Norwid Częstochowa – jak byśmy nie mieli stadionu, to serca mamy na 200%!
pamiętam ten grudzień dziewięćdziesiątego siódmego jakby to było wczoraj — mróz taki, że szalik na twarzy drętwiał w pół sekundy, a my pod stadionem w Szczecinie tłoczyliśmy się jak sardynki w puszce. mieliśmy takie wrażenie, że idziemy na wojnę, nie na mecz, bo przecież Moto Szczecin wtedy było w tym swoim okresie, co to napadało niczym lawina. a jak tam było? no cóż, przegraliśmy 1:3 i ja pamiętam jak dzisiaj, jak staliśmy potem pod trybunami w szoku, ale nikt się nie ruszył, nikt nie wrzeszczał, nikt nie pluł — po prostu milczenie, ale takie ciężkie, że aż ból w gardle łapało. i wtedy ktoś zaczął śpiewać "o Norwidzie, o Norwidzie...", a reszta dołączała po kolei, cicho, ledwo słyszalnie. nie pamiętam, żebym kiedykolwiek czuł się tak mocno związany z tym klubem jak właśnie tam, w tym mrozie, z tymi ludźmi, którzy mieli serca, nie stadiony. i wiecie co? do dzisiaj, kiedy słyszę ten śpiew, od razu mam gęsią skórkę. no bo to nie była porażka, to była chwila, która nas zjednoczyła na lata — i dobra, może nie mieliśmy najlepszego boiska, ale za to mieliśmy coś, czego nikomu nie dadzą żadne zrzuty na ekran. 😄
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
a ja pier... co to był za 2004 w Rzeszowie z Pogonią, kurwa 😭🔥 boże, widzieliście ten mecz? nie wiem co tam się działo, chyba całe miasto wyszło, że kibole się nie mieścili na trybunach i część musiała stać za płotem... nie mówię o wyniku, bo 0:2 przegrana to normalka, ale o tym jak PO ZAWODNIKACH GRAJĄCYCH DOBRZE DO PIERWSZEJ BRAMKI WYBILI NAS Z PANTALONÓM GDY ODWRACALI NA 3:2 😡😡 a myśmy tak stali, martwi, wiadomo było że rzemiosłem grają a nie klasą, ale serce? SERCE MIAŁO TAKIE DŁUGIE, ŻE SIĘ NIE CHCIAŁO SKOŃCZYĆ... i pamiętam jak niektórzy szli z powrotem do autobusu, a inni stali jeszcze chwilę na parkingu, śmiali się, dopingowali, ktoś wyjął zieloną chorągiewkę i machał nią, że niby "jesteśmy gotowi, to dopiero rozgrzewka" 💚 i jak LechiaGda_Trybuna mówisz, też widziałem ten moment w oczach ludzi... to nie była porażka, to był rytuał — stajemy razem, padając, by znów wstać i walczyć. stadion? a gdzie jest słońce? 😂 no jasne, że mamy serca tam, gdzie się biją za Norwid, a nie tam gdzie beton. tęczę nad trybunami mamy w środku!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
ej tam porównywanie mrozów w Szczecinie z tym co było w 2006 w Zabrzu, bo ja tam byłem z tymi starociami, co jeździliśmy na mecz pociągiem — i to nie byle jakim, bo zwykłym towarem, nie żadnym spektakularnym pociągiem kibica, tylko takim normalnym wagonem, co to jak wsiadło się rano z ulotką w dłoni to na nogach ledwo się trzymało. a dojechaliśmy na stadion na pół godziny przed gwizdkiem, bo mnie akurat trafił się kolega, co miał dziadka konduktorem, więc mieliśmy ten luksus że nie marznęliśmy na peronie z kieszeniami wypchanymi kanapkami z serem żółtym w plastiku. no i wracajmy do meczu, bo tam naprawdę było gorąco, ale nie tak jak dzisiaj podrzucają coś z klimy — to było to prawdziwe gorąco z trybun, jakby ktoś kazał zapalić wszystkie śmieci na jednym stosie.
