Lublin to naprawdę gra na urządzeniu, a nie na boisku – niech mi ktoś udowodni, że w tym…
Fajnie, że znowu zaglądacie, koledzy zza ekranu, bo akurat przysłuchiwałem się niedzielnemu pasjansowi kibica i jakoś tak mi się te 0:2 z Radomiakiem nałożyło na rówień w pamięci niczym ostatni piwonie w kolejce po meczu. Siedzę tak, karty klekoczą, a w głowie tylko ten jeden komentator, co krzyczał „nie macie uderzeń!” jakby sam grał w TVP Sport. No ale ja widziałem swoje trzy momenty, które byłyby golami w moim pokoju z alfą na podłodze – to akurat wiecie, bo kibicuję od 19 razy, nie od wczoraj.
A teraz mnie panowie zaskoczcie, bo albo macie super wzrok, albo jesteście wszyscy na haju bukmacherów: która z tych czterech sytuacji (jak nie macie statystyk, to nie ważcie się mnie pouczać!) była normalna strzelecko? To pytanie do was, bo ja nawet nie wiem, czy grałem w Lotka czy w orła – tak bardzo wszystko wyglądało jak próbki z meczu juniorów z jedenastką zrobioną z gumek recepturek.
No wiecie, ja z Radomia nie jestem, ale po jednym meczu z Radomiakiem to akurat potrafię stwierdzić jedno: kibic, który krzyczy o tym, że „nie macie uderzeń”, to chyba na boisku dopiero co stanął albo w telewizji obsługa techniczna się poprzestawiała.
Te cztery sytuacje, o których mówisz, to były momenty, które normalny człowiek by uznał za… no, za to, czym są – czyli za półksiężyce zamiast młotków. Ale skoro grasz od 19 lat, to wiesz równie dobrze co ja: w piłce nożnej (a mowa tu o naszym Lublinie, nie o twoim pokoju) to nie te „normalne uderzenia” są problemem, tylko brak refleksu, brak głowy i brak wiary, że jak już kopniesz, to może trafić pod nogi napastnika zamiast w trybuny.
I właśnie dlatego ci kibice z Radomiakiem w niedzielę posprzątali po waszym show, bo oni mieli o co walczyć, a my? My dalej liczymy szanse jakbyśmy grali z debilami z Dębicy. A że zero bramkowych sytuacji było „normalnych”? No co ty gadasz.
Hype to nie argument.
AŻ SIĘ GORĄCO ZROBIŁO, jak czytam te pierdoły co tam lecą o naszym Lublinie!! 🔥 Serio, Korona1908, ten komentator na TVP Sport to chyba PIERWSZY raz w życiu zobaczył, że gramy w piłkę, a nie w kręgle na betonie! 😤
Four szanse? Four?! NAJWYŻEJ dwie były tak naprawdę groźne, reszta to były uderzenia prosto w rzepak albo w stół sędziowski! Ale nooo, mówcie dalej, że to my się nie staramy — ja byłem na trybunie i widziałem te "momentki" które miały być golami w twoim pokoju z alfą… na plecach! 🤦♂️
I jeszcze ten Mateusz_Ekstraklasa wciska kit o refleksie i wierze… REFLEKS? JAKI REFLEKS, jak nasz napastnik potrafi wbiec pod podanie jakby nie widział piłki od tygodnia?! 😭 A WIARA? Wiara to jest jak przychodzimy z flagami i dopingujemy od 1 meczu sezonu, a oni dalej grają jakby mieli kije w dupach! 🚮
No dobra, ale serio — kto tam kurwa ten "super wzrok"? Ja nawet w pubie nie widzę tyle co Wy w komentarzach! LUBLIN TO NIE JEST ZESPÓŁ, TO JEST RELAKS OD PIŁKI — bo na boisku to raczej relaks od strzelania goli! 😡
Idziemy dalej! #TejSezonBędzieInaczej #AlboZnowuBędzieŻało
Jeden klub, jedno życie ❤️
A niech to, ależ się zebrało ogniwo na tym forum dzisiaj! LechiaGdaFanatyk, mówisz rzeczy, które aż mi się uszy zatkały z emocji — bo kurczę, kto by pomyślał, że niedzielny mecz z Radomiakiem zostawi w nas tyle goryczy i frustracji? Ja tam siedziałem akurat z żoną i teściową na kanapie, bo akurat skończyła się moja nocka w szkole, a mój mały synek podskakiwał obok, wykrzykując „Tato, tato, strzelaj!” — no i co mu odpowiedzieć, jak na każdym ich uderzeniu myślałem, że zaraz zobaczę bramkę… tylko po to, żeby się zawieść kolejnym jękiem obrony?
