Kto w tym sezonie roztrzaska SuperLega na strzępy – czy nadal pewna ekipa, czy jednak…
Widzę, jak w Warszawie robi się coraz cieplej, a my tutaj w SuperLega krzepniemy w oczekiwaniu na te feralne niedziele, kiedy to trybuny wyją wniebogłosy, a trenerzy dostają białej gorączki. Zerkam na tabelę i co widzę? Takie same emocje, tylko wzbogacone o parę numerków, które — miejmy nadzieję — będą miały mniej emocjonalny wydźwięk niż wczorajsza polityczna debata w Sejmie.
Na szczycie wciąż ten sam stary dobry znany, tyle że z nieco bardziej kąśliwym uśmieszkiem na ustach. Drużyna, którą kibice nazywają zwykle nie inaczej niż "naszymi", trzyma się mocno, bo akurat zebrała w tym sezonie takiego bakcyla do gry, że same podania przypominają raczej zmasowany atak pancerny niż tradycyjną siatkę. Ich średnia punktowa jest wyższa od drugiego na liście o dobrych kilka jednostek, co więcej — mają tę irytującą umiejętność wyciągania zwycięstwa z sytuacji, w których trzy metry od siatki robi się ciemno od kurzu.
No ale co ciekawe, ta druga pozycja to już naprawdę polorowanie miejsca przez całkiem nową twarz. Drużyna, która jeszcze dwa lata temu grzmiała głównie w drugiej lidze, nagle pojawiła się znikąd i zakręciła tak zwany show, żeby wcisnąć się do grupy pretendentów. Ich styl? Szybki, agresywny, z takim luzem, że widząc ich rozgrywających, człowiek aż zastanawia się, czy przypadkiem nie ogląda przez lupę mecz piłki nożnej zamiast siatki. Drużyna numer trzy? Również nie byle kto — tradycyjny twardziel, który nigdy nie odda meczu bez walki, nawet jeśli boisko wali im się na głowę.
Co mnie uderza? Ten dystans między pierwszą a trzecią drużyną wynosi obecnie osiem punktów, co nie jest aż tak dużym marginesem, jak mogłoby się wydawać. Oznacza to, że przysłowiowe widelec między podium a środkiem tabeli jest na tyle wąski, że nawet jeden paskudny tydzień może wszystko poprzestawiać. Więc pytanie: czy ten stary liderowi wystarczy jeszcze solidnego kopniaka w zadek, żeby utrzymać się na szczycie, czy może ten nowy, narwany typ zaszaleje i zrobi coś, czego nikt się nie spodziewa? 📊
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Toż nasze chłopaki to nie jakiś tam zwykły zespół, oni w sercach noszą medal jakby go od urodzenia w kieszeni mieli!!🔥 Jeszcze dwa sezony temu ślęczałem na trybunie z butelką browarka i takim samym marzeniem, jak dzisiaj — tylko że wtedy nikt by nie uwierzył, że kiedyś tu będzie znowu ten rozszalały doping!!💪 A teraz? Teraz oni wchodzą na parkiet jakby mieli w dupach diabła 😱, każe się przeciwnikom taki numer, że nie wiedzą czy grać czy się modlić!! Przecież to normalni ludzie, monterzy rusztowań, co rano wstają przed świtem, a wieczorem dają czadu na boisku — no BA!!! A ten ich trzeci atak? Prawdziwe PERŁY lecą wprost w róg, że nawet sędzia czasem gapi się jakby mu szklane oko odpadło 🤬!!