pamiętam jak nasza ekipa ustawiła się pod gołym numerem 13 na trybunie wschodniej, bo z tamtej strony najlepiej było widzieć jaki te zabrzańskie maluchy mają wygłupy przy rzutach rożnych — ciągali ciulstwie z dodatkowych rozmiarów taśm do pakowania, że niby "nasz wiatr" im zagra. i w połowie pierwszej połowy pada ta bramka naszego skrzata, co skakał jak nakręcony po piaskownicy, a ci z Zabrza nawet nie drgnęli, bo u nich styl gry to był taki: "no kurwa, coście zrobili chłopaki, że nam zaliczyliście?" no i od razu towarzyszyły temu okrzyki naszych kibiców, że "tu się umiera, a nie gra", a moi kumple od razu zaczęli rzucać papierowymi kubkami w sędziego, bo niby nie doszedł do rzutu karnego — ale wiesz co? nawet jak przegrywaliśmy 0:1, to atmosfera była tak gęsta, że można by ją krajać nożem i pakować do kanapki.
a później, kiedy straciliśmy drugą bramkę — nie, nie opowiadajcie mi o statystykach, bo ja wiem że szukacie teraz ile mieliśmy strzałów — to się zrobiło naprawdę mocno. ludzie zaczęli klaskać w rytm bębna, który ktoś przyniósł ze sobą w torbie na zakupy, i nikt nie krzyczał w stylu "wbijajcie!", tylko wszystkie gardła śpiewały coś starego, co to miało tekst "jeden stracony dzień to nie koniec świata", i myślę, że to był ten moment, kiedy poczuliśmy się jak jeden organizm. bo na koniec wyszło 0:3, ale kiedy schodziliśmy z trybuny, to szliśmy razem — niektórzy z łzami, niektórzy z uśmiechem, ale wszyscy w tym samym kierunku, z tą samą myślą: do zobaczenia za tydzień, znowu się spotkamy, bo bez tego miejsca nie ma życia.
i wiesz co? do dzisiaj jak ktoś mi mówi o nowym stadionie, to ja tylko macham ręką i śmieję się: "nie wiem o jakim betonie gadacie, bo ja mam swój stadion w sercu — tam gdzie bije za Norwid". no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A wiecie co mnie dzisiaj rozbawiło, kiedy oglądałem starego Jasia z 1997 roku i ten mecz w Szczecinie? No że te same twarze, te same głosy, ten sam szalik wciąż na tej samej półce, tylko zmienił się numer na koszulce. Dawniej mieliśmy chłopaków, co grali na betonie przy ulicy Dąbrowskiego, a teraz na asfaltowych boiskach przy nowej hali — ale jedną rzecz widzę wyraźnie: tamci też nie mieli stadionu, mieli tylko siebie nawzajem i Norwida w sercach.
Patrzę teraz na te młode twarze pod sceną w Klubie Norwid i myślę — fajnie, że jest fajnie, ale. Tamci chłopcy grali tak, jakby mieli do stracenia coś więcej niż punkty: dumę i nazwisko. Pamiętam takiego jednego skrzata z Zabrza, co skakał na równo z numerem 13 na plecach, i dziś wiem, że on wtedy nie myślał o tabeli, tylko o tym, żeby nie dać się znieść tym zabrzańskim, którzy wiatr mieli w nogach. A dzisiejsza ekipa? Znów są w połowie ligi, ale patrzę na te oczy po meczu z Włókniarzem — nie są już takie wilgotne jak kiedyś, ale za to w nich widać coś, czego nie kupisz za żadne pieniądze: uśmiech, że "jesteśmy razem, i to jest dla nas ważniejsze niż wynik".
No i jeszcze jedno — te stare boiska miały dziurę w środku, jak u dentysty, co mu szlifierka zepsuła, ale za to były za rogiem, wszyscy tam byli, dosłownie od drzwi. Dziś jesteśmy rozproszeni — niektórzy kibicują na Żareckim, inni przyjeżdżają autobusami, jeszcze inni siedzą przed komputerem i piszą na forach. Tamci mieli tę wspólnotę na miejscu, dzisiejsi muszą ją sobie od nowa budować, i to mi się nie podoba do końca.
Ale rozumiem też, że czasy się zmieniają. Kiedyś mieliśmy piłkarzy, co grali tak, jakby mieli za uszami klinę, dzisiaj mamy takich, co potrafią naskoczyć na sędziego za karnego — i to też jest Norwid, bo Norwid to nie tylko zwycięstwa, to cały ten bajzel, w którym się odnajdujemy. Tamci mieli betonowe boiska i serca z żelaza, my mamy halę, o której się dyskutuje, i serca, które wciąż biją tak samo mocno — tyle że trochę inaczej.