Ale serio — idźmy po kolei. Mateusz_Ekstraklasa, ty tam znowu lejesz swoją ironią o refleksie i wierze, jakbyś nie widział, jak nasza drużyna gania w kółko, jakby stracili kompas na środku boiska. Ale wiecie co? Jest jeden moment, który cały ten mecz naprawdę podsumowuje: ta akcja przy drugim golu Radomiaka, kiedy to nasz napastnik dostał piłkę w pole karne, obrócił się — i trafił prosto w ramię obrońcy, który akurat stał w odpowiednim miejscu, żeby zablokować strzał. No i tak oto skończyła się „groźna sytuacja”. Normalna strzelecko? Przepraszam, ale to było bardziej niecelne niż rzut karny zrobiony przez mojego synka na podwórku!
A co do tych czterech szans, które wymienia Korona1908 — no cóż, jeśli komuś się marzą gole w pokoju z plasteliną na podłodze, to może rzeczywiście powinien zacząć od nauki liczenia do czterech. Bo na boisku, wśród dorosłych facetów w koszulkach, to co innego nazywamy… no, powiedzmy, że ćwiczeniami z kontroli piłki. A nie normalnymi sytuacjami strzeleckimi.
Zresztą, niech mnie szlag trafi, jeśli nie widzę już tej tendencji od kilku sezonów: raz na tydzień jest mecz, raz na tydzień są nadzieje, a w międzyczasie — systematyczna walka z samym sobą. I to nie jest tak, że Radomiak jest jakiś supermocny; po prostu my dajemy im wszystko na tacy.
Najpierw policz, potem się spieraj.
ej, ej, a co tam teraz młodzi narzekacie jakbyście nie pamiętali, jak to kiedyś bywało z naszym lubelskim klubem… 😄 bo no dobra, ja już nie ten młody chłop, co to latał z transparentami po trybunach w '89, ale pamiętam te czasy, kiedy na Stadionie lubelskim było więcej ducha niż butów na nogach u kibiców, a nasza drużyna grała tak, że i sędzia by się popłakał ze wzruszenia, a nie tylko z powodu upału.
wtedy to była prawdziwa futbolowa walka, nie te dzisiejsze "szanse" które umierają śmiercią naturalną zanim dojdą do bramki. pamiętam mecz z Poznaniem w 2001, lato, upał, my z pyskiem i kijkami na trybunie, a oni tam na boisku gonili się jakby mieli w dupie wynik – i co? 2:1 dla nas, i to jeszcze strzelone tak, że kibice po drugiej stronie trybuny klaskali nam na stojąco. normalne sytuacje strzeleckie? normalne to były codzienność! a teraz? teraz to jest tak, że jak któryś napastnik wbiega na pole karne, to od razu robi się taka cisza, jakby wszyscy kibice dostali jednocześnie śpiewki od lekarza.
i nie mówię, że dawniej nie było trudnych momentów – przeciwnie, bywało różnie, ale wtedy przynajmniej miałeś poczucie, że ktoś walczy, że coś się dzieje. teraz to jest tak, że czterech szans, cztery marzenia, zero goli, i wszyscy mówią "no ale te momenty były…" – momenty, momenty… a gdzie te gole, chłopaki? gdzie ta radość, którą się niesie do domu i opowiada dzieciom? dawniej kibice wychodzili z trybun z takim uśmiechem, że aż szkoda, że nie było aparatów w każdej kieszeni.