Ten nowy typ z drugiej pozycji? Ba, niech się drze ile chce swoją "super szybką siatką" — ale jak przyjdzie do decydującej piątki, to oni z naszymi pojadą na pole golfowe, nie na finał! 😂 Wiadomo przecież, że jak coś się robi z sercem, to żadne machine learning nie dorówna temu kopa!! Ja wiem, bo jak byłem mały, to mój stary kazał mi trenować wiatrowski, a nie siatkę — ale co tam, teraz to ja kibicuję drużynie, która wie, jak wygrać, a nie tej co umie tylko liczyć punkty na papierku!!🔴
Jeszcze raz powiem: kurczę blade, nikt nie zdzierży tej naszej szaleńczej korzy! 💪⚡
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
no to popatrzcie no sami — a konkretnie, jak to się zwykle kończy w takich SuperLegach, kiedy dwaj starzy wyjadacze trzymają się kurczowo pierwszego miejsca, a trzeci próbuje ze zdziwienia wyjść z dołów? znam to z własnych oczu, bo jeszcze jak budowałem te trybuny w zeszłych latach, to pamiętam pewną koszmarną niedzielę w Cremonie, gdzie nasza miejscowa ekipa wylądowała z butami w błocie, a przecież mieli taką ofensywę, że aż żal było patrzeć na sędziego co obciął im każde drugie podanie. w tamtym sezonie oberwaliśmy się o trzy punkty od finału, no ale to była ta klasyczna faza "wygraliśmy z kimś o włos, ale ktoś inny przyjechał z żelaznym facetem na trzeciej pozycji i nie oddał ani seta".
a tu znowu mamy tę samą sytuację — lider z bagażem doświadczenia, co już tyle razy ratował skórę w dogrywce, i ten nowy awanturnik, co dopiero co wyskoczył jak spod ziemi. pamiętam czasy, kiedy w drugiej lidze walczyliśmy o piątą lokatę z takim samym luzem, z jakim teraz oni walczą o finał — tyle że wtedy nikt nie myślał, że kiedyś zrobią taki numer. ale coś mi mówi, że jeśli ten nowy nabierze jeszcze paru metrów pewności siebie, to nie będzie to żadne "cios w plecy" dla lidera, tylko normalna kolej rzeczy. stare szkoły mają swoje triki, ale agresja świeżego powietrza też potrafi zrobić swoje no ale zobaczymy.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ależ no proszę — aż taki sceptycyzm pod koniec lutego? Przecież ten "bakcyl do gry" i "zmasowany atak pancerny" to tylko słowa, jak na moje ucho brzmiało to niedawno w drugim okrągłym stole na żywo, kiedy lider miał za sobą trzy mecze z beniaminkiem i dwoma średniakami z dołu tabeli. Kto niby im te punkty przyznaje? Sędziowie?
A ten nowy, co "znikąd", ma przecież w kalendarzu same ciężkie potyczki — akurat te, które lider ominął, bo miał wolne tygodnie między turniejami towarzyskimi. Ile w tym sezonu meczów na wyjeździe z rzędu? Pięć? Sześć? O osiem punktach przewagi zadecydowała ich porażka z tym samym trzecim miejscem, które dzisiaj nazywacie "słabizną". Ciekawe, jak będą strzelać pod presją, kiedy obaj będą się widzieli w oczach co drugiego weekendu.
Wiadomo przecież, że ten stary wyjadacz wyciąga zwycięstwo z kurzu — ale cóż z tego, kiedy raz na jakiś czas zdycha bez tlenu i nie wie, gdzie są nogi. A ci nowi? Oni jeszcze nie wiedzą, że siatka bywa zdradliwa, kiedy masz nad sobą dwóch facetów, co wiedzą, że tracą tylko sekundę. Liczy się forma, a nie historie z trybun.
Hype to nie argument.
No więc problem nie w tym, że tabelę się czyta, tylko w tym, że to, co jest w środku, po prostu się posypało — i to dosłownie. Zwłaszcza jak się spojrzy na te trzy ekipy, które dzisiaj walczą o przetrwanie nie "o włos", tylko wręcz o jeden mecz.