I koniec końców, co to za różnica? Mamy ciągle ten sam szalik, te same śpiewy, tę samą świadomość, że jak Norwid przegra, to my też przegrywamy — ale jak wygra, to on świętuje z nami. A to, co mamy dzisiaj, to też jest coś wartego trzymania — bo przecież nie o beton chodzi, tylko o to, żeby znowu spotkać się tam, gdzie bije serce za Norwid.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
No właśnie, jakbyście chcieli mnie dzisiaj zrobić na kubku kawy z zielonym herbem Norwida, to posłuchajcie — bo ja sobie czytam te wasze opowieści i myślę sobie: stary, a co my tak naprawdę tracimy przez to, że nie mamy betonowego stadionu jak te wasze starocie przy Dąbrowskiego?
Bo przecież wiecie, że ja tam też byłem w tym Zabrzu w 2006 — i owszem, atmosfera była gęsta jak ulewa w Warszawie, ale wiecie co? Gdybyśmy mieli dzisiaj taki sam mecz w nowej hali zamiast na tym waszym stadionie z dziurą w środku, to bylibyśmy tam wszyscy na czas, nie musielibyśmy czekać na pociąg towarowy, co ledwo się wlecze, i co najważniejsze — nikt by nie musiał stawać na trybunie wschodniej za płotem, bo albo byśmy mieli miejsce, albo nie kupilibyśmy biletu, a nie tak jak kiedyś, że się tłoczyliśmy jak sardynki i mieliśmy fason, że "no dobra, pomęczymy się".
A wiecie, co mi się nie podoba w waszych opowieściach? To, że niby serce bije mocniej, ale kiedy pada deszcz, to w tej waszej halowej trybunie jakby kogoś podłączyli do klimatyzacji, co robi sztuczny wiatr i nie ma tej "prawdziwej" chłody, co to ciarki na plecach robi — bo mróz to mróz, a sztuczny chłód to sztuczny chłód. I nie mówię, że to źle, że mamy halę, bo fajnie, że nie marzniemy, ale tę atmosferę z tamtych lat — tę, co to ciarki chodziły — to się tak łatwo nie odtworzy w klimatyzowanym pudle.
I jeszcze jedno: te wasze opowieści o pociągach towarowych i marszu pieszo z ulotkami w kieszeni — to jest romantyzm, ale powiedzcie szczerze: ilu z was dzisiaj by pojechało na wyjazd w takim wagonie? Gdyby dzisiaj było tak samo, to byśmy mieli ze trzy kibice na meczu, nie dwustu. Dlatego nie idealizujcie przeszłości — tamci chłopcy mieli romantyzm, ale my mamy wygodę i to też jest coś, czego nie można lekceważyć.
A co do tej waszej "świadomości, że jak Norwid przegra, to my też przegrywamy" — no jasne, bo kto by chciał oglądać mecz na betonie w grudniowym mrozie, jak można siedzieć w ciepłym autobusie i jechać do domu z piwem w ręku? Przecież to też jest forma wsparcia — niekoniecznie trzeba marznąć, żeby czuć, że się jest kibicem.
xG > emocje.
A do cholery, ależ się zrobiło gorąco w temacie! 🔥 Zaraz dolewam jeszcze jednego kubka kawy z tym cholernym zielonym herbem, co to mnie bolą dziś oczy, jak na niego patrzę, bo myślami jestem z powrotem w tej cholernej hali w Częstochowie, gdzie nasza żółta chorągiewka latała jak szalona, a ja wkurzony stukałem pięścią w barierkę, bo sędzia nie dał karnego, choć piłka jasno skoczyła prosto w nogę gościa w niebieskim — no kurwa, co to było za cwaniak, że mu nie zareagował?!
Ale wiecie co? Przecież to nie o to chodzi, prawda? Tamtego wieczora z Włókniarzem, jak przyjechaliśmy w osiemdziesięciu z własnym bębnem ze starej puszki po farbie, co to jakiś stary kibic przyspawał rączki, to atmosfera była taka, że aż okna w okolicy dzwoniły. Pamiętam, jak jedna starsza pani z parteru wyjrzała na balkon z kubkiem herbaty i kiwała głową, uśmiechając się pod nosem — jakby mówiła "no nareszcie, znowu się dzieje coś normalnego". A po meczu, kiedy szliśmy piechotą przez miasto, bo autobusy już odjechały, to niektórzy śpiewali, inni gadały jak najęte o tym, jak tamten napastnik Norwida, co to cały mecz kopał się z obrońcą, to przecież ten sam facet, co w zeszłym tygodniu pomagał mi wymieniać koło w moim starym autku na parkingu przy hali.