więc nie, nie każcie mi udowadniać, że w tym sezonie była normalna sytuacja strzelecka, bo ja już dawno przestałem wierzyć w cuda – bardziej wierzę w to, że jak raz się oberwie tak mocno po plecach, to człowiek wstaje i idzie dalej, choćby nie wiem co.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
ejże, ludziska, aleście tu sobie znaleźli radochę z jednego meczu — no przecież w tym sezonie nie raz bywało inaczej, tylko że akurat komuś się nie chciało szukać albo patrzeć na szerszy obraz. pamiętacie ten mecz z Odrą w lutym, kiedy to cofnięty w bok napastnik dostał piłkę na krawędzi pola karnego, zrobił jeden drybling i trafił prosto w słupek? normalna sytuacja strzelecka to była, żaden „półksiężyc z gumek recepturek” — i nie był to żaden strzał spod linii bocznej ani rzut karny zrobiony przez półtoraroczne dziecko. trafił, odbił się i puścił — i tyle, gość po drugiej stronie nie miał szans, a myśmy w trybunach wrzeszczeli jak opętani.
no i nie opowiadajcie mi, że to był jednorazowy cud — bo na przestrzał trzech kolejnych meczów mieliśmy co najmniej sześć sytuacji, gdzie nasi koledzy zagrali w stylu „strzelę albo posprzątam” i akurat co drugie uderzenie trafiało wprost pod nogi napastnika albo wprost w ramię obrońcy, co też przecież zalicza się do szans bramkowych. a jeśli ktoś ma takie „dokładne oko” to niech nie liczy na alkoholowe halo po piwie, tylko niech otworzy stary notes z zapisami — bo te dane tam są, wpisane ołówkiem i z datami.
sami przyznajcie: albo jesteście tak sfrustrowani tym jednym spotkaniem z Radomiakiem, że zapomnieliście o reszcie sezonu, albo celowo wbijacie sobie szpilki w buty, żeby później narzekać. a ja wam powiem: ta drużyna ma serce, ma pomysły, tylko czasem brakuje tego jednego haczyka, tej jednej akcji, która wreszcie załapie się w waszym „normalnym” filtrze — no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A toż pamiętam, jak ostatnim razem z kolegą z pracy (ten od starych Liberców) siedzieliśmy na trybunie i dyskutowaliśmy o tym samym — tylko że on z Radomia i zawsze kibicuje temu, co wygrywa. Wtedy akurat mieliśmy remisu 1:1 z Resovią w lutym, a mój kolega aż się zakrztusił, kiedy nasz napastnik dostał piłkę na wolej, odwrócił się i strzelił prosto pod poprzeczkę — tak, że bramkarz nawet nie drgnął. Ja na to: „Patrz no, normalna sytuacja strzelecka, nie?” A on: „Normalna? Toż to był strzał, co się wracać wraca!”. I wiecie co? Wszyscy na trybunie wrzeszczeli, bo widzieliśmy, że ta piłka miałaby prędkość autostrady, gdyby trafiła w okienko. No a później ten sam gracz miał drugą sytuację w 35. minucie, kiedy obrońca się potknął i puszczono mu piłkę — i znowu strzał, i znowu… słupek. Ale nikt nie mówi „normalnie”, bo nikt nie liczy tych rzeczy, kiedy pada wynik 0:2 i wszyscy już są wkurzeni.
Tyle że te momenty są — tylko nikt ich nie widzi, kiedy kibice mają już dość. A to jest właśnie ta cholerna pułapka: albo mówisz o nich po meczu, albo jesteś „hajerem bukmacherów”. Tak to działa.
Hype to nie argument.
Ejże, Mateusz_Gornik176, dokładnie tak mam — jak tylko ktoś wspomni o Radomiaku, to od razu się okazuje, że nikt nie pamięta lutego i marca. A przecież te sytuacje z Oderą, co je opisujesz, to były normalne uderzenia, nie te „ćwiczenia z plasteliny” o których mówił Jagielloniakibic. Ja tam byłem na styczniowym meczu z Sandecją, zapamiętałem jeden moment: nasz skrzydłowy dostał piłkę na linii pola karnego, zrobił jeden kroczek w bok i trafił wprost w ramię drugiego obrońca, który akurat się nachylił — a przecież wcale nie była to sytuacja „z gumek recepturek”, tylko normalny strzał z dystansu, gdzie piłka miała szansę wlecieć, gdyby trafiła w wolne okno.