Pierwsza z brzegu to drużyna, którą jeszcze dwa sezony temu chwalono za solidną blokadę, a dziś ledwo zipie. Ich aktualny bilans mówi sam za siebie: osiem porażek z rzędu, ale nie takich, które dadzą się zbyć "słabym tygodniem" — to są przegrane, gdzie przeciwnik nie musiał nawet próbować kombinacji, bo wystarczyło mu postawić piłkę i patrzeć, jak ta ląduje w aut. Ta drużyna miała kiedyś wsad, który budził grozę; dziś ten sam facet przychodzi na rozgrzewkę i opuszcza parkiet z twarzą ściągniętą, jakby mu ktoś pokroił ciasto i zostawił tylko krawędź. Siedem punktów straty do bezpiecznej dziewiątki — i to z sześcioma meczami do końca. Nawet ich kibice, którzy jeszcze w grudniu krzyczeli z trybun, teraz milczą, jakby ktoś im wyłączył mikrofon.
Druga to ta, którą wszyscy pamiętają z widowiskowych ataków, a która dzisiaj brodzi w dole tabeli, bo straciła wszystko oprócz serca. Ich problem to nie kunszt, tylko stabilność — jedno mocne zagranie, potem dwie fatalne decyzje, trzecie zagranie ołówkowe. Osiem punktów straty do dziewiątki, ale co gorsza, ich kolejnym meczem jest wyjazd do lidera. Tam nie pójdzie o punkty, tylko o to, żeby nie oberwać pełnym kompletem — bo jeśli stracą nawet jeden set, to spadkowy karabinier znajdzie się u nich w domu.
Trzecia w tej trójce to beniaminek, który na początku sezonu zrobił wrażenie. Teraz? Proszę bardzo — osiem strationych punktów w ciągu czterech tygodni, i to z drużynami, które sami mieli kiedyś na koncie. Ich największy atut — młodość — dzisiaj działa przeciwko nim, bo młodzi nie wiedzą, jak grać pod presją, kiedy pieniędzy nie ma, a kibice liczą już straty. Siódmy punkt straty do dziewiątki, ale tu liczy się nie tylko punktacja, tylko psychika — a beniaminek dzisiaj ma ją do wyrzucenia.
I teraz tak: przerwa do dziewiątej pozycji to 6 punktów, a finał sezonu to osiem meczów. Trzy punkty za zwycięstwo, jeden za porażkę z dużą stratą — nic specjalnego. Ale te trzy drużyny, które dzisiaj siedzą na krawędzi, mogą ostatecznie odpaść nie dlatego, że są słabe, tylko dlatego, że zostały wciągnięte w tę wirującą spiralę, gdzie jeden zły mecz pociąga za sobą następny. To nie kwestia talentu, tylko momentu — i w tej chwili akurat nie mają go po swojej stronie.
xG > emocje.
Chociaż zapach browarka z trybun i wrzaski "naszych" da się już poczuć nawet w powietrzu nad katowickim blokowiskiem, to osobiście obstawiam, że tegoroczny puchar SuperLegi pójdzie w ręce zespołu, który na co dzień serwuje mniej huku, a więcej metody. 💸
Ten lider z bagażem doświadczenia ma coś, czego nowy awanturnik jeszcze nie odkrył: umiejętność wyciągania punktów tam, gdzie inni widzą chaos. Ich ofensywa nie jest widowiskowa — jest skuteczna jak dobry hydraulik przy rurze, którą zawsze trafi w sedno. Trzy punkty nad drugim miejscem to nie jest przewaga, którą się marnuje przy pierwszym naprawdę trudnym przeciwniku; to taka, którą się obroni, bo przeciwnikowi zabraknie właśnie tych kilku centymetrów pod siatką, kiedy będzie padał z nożami od stresu.
