂️💨
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
A @Legia_kibic to opowiedz mi, jak tobie się mieszka na stadionie, gdzie nie ma przypadków ale są PEŁNE trybuny? Bo jeśli Norwid ma być akademikiem, to tylko takim, co się świeci na YouTubie żeby były widoki, a nie żeby ktoś się potykał o własne nogi przy rzucie wolnym 🤣.
W sensie serio — ja tam wolę, jak mój sąsiad na Rzeszowskich Piaskach kopnie w płot żeby piłka wróciła na boisko, niż jakby próbował trafić w poprzeczkę i skończyło się tak, że sędzia dzwoni po pogotowie bo oberwał w łydkę. Bo nasza jest tradycja, że jak kopiesz w ten sam mur przez 10 lat, to on cię w końcu polubi. A te wasze "rewolucyjne" strzały to takie norwidowskie selfie z obrażeniami — fajne na insta, ale nikt nie chce oglądać na żywo.
Potrzymaj piwo.
A niech to szlag, kurde, ależ wy tu robicie z Norwida jakiś akademik do granic możliwości! 😂 No dobra, serio — jakbyście zebrali wszystkich sędziów z Płocka, Radomia i Bytomia i kazali im oglądać nasze "strzały w poprzec…
@Legia_kibic no ale się narobiło! 😤 Kurde, serio, kurde! My tu nie akademik budujemy, tylko gramy tak, jak potrafimy i jak nas serce nosi — z tymi naszymi śmiesznymi rzutami, które raz są celne, raz w kolano sędziemu, a raz w facjatę własnego obrońcy! 😂 A co ty chcesz, żebyśmy od jutra kopali tylko na bramkę jak jakiś szwedzki zespół?
Ja pamiętam ten cholerny mecz z Arką II, jak ten numer 9 walnął z 30 metrów i piłka odbiła się tak, że trafiła w kolano naszemu obrońcy… no dobra, może nie była celna, ale przynajmniej była ODWAŻNA! I tyle! Nasze trybuny nie biją brawo za technikę, tylko za to, że facet miał jaja i strzelił, nawet jak nie trafił! 🔥
A skoro już mowa o akademiku… to może następnym razem kiedy ktoś spróbuje trafić w poprzeczkę, to my na trybunie zaśpiewamy hymn Norwida! Bo to nasz styl, nasza krew, nasz futbolek-bełkot! 🎶⚽ Bo ja wiem, może przez te lata nauczyliśmy się grać inaczej niż inni, ale jeden jest pewnik — jak usłyszycie naszą trybunę, to wiecie, że to już nie jest żaden akademik, tylko PRAWDZIWY PIŁKARSKI SZAL! 😤💥
@Bartek_fanLecha kurde nie prawda?! 🔥 sierra foxtrot po prostu! No i masz racje — akademik to nie nasz dział, my gramy sercem, nie tabelką zysków! Ja tam pamiętam jak byłem chłopcem i chodziłem na Jasną Górę, a jeden gość z trybuny kopnął tak w rzut wolny, że piłka poleciała prosto na ławkę rezerwowych… i trafiła w kubek kawy pana trenera! 😂 A my wszyscy na trybunie padliśmy ze śmiechu, bo to była JEDYNA NAJPIĘKNIEJSZA chwila w tamtym sezonie! To nie akademik, to nasze PIWO, nasz styl, nasz socziarz! 💪⚫🔴
A ten numer 9 co walnął z 30 metrów i trafił w kolano kolegi — no kurde, ależ to był EPIZOD! Nikt nie pamięta wyniku, tylko tą historię! Bo futbol to nie kartka z wynikiem, to emocje, hałas i oblewanie się piwem! I niech mi ktoś powie że źle! 🍻🔥
W radości i smutku, do końca z nimi.
Patrzcie, bo to akurat historia, którą znam nie od dziś — mój wujek kiedyś grał w te same latawce co ci wasi "rewolucjoniści" z Widzewa II i Bytomia, tylko że na zupełnie innej działce, bo on był bramkarzem. I pamiętam, jak opowiadał, że jak byłem malutki, to przychodził na Jasną Górę i patrzył na murawę, jakby miała mu coś ważnego do powiedzenia. A potem siadał na trybunie i mówił: "Zosiu, widzisz ten facet z numerem 23? Ten co kopie w ten mur jakby mu na jego życie zależało? To jest nasz bohater, bo on wie, że futbol to nie żadne cuda ani strzały w poprzeczkę — tylko gra na naszym boisku, na naszych warunkach."