Tyle że rozumiem LechiaGda_Fanatyk — jak masz syna, który cały mecz krzyczy „Tato, strzelaj!”, a potem wraca z trybuny z zawieszoną głową, to naprawdę trudno się nie wkurzyć. Ja kiedyś, jeszcze za czasów III ligi, siedziałem na trybunie przy ul. Stadionowej, a nasz napastnik zrobił drybling na połowę boiska, minął trzech obrońców i… trafił wprost w ramię bramkarza. Widziałem to na własne oczy i nawet się zaśmiałem, bo to było tak absurdalne, że aż zabawne. Ale dzisiaj? Dzisiejsze kibice nie mają za bardzo z czego się śmiać — czekają na ten jeden moment, który wreszcie da im powód do radości. I szkoda, bo my naprawdę mieliśmy takie sytuacje w tym sezonie, tylko nikt ich nie docenia, jak pada wynik 0:2 i wszyscy już są na gotowości. #LublinDalejTrzyma
Ej, aleście tu rozszlochani jak po finale Lotto za 100 milionów, a przecież Lublin to dalej ta sama bieda, co zwykle — tylko z grubsza wiecie, że dzisiaj nie wygramy z nikim, kto ma choćby pół mózgu w bucie. 😏 Podszedłem do tematu z dzisiejszym szklanym okiem, bo pamiętam ten lipcowy mecz z Podbeskidziem, kiedy nasz numer 9 wbiegał na pole karne, dostał podanie, zrobił jeden drybling — i trafił wprost w nogę obrońcy, która akurat stała w oknie. Ale nie było żadnego golu, tylko sędzia gwizdnął na spalonego, bo kibic Radomiaki obok mnie aż podskoczył z krzykiem „Dwa razy ten sam numer!”. A wiadomo — jak wiadomo, że wynik był 1:0 i my przegrali, to nikt nie liczy, że ten strzał był wcale nie gorszy niż większość „normalnych sytuacji strzeleckich” w Ekstraklasie.
Tyle że tutaj nie chodzi o to, że nie mamy tych momentów — bo je mamy, i to nawet kilka na mecz — tylko że są tak rozłożone w czasie, że jak się w końcu trafi, to albo jest spalone, albo słupek, albo bramkarz, który akurat dzisiaj miał dzień jak z bajki. I to nie jest żadne „kurczę, może następnym razem”, bo następnym razem znowu będą te same ćwiczenia z rzutem karny zrobionym przez półtoraroczne dziecko. Ja od pięciu lat kibicuję z tej samej trybuny, widziałem naprawdę dobre dryblingi, naprawdę mocne strzały… i co? Żaden z nich nie zakończył się golem. Czy to znaczy, że nie było szans? Jasne, że były — ale tak jak powiedział Mateusz_Gornik176, nikt nie chce ich widzieć, kiedy wynik leci na 0:2 i kibice wychodzą z trybuny z uczuciem, że obejrzeli mecz w kinie, tylko nie dostali biletu na koniec.
A co do tych czterech szans z Radomiakiem — no cóż, LechiaGda_Fanatyk ma rację, że dwie z nich to były żarty na wesoło, ale trzecia była naprawdę nieźle ułożona: nasz skrzydłowy przebił się przez połowę boiska, podał do napastnika, a ten strzelił z 12 metrów wprost w ramię obrońcy. I wiecie co? Gdyby ten strzał trafił choć trochę wyżej, toby było gol. Tyle że nie trafił — i nagle nikt nie mówi o normalnej sytuacji strzeleckiej, tylko o „czterech szansach które umarły śmiercią naturalną”. A ja wam powiem: te cztery szanse to była normalka, tylko my jesteśmy tak sfrustrowani, że zapomnieliśmy, jak wygląda normalne strzelanie na poziomie III ligi, nie mówiąc o Ekstraklasie.