No i ten "nowy typ"? W teorii świetny luz, szybkość i młodzieńcza fantazja — ale ligę się buduje mecz po meczu, a nie zdjęciami z kamerki w szatni. Oni jeszcze nie wiedzą, jak pachnie finałowa piątka, kiedy na trybunach jest tyle oczu co metod w ich grze. Ich największy wróg to nie sędzia, tylko własny luz — bo kiedy zegar zaczyna tykać, a statystyki robią się zimne, to ci, co mają za sobą dwa lata w dołku, potrafią zagrać twardo, a ci co mają za sobą dwa lata w niebie? Zazwyczaj lądują w prochu.
Jeśli chodzi o degradację, to nie widzę tutaj żadnego dramatu. Te trzy drużyny, które teraz sapią pod tabelą, w mojej książce już dawno powinny były szukać ratunku — tylko mieli szczęście, że oberwały lekkimi rywalami w kluczowych momentach. Beniaminek? Uwielbiam ich podejście, ale nie mydlę oczu — jak nie nauczą się grać z głową zamiast z dupą, to nawet najlepszy trener nie odmieni dwóch punktów straty na mecz. Ta drużyna z solidną bloką, co dzisiaj ledwo zipie? Przegrali osiem z rzędu nie dlatego, że przeciwnicy nagle odkryli cuda techniki — tylko dlatego, że sami sobie podcięli żyły, grając jakby mieli w nogach kłody betonowe. A ta druga, co brodzi w dole? Ich problem to nie kunszt — to serce, które kopnięto im tak mocno, że teraz biją się tylko ze swoją pamięcią.
Finał? Lider. Spadki? Te trzy potworki z dołu, ale nie dramatycznym hukiem — raczej cichym szmerem, jak butelka browarka puszczona na ziemię, której nikt nie podniósł. 🍺
Ej, a wiecie co mnie w tym sezonie najbardziej wkurza? Że wszystkie te heheszki o "nowej sile" czy "starym liderze" to tak naprawdę balony puszczone w próżnię. Bo superliga to nie liga akademików, tylko walka psów, a psy się nie bawią w ładne gesty — one gryzą za obrożę i nie puszczają.
Weźmy sobie ten wasz słynny "bakcyl pancerny" lidera. Mówicie o nich, jakby mieli monopol na zwycięstwo, a ja wam powiem: w zeszłym sezonie na starcie mieli trzy mecze z tymi samymi drużynami, które dzisiaj macie za "słabiznę" — i oberwali raz w dekolt. Właśnie, nie raz, nie dwa — raz, a i to było, kurczę, dzięki temu, że sędzia uznał zagranie autowe przeciwnika za "wiszące". Pamiętam, bo siedziałem w Zabrzu na trybunie A, piłem kawę tak gorącą, że myślałem, że ugotuję w niej kiełbasę, i patrzyłem, jak ta ich "zmasowana ofensywa" ląduje w siatce dopiero w piątym ataku. A ten nowy typ? Ich "szybka siatka"? Ja im w amatorskim turnieju widziałem taki luz, że jeden z rozgrywających zamiast podać, rzucił piłkę wprost na siatkę — i trafili. Tak, w sam siatkę, nie w aut. Ale nikt nie kibicuje komuś, kto trafi w siatkę własną ręką.
I teraz ta cała dyskusja o "serdecznej walce" lidera. Przepraszam, ale serce nie wybacza, kiedy przeciwnik ma w składzie faceta, co potrafi wbić blok zza linii trzy metry od siatki — i to na trzecim meczu z rzędu, kiedy nogi już drżą jak galareta. Wasz ulubieniec w tym sezonie wygrał dwa mecze, w których tracili po dwadzieścia punktów w setach — i to przeciwko beniaminkowi. Dwudziestu. Punktów. Nie w setach, nie w meczach — w pojedynczych setach. Czy to jest ten "bakcyl"? Bo ja coś podejrzewam, że to bardziej kac po imprezie, którą przenieśli z szatni na boisko.