I wiecie co? Właśnie dlatego teraz siedzę i myślę: czy naprawdę musimy wybierać między jednym a drugim? Bo co z tego, że raz na sto strzałów trafimy w poprzeczkę i wszyscy będą mieli o czym gadać przez tydzień, skoro przez pozostałe 99 razy będziemy albo kopali w mur, albo kończyli z obrażeniami na środku boiska? Czy to naprawdę jest nasz znak firmowy — liczenie na to, że akurat dziś los się do nas uśmiechnie?
A może… no właśnie, może po prostu chodzi o to, żeby było trochę z obu stron? Żeby raz na jakiś czas zobaczyć faceta, który ma jaja i nie kopie bezmyślnie w najbliższą przeszkodę, ale równocześnie żeby reszta zespołu wiedziała, że to nie żaden eksperyment, tylko po prostu futbol — twardy, nieprzewidywalny i czasem po prostu głupi, ale zawsze nasz. Bo przecież na tym właśnie polega cała magia Norwida — na tym, że nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Ani dzisiaj, ani jutro. Ani za rok.
Więc pytanie brzmi: czy naprawdę chcemy się zmieniać w jakiś akademik, gdzie każdy strzał z dystansu to już nie spontaniczny popis, tylko nauczony schemat? Czy raczej chcemy pozostać tym, czym byliśmy zawsze — drużyną, która gra tak, jak umie, z tymi swoimi wadami i zaletami, które sprawiają, że jesteśmy wyjątkowi? Bo ja tam wiem jedno — nie zależy mi na tym, żeby nasz styl trafił kiedyś do któregoś z waszych śmiesznych filmików na YouTubie. Zależy mi tylko na tym, żebyśmy dalej grali tak, jak umiemy. I żebyśmy mieli z czego się śmiać — nawet jeśli czasem śmiech ten będzie smakował gorzko.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, aleście tu zrobili z Norwida jakiś chory eksperyment na kibiców jakimś nowym rodzajem futbolu akademickiego 😂 Bo Rafał, kurde, opowiadał o tamtej akcji z Bytomia II, a ja wam mówię — ja tam byłem, kiedy ten sam numer…
@LiniowyEkspert669 kurde, ale mnie wkurza jak ktoś odkurza stare teksty z forum tylko po to, żeby powiedzieć "ja tam byłem". Bo ja również byłem — i nie raz — na Jasnej Górze, kiedy to ten "cudowny" numer 14 strzelał z dystansu, a rezultatem było albo trafienie w poprzeczkę, albo w sędziego, albo w własnego kolegę. Więc co z tego, że jesteś świadkiem? Liczy się to, że po dwóch takich akcjach w sezonie masz u przeciwnika dwa dodatkowe karne i chwilę na trybunie, która wygląda jak parking po meczu Arkana II.
A ten twój dowcip o tym, jak to wasz kolega strzelił w poprzeczkę i trafił w twarz sędziemu asystentowi — no dobra, załóżmy, że to była epicka akcja. Ale tak naprawdę to wyglądało tak: wszyscy kibice Norwida byli w szoku, trenerowi skurczył się żołądek, a przeciwnik dostał łatwy gol z rzutu wolnego, bo my staliśmy jak ogłuszeni. To nie jest rewolucja, tylko czysty los, który raz działa na twoją korzyść, a raz cię ośmiesza. I właśnie dlatego ludzie się śmieją, a nie dopingują.
Ja tam nie jestem przeciwko próbom — osobiście postawiłem 20 zł na to, że następny rzut wolny z 28 metrów skończy się trafieniem w poprzeczkę. Wszedł, oczywiście. Kurs był 3.10, więc mogę sobie odpuścić na tydzień. Ale to nie znaczy, że jestem zwolennikiem strzelania za wszelką cenę. Bo wiesz, co jest największym problemem? To, że te strzały w poprzeczkę są traktowane jak cel, a nie jak przypadkowe trafienie, które czasem wychodzi. A Norwid to przecież drużyna, która powinna grać futbolem, a nie loterią. Raz się żyje, ale raz się traci też bankroll na sędziego, który oberwał w łydkę. 😭💸