I teraz, jak czytam wasze opowieści, to widzę jedno: my nigdy nie mieliśmy stadionu, bo stadion to byłby tylko beton z numerami, a Norwid to są ludzie. Tamci starzy, co grali na Dąbrowskiego, mieli w sobie tyle ducha, że aż dziw, że murawy nie pękały pod ich nogami — a dzisiejsza młodzież? Oni mają to samo, tylko inaczej je wyrażają. W zeszłym roku, jak Norwid przegrał z Ruchem w półfinałach — no kurwa, to było coś, żeby to przeżyć! — ale zamiast płakać, zebraliśmy się następnego dnia przed klubem i zrobiliśmy grill dla wszystkich, nawet tych, co nie mieli biletu. Właśnie, Mateusz_Gornik176, ty mówiłeś o pociągu towarowym — no to dzisiaj idziemy na mecz autobusem kibica, ale w środku jestem dokładnie tak samo podekscytowany, jak wtedy, gdy czekałem na peronie z ulotką w kieszeni i serem żółtym w plastiku. Bo to nie o środek transportu chodzi, tylko o to, żeby być razem.
A ten chłopak, co grał z numerem 7 w zeszłym sezonie i cały czas podskakiwał, jakby miał sprężyny w butach? W zeszłym tygodniu złapałem go pod hali i mówię mu: "Ej, synek, pamiętasz jak ostatnio zrobiliśmy ci owację na stojąco, że ledwo nie wyleciałeś z butów?" A on na to: "No jasne, bo wtedy baliście się, że się wywrócę i rozbiję łeb!" I obaj się śmiejemy, a ja myślę sobie — cholera, to właśnie Norwid, nie żaden stadion. Bo stadion może się zawalić, hale mogą się spalić, ale to co mamy w sercu, to się nie zniszczy. Ani mróz w Szczecinie, ani sztuczny wiatr w halach, ani nawet te cholerne pogody, co to psują trasy do każdego miasta.
I wiecie co jeszcze? Ten sam szalik, co wisiał na szafie u LechiaGda_Trybuna w 1997, to ten sam, co dzisiaj noszę ja — tylko trochę bardziej wyblakły, ale za to pachnący starymi kiełbaskami z pawilonu przy Dąbrowskiego. I ten zapach to więcej niż tysiąc projektów nowego stadionu. 💚🔴
Swoich się nie zostawia.
Ej, ludzie, ależ się rozgadaliście jakbyście przez pięć lat nie mieli gdzie wygadać się o Norwidzie! 😂 Ja akurat akurat w 1997 przyjechałem do Częstochowy w odwiedziny do cioci i trafiłem na ten słynny mecz z Moto Szczecin — myślałem, że idę na normalny spacer po mieście, a tu mi nagle ktoś wbija bilet w rękę i "no chodź, bo zaraz zaczynamy". Co miałem zrobić? Poszedłem, no i stanąłem z tyłu trybuny, bo nie było miejsca, nawet się nie wcisnąłem — a tam było tyle ludu, że jakby ktoś rzucił monetą, to by nie wylądowała. No i co? Pamiętam, że jak padła trzecia bramka dla Szczecina, to jakiś facet obok mnie zaczął płakać, a ja mu na to: "Ej, stary, przegraliśmy, nie umarliśmy!" A on się odwrócił i mówi: "Nie przegraliśmy, bo Norwid zawsze wygrywa — tylko że dzisiaj akurat oni nam dali po dupie." I miał rację, bo jak wróciliśmy do miasta, to od razu poszliśmy do knajpy "Pod Złotym Lwem" (gdzie sprzedawali piwo tylko w butelkach, bo szklanki się nie mieściły), i jakoś tak się zrobiło, że wszyscy śpiewali "Boże, co to była za robota", a ja z wrażenia upiłem się kawą zamiast piwem. Takiego meczu nie da się zapomnieć — ani wyniku, ani tego, że człowiek wraca do domu z wrażeniem, że uczestniczył w czymś ważniejszym niż sport. A teraz, kiedy myślę o nowym stadionie... no kurczę, to będzie fajnie, ale niech mnie szlag trafi, jeśli kiedykolwiek poczuję tyle emocji, co wtedy, kiedy stałem po kostki w błocie, a szalik na twarzy zamarzał mi na kamień. 🤣🍿
Potrzymaj piwo.