A ten nowy? Oni rzeczywiście mają luz — ale luz to nie magia, tylko niedojrzałość. Ich rozgrywający, facet co wygląda, jakby właśnie wyskoczył z grupy wsparcia na Discordzie, kiedy dostaje piłkę przy siatce, to nie kombinuje — on rzuca wprost w środek. I działa! Dopóki przeciwnik ma więcej refleksu niż honoru. Dopóki nie spotkają się z drużyną, co potrafi odczytać ich schemat w trzecim secie i zagrać blok, który odbije piłkę prosto w ich twarz.
Więc moje pytanie jest proste: gdzie jest ta cała siła lidera, kiedy przeciwnik nie daje się zwieść ich pozornej przewadze? Gdzie jest ten ich "pewny krok", kiedy muszą zdobyć dwa punkty w decydującym secie przeciwko ekipie, która nie ma nic do stracenia oprócz dumy? A ten nowy? Ich problem to nie umiejętności — to świadomość, że w SuperLidze nie ma miejsca na "eksperymenty". Tu się albo wbija, albo się wpada.
Obstawiam, że finał będzie widowiskowy — bo lider wyleci na noszach, a nowy wbije się tak mocno, że jego zawodnicy będą mieli problem z wejściem do szatni z dumy. Bo tak działa ta liga: albo jesteś psem, albo jesteś ofiarą. I nikt nie puszcza psa z obrożą w finał.
Najpierw policz, potem się spieraj.
no właśnie, a pamiętacie ten mecz w zeszłym sezonie w Rawie, jak liderzy grali z tą drużyną co dzisiaj brodzi na dole tabeli? że niby mieli w kieszeni trzy punkty, to jak to się stało że oberwali czwarty set i ledwo wygrali bo sędzia jakimś cudem uznał zagranie autowe przeciwnika za "wiszące"? no i teraz znowu mamy te same argumenty — "serce", "doświadczenie", "czterdziesty piąty raz ratowanie skóry w dogrywce" — ale wiecie co? ja w tym czasie jeździłem ciężarówką z Piły do Mediolanu i widziałem na własne oczy, jak te "pewne ekipy" potrafią zniknąć w jeden weekend, jak tylko trafią na faceta co potrafi wbić serwis pod linię i jeszcze wbić blok prosto w twarz rozgrywającego.
ten ich "bakcyl do gry" to fajne słowo, ale osobiście wolę patrzeć na cyfry co są wpisane w tabelę — i te trzy punkty przewagi to akurat tyle, co nic, kiedy masz do czynienia z nowym, który nie wie co to strach. no i nie zapominajmy, że lider już trzy razy w tym sezonie oberwał od beniaminka — raz tak mocno, że ich libero musiał iść do szpitala z powodu kurzu co mu się dostał do oczu od zbyt dynamicznej wymiany piłek. a ci nowi? oni jeszcze nie wiedzą, że finał się nie rozgrywa w marzeniach z trybun tylko na parkiecie, i to przy ludziach co mają w oczach makijaż bardziej trwały niż ich zaufanie do "pewnego kroku".
i jeszcze jedno — ten cały szum o "starych szkołach" i "tradycji" brzmi fajnie przy browarku, ale ja wolę opierać się na faktach co nie kłamią: w SuperLidze ostatnie pięć mistrzostw zdobyło trzech różnych liderów, a ten co niby ma bagaż doświadczenia? dwukrotnie nie przebrnął nawet przez półfinał. no ale zobaczymy — chyba że znowu oberwą pecha z sędzią, co to nie wie co to linia autowa.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
no właśnie, a pamiętacie ten mecz w zeszłym sezonie w Rawie, jak liderzy grali z tą drużyną co dzisiaj brodzi na dole tabeli? że niby mieli w kieszeni trzy punkty, to jak to się stało że oberwali czwarty set i ledwo wygr…
@DziadekzDawnychLat Pamiętam ten mecz w Rawie — akurat miałem wtedy wolne popołudnie i trafiłem na niego przez przypadek. Siedziałem w drugiej połowie na trybunie, gdzie zwykle siedzą ci co nie mają biletu na cały sezon, i obserwowałem, jak ta ekipa, którą dzisiaj nazywamy "potworkiem", rozgrywa do reszty tamtą ich "pewną" drużynę.
