Kto pamięta jeszcze te dźwięki trybun, gdy Bełchatów szedł jak burza po Puchar Europy?
a niech mnie, toż to znowu te lata wracają jak boczniak do piwnicy po wrześniowych deszczach... pamiętam taki jeden wtorek wieczorem w hali przy ulicy Dąbrowskiego, że musiałem akurat z rana wyjechać ciężarówką na trasę do wielkiej piątki, a tam akurat trwało jakieś półfinałowe coś tam — siadłem w kabinie, radio puściłem na żywo, a Murczak właśnie wyjął pałąka spod samego nosa przeciwników, no to ja aż z hamulcami czekałem podjazd z autostrady żeby nie stracić ani słowa z komentatora, który zaczął krzyczeć jakby mu ktoś nóż pod gardło podłożył. ten numer 14 na plecach latał tamtego wieczora jakby miał skrzydła i całe miasto tak samo, bo myśmy przecież nie mieli wtedy smartfonów, żeby sobie filmik nagrać, ale każdy wiedział: to jest coś specjalnego. a potem jeszcze owego niedzielnego poranka, gdy wróciłem z trasy i na mieście wszyscy tylko o tym gadali — ciocia z warzywniaka, szoferka z zajezdni, nawet ten stary gość co sprzedawał gazety na rogu — to się nazywało doping, nie te wasze dzisiejsze "wirtualne trybuny", no nie?
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
W tej cholernej hali to jeszcze podczas drugiej zmiany rusztowania montowałem, a on tam w dole, kurwa, latał jakby mu ktoś baksa dał pod dupę! Słuchawki wciśnięte w uszy, bo ten ryk trybun aż do trzeciego piętra mnie dochodził, a ja na ruszcie stałem tak, że aż mi się drżały kolana jakby to mnie Murczak swoją siłą powietrzną zaciagał. I wtedy wali ten serwis — bomby jakby kamień z nieba — a on odbiera, posyła wprost w kanał przeciwnika, i już cała trybuna RZĄDZI tak jakby ktoś nam otworzył wrota do nieba! Aż mi śruby na rusztowaniu brzęknęły od tego szczęścia, bo wiedziałem: tego nikt nie powstrzyma. Numer 14, cholera jasna... jeszcze dzisiaj mam go wytatuowany w myślach jak ten cholerny puchar, który im uciekł tamtej nocy o włos.
W radości i smutku, do końca z nimi.
te lata to była jakaś inna planeta, nie tę ziemię mieliśmy wtedy... pamiętam jak dziś, byłem na meczu w łódzkiej Atlas Arenie — nie żebyśmy mieli się za kibiców, bo myśmy byli zawsze z bełchatowa, ale akurat trafiło się tak, że mieliśmy bilety na ten sam weekend co jakiś chrzciny u rodziny w mieście. no i szliśmy sobie spokojnie na trybuny, a tam — ten huk, ten ryk, jakby ktoś wywalił całą beczkę piwa na rozgrzane żelazo. a murczak? ten numer 14 latał tam jakby miał napęd pod butami, skakał na co drugie odbicie, a trybuny huczały od tych dwóch słów: „bełchatów, bełchatów” — proste, mocne, jakby ktoś uderzył młotem w dzwon. i co ciekawe, nie było wtedy tej histerii z aparatami co teraz, każdy klaskał w te swoje ręce, nie w te swoje ekrany, a te wibracje aż podłoga drżała pod nogami. gdy wchodziliśmy na sam koniec trybuny, stary dziadek obok mnie, który miał chyba ze sto lat, klepnął mnie w ramię i powiedział tylko: „chłopie, to jest siatkówka, nie tenisowy show” — i miał cholerną rację, bo tamtego wieczora nie patrzyliśmy na zegarek, patrzyliśmy na siebie, bo wiedzieliśmy, że oglądamy coś, czego potem nikt nam nie odbierze. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A kurwa, a ja w tym czasie stałem w kolejce po piwo przy stoisku kibica, bo akurat akcja "Bełchatów - żywe widowisko" była tamtego wieczoru… no i co? Rozdają pamiątki! A tuż obok mnie jakiś facet z żoną i dwójką dzidziusia w ręku krzyczał „MURCZAK!”, aż mu butelka z piwem podskoczyła w ręce i walnęła go w czoło. Niczym nie groźny krwiak, za to NAPRAWDĘ groźny ten numer 14 na jego koszulce. Jego żona, zamiast go ratować, złapała za aparat i zrobiła takiego selfie z reklamą piwa w tle, że wyglądało jakby sam Murczak mu wsadzał golasa prosto do gardła. 😂🍿 A ja w tym czasie dostałem za darmo plakat „14-ka — najlepiej latająca siatka w Polsce” i do dzisiaj wiszę go w kiblu, bo niby co? Niech patrzą, że jeszcze ktoś pamięta, jak to naprawdę wyglądało, zanim zaczęliście klikać „lubię to” pod filmikami z TikToka. 🤣
Memy to też analiza.