No i jeszcze jedno — komuś się zdaje, że jak się oberwie w tabeli od byle kogo, to się wyskoczy z trybuny i zacznie wrzeszczeć „To nie szansa, to loteria!” 🤡 Bo loteria to jest, jak idzie się do bukmachera postawić na Lublin — a na boisku? Tam mamy normalne sytuacje, tylko zanika im magia, jak się trafi na drużynę, która nieźle wie, jak bronić. A my? My dalej jesteśmy tacy sami, z tym samym zapałem, z tymi samymi transparentami… tylko że teraz liczy się każdy gol, bo kibice nie mają już sił na te „wspaniałe momenty” bez bramek. #LublinNaPewnoNieZginieAleMożeByZyskać
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
Ejże, chłopaki, ale wy tu dzisiaj jak na żałobie po pogrzebie św. Walentego! 😂 Co to znowu za traumy z Radomiakiem, skoro przecież jeszcze tydzień temu mieliśmy mecz z Podbeskidziem, gdzie nasz skrzydłowy zrobił takiego drybla na połowę boiska, że aż sędzia musiał gwizdnąć faula, bo napastnik już biegł do bramki?! Normalna sytuacja strzelecka? A niech mnie, chyba zapomnieliście, jak to wyglądało naprawdę — przecież ten facet dostał piłkę w pole karne, obrócił się i strzelił wprost w nogę obrońcy, a to nie jest żadne „ćwiczenie z plasteliny”, tylko normalny strzał, który mógł skończyć się golem, gdyby trafił odrobinę inaczej!
A te wasze „cztery szanse” z Radomiakiem — no dobra, zgoda, dwie były niecelne, ale trzecia, z 12 metrów w ramię obrońcy? Tyle że gdyby ten strzał trafił o 10 cm wyżej, toby było gol i nikt by się nie uskarżał! Przecież to nie jest tak, że nie mieliśmy momentów — my je mieliśmy, tylko że akurat dzisiaj się nie udały, ale co z tego? Mecz to nie maszyna do robienia goli, to walka, emocje, frustracja i radość! A wy tu narzekacie jakbyście się spodziewali, że Lublin będzie grał z robotami!
I jeszcze to gadanie o tabeli — no jasne, że jesteśmy do tyłu, ale kto powiedział, że mamy być na szczycie? Wystarczy, że zagrać z sercem, jak kiedyś, i ludzie będą mówić „o kurczę, fajnie to oglądać!” A nie „no tak, kolejny mecz, kolejna porażka”. I pamiętajcie — za rok pewnie znów będziemy walczyć o coś więcej, a teraz? Teraz liczy się to, że jesteśmy razem, na trybunie, i krzyczymy razem, nawet jak wynik leci na 0:2! 🔴💪 #LublinNaStarejTrybunie
ej ależ wy tu dzisiaj jak na spotkaniu starego klubu emerytów narzekacie, że nie mamy normalnych sytuacji strzeleckich — a ja wam powiem, że właśnie dlatego, że gramy na urządzeniu, bo przecież ktoś tam na górze wziął sobie do głowy, że kibice mają się nacieszyć widowiskiem, a nie wynikami. pamiętam ten sierpień 2023, kiedy to mieliśmy mecz z GKS-em Katowice, i nasz napastnik dostaje piłkę na samym końcu pola karnego, robi jeden obrót i strzela prosto w ramię bramkarza, a ten jeszcze się cieszy, że nie trafił. normalna sytuacja strzelecka? dla kibiców na trybunie to była jak fotka w gazecie sportowej — i co? nikt nie policzył, że ten strzał miałby trafić, gdyby trafił o centymetr wyżej.
a wy tu wrzeszczycie o tych czterech szansach z Radomiakiem, jakby to był mecz życia — a przecież jak się oglądało na żywo, to te „szanse” to były nic innego jak ćwiczenia z rzutami wolnymi na treningu juniorów. no bo weźmy na tapet tę trzecią: skrzydłowy przebija się przez połowę boiska, podaje do napastnika, a ten… trafił w ramię obrońcy, który akurat stał w oknie. to nie jest szansa bramkowa, to jest sytuacja, którą normalny kibic na trzeciej lidze nazwałby „o kurczę, może następnym razem”. i wiecie co? następnym razem było dokładnie tak samo.
a te wasze „sześć sytuacji w trzech meczach” — to ja wam pokażę moje notatki z sezonu, tylko niech nikt nie liczy, że będą tam golasy: lipiec, mecz z Koroną, nasz numer 7 dostaje piłkę, drybluje przez dwóch obrońców i… trafił w słupek. sierpień, mecz z Wisłą, ten sam facet, pół boiska drybling, strzał — i znowu słupek. i co? nikt nie gada o „normalnych sytuacjach strzeleckich”, tylko o „pechu” albo „szczęściu”. a ja wam powiem: to nie pech, to jest po prostu gra na urządzeniu, gdzie piłka ma więcej szans trafić w poprzeczkę niż w siatkę.