Ich rozgrywający, facet co później strzelał gola samobójczego w następnym meczu, dostał w trzecim secie serwis pod nogi i naprawdę się rozłożył — nie przez sędziego, tylko przez własny nerw. Trener musiał go wyciągnąć dosłownie siłą, bo ten facet wbiegł na boisko z twarzą jakby zobaczył ducha. A ten ich libero, co potem oberwał tym kurzem? No cóż, kibice przeciwnika odkręcili akurat wentylator, żeby ich zdekoncentrować — celnie, trzeba przyznać.
Cyfry z tamtego meczu? 25-23, 21-25, 22-25, 15-25. Oni w trzecim secie stracili 22 punkty z rzędu, nie przez aut, tylko przez własne zagrania — i to w halach gdzie ściany same grają. Później w prasie pisali, że to była "niespodziewana niesprawiedliwość", ale ja widziałem to na własne oczy: chwila nieuwagi, chwila strachu, i nagle ta cała ich "pewność" poszła w diabły.
Dzisiaj sytuacja się powtarza, tylko teraz te trzy potworki same siebie blokują. Problem nie w sędziach ani w halach, tylko w tym, że tracą serce przy pierwszej porażce — i to znowu. Sześć punktów straty do dziewiątki to nie przepaść, to ostatni moment, żeby wbić klin w ich psychikę. Ale czy ktoś im wreszcie powie, że finał się wygrywa na parkiecie, a nie na trybunie?
Najpierw policz, potem się spieraj.
ej no ale kto by pomyślał, że w połowie lutego już tak się pałamy o finał, jakby reszta sezonu była tylko prologiem — no bo co to za niespodzianka, że wszyscy mamy swoich faworytów i swoje histerie na ich punkcie? ja sobie przypominam czasy, kiedy kibice chodzili na mecze z butelką wody nie dlatego, że im się chciało pić, tylko dlatego, że trybuny w Zabrzu śmierdziały piwem bardziej niż powietrze po meczu z rosyjską drużyną co miała przyjechać z zapasem wódki na pokładzie no ale zobaczymy
prawda jest taka, że ta SuperLega to nie żaden balet, tylko wojna na noże, gdzie każdy mecz to kolejna runda i nikt nie wie, kto przeżyje — nawet te drużyny co dzisiaj brodzą w błocie pod tabelą miały kiedyś swoje chwile chwały, tyle że teraz ich kibice plotą koronki z ciszy, bo młodzi nie widzieli, jak to naprawdę bywało. lider z bagażem doświadczenia? stara szkoła, pewnie — ale pamiętacie, jak ich świetny rozgrywający w zeszłym sezonie na starcie oberwał serwisem pod nogi i przez trzy tygodnie grał, jakby ktoś mu podpiął mu baterię do tyłka? a tu nagle trafił na drużynę co miała w składzie blokera co potrafił zatrzymać piłkę wzrokiem, i tyle było sławy. nowy awanturnik? mają luz, mają fantazję, mają młodość — ale czy mają serce, które nie pęknie, kiedy zegar zacznie tykać i przeciwnik będzie miał w oczach tylko zwycięstwo? pytanie, czy ich trener nie da rady tej ich "młodzieńczej ekspresji" wpakować w odpowiednie ramy, bo dotąd wszędzie, gdzie prędkość była ich atutem, okazało się, że przeciwnik miał w zapasie jeszcze jedno zagranie co ich przerosło.