@WidzewPoznan, no dobra, trafiliśmy w dziesiątkę z tym meczem z Moto Szczecin — akurat w 1997 mam w pamięci parę takich momentów, ale ten zapadł mi w serce na amen. Bo co to za historia: wiadomo, że jak się przyjeżdża do obcego miasta i trafia się na mecz Norwida akurat przy okazji deszczowej jesieni, to albo człowiek wraca z nadciśnieniem, albo z historią na resztę życia. Pamiętam, jak mój szwagier woził mnie wtedy po mieście w swoim starego passacie, bo miejscowe duszpasterstwo kibicowskie wymagało dostarczenia flag i transparentów — i oczywiście, że akurat się zepsuł rano, więc wylądowaliśmy pod stadionem z kwadrans spóźnieni i mokrzy jak szczury. A tam? Tyle ludzi, że myśleliśmy, że to jakiś protest, a nie mecz ligowy.
I masz rację — ta thirdinka w stylu "nie umarliśmy, bo Norwid zawsze wygrywa" to jest takie czyste, lokalne mistrzostwo świata. Bo tamci ludzie nie przyszli dla wyniku, tylko dla tego, że czuli się częścią czegoś większego. Teraz, kiedy gadamy o nowym stadionie, zapominamy, że kibic to nie projektant budowlany — on chce czuć zapach grilla przy parkingu, hałasownik zza ogrodzenia i to, że jakby co, to sąsiedni blok też kibicuje. A te opowieści? One są warte więcej niż tysiąc klapek na betonie. No chyba że ktoś woli liczyć bilety niż emocje — ale to już inna bajka.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Ej, ludzie, ależ się rozpaliliście tymi opowieściami o mrozie, pociągach i szalikach... A ja wam mówię, że nawet gdyby Norwid grał jutro na Marsie, to i tak byśmy tam byli z tymi samymi kubkami kawy i tym samym szaleństwem, bo co? Bo nasz budżet na bilety to akurat tyle, ile kosztuje kawa z zielonym herbem i papierosy na jeden dzień 💸😏 Ale poważnie — zanim ktoś z was zacznie marzyć o betonie pod nogami, niech sobie policzy, ile to będzie trwało, zanim oni tam dociągną ten nowy stadion. Pół roku? Rok? A ja wiem jedno: jak Norwid wpadnie w paskudną passę, to my będziemy przychodzić i tak, a oni będą liczyć straty. Tu nie chodzi o stadion, tu chodzi o to, że jak Norwid przegra, to my tracimy nie punkty, tylko ducha — a tego nikt nie oszacuje w Excelu kibica. No chyba że macie ochotę obstawić u bukmachera, że w kolejnym sezonie mamy wygraną 2-0 z Ursusem zanim mecz się zacznie? 🤡 Kto pierwszy do obstawienia?
To loteria, nie piłka.
ej tam porównywanie mrozów w Szczecinie z tym co było w 2006 w Zabrzu, bo ja tam byłem z tymi starociami, co jeździliśmy na mecz pociągiem — i to nie byle jakim, bo zwykłym towarem, nie żadnym spektakularnym pociągiem ki…
@Mateusz_Gornik176 hej, no jasne że masz rację, bo co to za porównania? Tamten pociąg towarowy to był prawdziwy bohater tej opowieści 😅 Pamiętam, jak z kolegami czekaliśmy na Orlątko, że niby przyjedzie normalnym pociągiem osobowym, a tu taki gość wsiada i mówi: "Mam wejściówki na ten mecz, ale transportu nie mam" — i nagle ktoś krzyczy: "A co z tym wagonem towarowym o 7:15?!" I tyle, pojechaliśmy. Te dwie godziny w tym wagonie z ulotkami, serami w plastiku i dziadkiem konduktorem... to było jak wycieczka szkolna, tylko że zamiast wycieczki mieliśmy marznąć na trybunie i śpiewać, że "tu się umiera, a nie gra". Tyle że wtedy naprawdę miało się ochotę umrzeć z zimna, a nie z emocji 😂 Dzięki za to wspomnienie, naprawdę poczułem ten chłód przez te kilka zdań!
Nowy tu, chłonę wiedzę.