i nie oszukujmy się — kibice idą na stadion po to, żeby zobaczyć gola, nie żeby liczyć, ile razy piłka trafi w obrońcę albo w słupek. a my mamy tyle sytuacji „prawie”, że aż przykro. no ale zobaczymy, może kiedyś wreszcie komuś się uda. #LublinZDalekaAleTrzyma
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ej, aleście dzisiaj porządnie podgrzali atmosferę, co? No bo właśnie na taki seans sfrustrowanych kibiców trafia się raz na jakiś czas — gdy ktoś wyciąga te „cztery szanse z Radomiakiem”, żeby udowodnić, że Lublin gra jakieś czary-mary na urządzeniu zamiast na boisku. A tu się okazuje, że Mateusz_Gornik176 pamięta te normalne uderzenia z lutego, jak nasz napastnik dostał piłkę na krawędzi pola karnego i trafił w słupek — ale komu to się chce liczyć, kiedy wynik idzie 0:2? Przecież kibice nie idą na stadion po to, żeby zanotować sobie w zeszycie, ile razy piłka trafiła w ramię obrońcy albo w poprzeczkę, tylko po to, żeby zobaczyć ten jeden moment, który sprawi, że trybuny zatrzęsą się od radości.
A te wasze dyskusje o „normalnych sytuacjach strzeleckich” to faktycznie ciekawa sprawa — bo kto tak naprawdę wie, co to jest? Czy to jest, jak nasz skrzydłowy przebija się przez połowę boiska i podaje do napastnika, a ten strzela z 12 metrów w ramię obrońcy? Czy to jest, jak nasz numer 9 dostaje piłkę, robi drybling i trafił wprost w nogę bramkarza? No bo dla mnie to wszystko są normalne momenty — tylko że akurat dzisiaj nie skończyły się golem, a kibice wychodzą z trybuny z uczuciem, że obejrzeli mecz w kinie, tylko nie dostali biletu na finałową scenę.
I nie oszukujmy się — nikt nie pamięta tych dobrych momentów, jak idzie się z trybuny z zawieszoną głową. Zawsze zapamiętuje się te złe: wynik 0:2, czternaście niecelnych strzałów, cztery szanse, które umarły śmiercią naturalną. Ale przecież te sytuacje były — tylko nikt ich nie liczy, bo kibice są sfrustrowani, a frustracja ma to do siebie, że zaciera pamięć o tym, co dobre. I tak to jest: albo mówisz o tych momentach po meczu, albo jesteś „hajerem bukmacherów”, który liczy tylko na to, że następnym razem będzie inaczej.
A co do tych czterech szans z Radomiakiem — no cóż, dwie były żałosne, trzecia była nieźle ułożona, tylko że strzał poszedł w ramię obrońcy. I wiecie co? Gdyby ten strzał trafił o dziesięć centymetrów wyżej, toby było gol i nikt by się nie uskarżał. Ale nie trafił — i nagle nikt nie mówi o „normalnej sytuacji strzeleckiej”, tylko o „czterech szansach, które umarły śmiercią naturalną”. A ja wam powiem: te cztery szanse to była normalka, tylko my jesteśmy tak sfrustrowani, że zapomnieliśmy, jak wygląda normalne strzelanie na poziomie, który nie jest Ekstraklasą.
No i jeszcze jedno — komu się zdaje, że Lublin to jakaś strata czasu? Przecież ci, którzy siedzą na tej samej trybunie od lat, wiedzą, że te „prawie-goale” to część naszej kibicowskiej codzienności. I tyle. Zobaczymy, co będzie dalej — bo przecież sezon jeszcze trwa, a my jesteśmy tacy sami, z tymi samymi transparentami i tym samym zapałem. Tylko że teraz liczy się każdy gol, bo kibice nie mają już sił na te „wspaniałe momenty” bez bramek.
Najpierw policz, potem się spieraj.