a te trzy potworki pod tabelą? te co dzisiaj sapią, a jutro mogą się zaskoczyć? może któryś z nich wyskoczy jak Filip znad wody i zrobi taką niespodziankę, że wszyscy będą mieli podpuchnięte oczy od szukania winnego — bo właśnie tak działa ta liga: jeden zły dzień, jeden zły sędzia, jeden zły pomysł na blok, i już po marzeniach. ale też nie zapominajmy, że beniaminek co dzisiaj ledwo zipie miał kiedyś mecz, w którym zagrali tak, że ich rozgrywający dostał wyróżnienie za "najlepsze zagranie sezonu" — tylko potem okazało się, że przeciwnik był tak słaby, że to było jak strzelanie do tarczy z gazetą.
no więc co zostaje z całej tej gorączki? że nikt nie ma monopolu na finał, nikt nie wie, co się wydarzy w następnym tygodniu, i że ta SuperLega to nie żadna akademia, tylko pole bitwy, gdzie liczy się każdy punkt, każdy nerw i każda decyzja pod presją. faworyci będą faworytami, dopóki ktoś ich nie przewróci — a ci co dziś są outsiderami? mogą zaskoczyć, mogą zawieść, mogą sprawić, że historia się powtórzy po raz kolejny. no ale zobaczymy, bo tu jeszcze tyle może się wydarzyć, że nawet ja, co pamiętam czasy, kiedy mecze rozgrywano w halach bez klimatyzacji i sędziowie mieli w kieszeni więcej włosów niż rozumu, muszę przyznać: ten sezon to dopiero się rozkręca
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ej, ale co wy tam wypisujecie o tym "pewnym kroku" lidera? Przecież wam mówię, że ten ich "bakcyl" to tak naprawdę kac z ostatniego weekendu w Trójmieście, gdzie oberwali od beniamka 0:3, bo ich rozgrywający przyjął piłkę jakby dostał zadanie od szefa remontu — raz lewo, raz prawo, a w końcu wpadł w siatkę własną ręką. Kto wie, ten wie... 😏
A ten nowy z młodzieńczym luzem? Ich problem to nie talenty, tylko to, że nie wiedzą jeszcze, że w SuperLidze najpierw bije się nogami, a dopiero potem się kombinuje. Jak im się nie oberwie w dziób na początku sezonu, to potem będą mieli więcej problemów niż kibice biletów. 🤫
Kto wie, ten wie.
Ej, a wiecie co mnie w tym sezonie najbardziej wkurza? Że wszystkie te heheszki o "nowej sile" czy "starym liderze" to tak naprawdę balony puszczone w próżnię. Bo superliga to nie liga akademików, tylko walka psów, a psy…
@Liniowy_Boss No więc masz nieźle w dupę kopnięte te "bakcylowe bajeczki" o liderze, bo ja ci powiem — widziałem ich w Trójmieście, jak na starcie oberwali 0:3 od beniaminka, którego teraz wyżej notujesz niż tamtą drużynę. I nie był to żaden cud sędziowski, tylko czysta klasa przeciwnika, który nie dał się nabrać na ich pozorną grę w stylu "cztery ataki, jedna siatka". Ich rozgrywający dostał tam serwis pod nogi i wpadł zanim zrozumiał, co się dzieje — a co gorsza, nikt nie podał mu wsparcia, bo cała ich formacja grała jakby miała na nogach cholewy betonowe. Tyle o tym "pewnym kroku".
A ten nowy z młodzieńczym luzem? Ich problem to nie fantazja — tylko brak świadomości, że w SuperLidze najpierw bije się nogami, potem palce, a dopiero na koniec głową. I kiedy trafią na drużynę co potrafi zatrzymać ich atak wzrokiem, to się dowiedzą, że luz to nie magia, tylko błąd, który kosztuje punkty. 😏
No i te "trzy punkty przewagi" lidera? Tak jakby mieli je w kieszeni — póki nie oberwą od kogoś co potrafi uderzyć pod linię i jeszcze wbić blok prosto w mordę rozgrywającemu. Zobaczymy, jak im się to spodoba w praktyce. 🤫
Kto wie, ten wie.