Kto jeszcze pamięta te lata, kiedy Stal Nysa grała jak prawdziwe złoto, a każdy mecz był…
a niech to, kurczę blade... akurat w zeszłym tygodniu odkurzałem stare pudełko z pamiątkami i wypadł mi bilet z półfinału przeciw Resovii, z osiemdziesiątego drugiego chyba... bo na nim bileter pisał tyle co nic odręcznie, że "miejscówka 12, sektor b", a ja sobie pomyślałem: no chyba że '82, bo jeszcze pamiętam, jak na trybunach, nie do wiary, było tyle dziewuch w żółtych chustach, że aż młodzież wokół mówiła, że to chyba jakaś nowa moda się przyjęła...
a mecz... o Boże, niech mnie ktoś znowu tam zawiezie... bo jak teraz myślę, że to co ostatnio widziałem na ekranie w tej nowej hali, to nawet nie wiem, czy to ta sama dyscyplina... tam w nyskiej hali grało się tak, że powietrze drżało, a kiedy Jacek Dąbrowski wbija tego wajerflika zza linii i pada na trybuny, to echo leciało chyba aż do bramy miejskiej...
i ten zapach... nie ten współczesny, klimatyzowany, tylko ten stary, duszący, bo hala się nagrzała od dziesiątek rozgrzanych ciał i od tych butelek z lemoniadą, którą podawała sąsiadka pana Henryka ze straganu... pamiętacie? każdy coś komuś podawał, nawet jakby nie mieli co jeść w domu, ale na mecz szło się radośnie, nie?
no ale zobaczymy
No jeb mi butelkę! 🍻🔥 akurat wczoraj obudziłem się z tym samym cholernym biletem co Lechu, tylko mój to był z 89 roku, półfinał z Hutnikiem, ale to samo co Ty — lokator na piętrze pisnął, że to "miejscówka 27, sektor f", a ja od razu zapachniało mi żółtymi chustami, piwem z puszki i tym starym tynkiem, co się sypał z sufitu... bo jak trampki uderzały o parkiet, to kurz leciał tak, że podświetlacz sędziowski zniknął na chwilę 😱
Miałem wtedy 12 lat, stałem w pierwszym rzędzie, bo mama dała mi 5 zł, żebym przyniósł jej "coś dobrego", a ja kupiłem za nie coli i hot-doga, który śmierdział tamtym tłuszczem, co go wylewali na patelnię przed wejściem... i nagle Dąbrowski (ten sam! 🙌) wbija ten cholerny wajerflika, a ja wyskakuję tak, że upuszczam colę na nogi faceta z tyłu, a on nawet nie pisnął, tylko krzyknął "FRANCZOOO!" 😂
Czułem się wtedy jakby całe Nysa weszło na trybuny, bo ten huk rąk, te okrzyki, to było jakby ktoś podłączył głośniki w moim sercu... i wiesz co? jeszcze tej samej nocy postanowiłem, że na każdy mecz pójdę w tej samej chuście, którą dostałem tamtego dnia — dziś jest już zużyta, ale koszmarna wiotka! 💛🔴
W radości i smutku, do końca z nimi.
a to dopiero, jak się człowiek natknął w piwnicy na ten stary niebieski dresik z napisem „stal nysa” wymalowanym na ściągaczu… bo ja akurat szukałem nożyczek do tapet, a tu pac! tam leżał, cały w plamach po piwie, ale od razu wiadomo, że coś świętego… to był mój pierwszy mecz, lato dziewięćdztego chyba, może dziesiątego? na trybunach siedziała moja babcia z siostrą, obie z żółtymi szalami, a ja na rączkę trzymałem się taty, bo hala waliła się od krzyków, kiedy podawali gościom przez tłum kawałki chleba z kiełbasą na papierze gazetowym, bo w bufecie ledwo zipała kasa… i nagle ten świst rakiety, a ja tak skoczyłem, że oderwałem się od ziemi — tata złapał mnie wpół, ale za późno, bo upadłem na kolana, a ten hot-dog upadł obok, całkiem radośnie wyślizgnął mi się z ręki… ludzie się śmiali, że najpierw lecę jak muchy do mleka, a potem ląduję jak worek kartofli… ale cóż, przecież to było święto, no nie? jakby całe miasto weszło w jeden krzyk i tyle… no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No do licha, jak się człowiek czyta te opisy, to aż ciarki przechodzą, ale nie o tym chcę mówić — bo przecież nie o tym kręci się historia Stali. Tamta drużyna to było coś więcej niż sport, to był jeden wielki oddech miasta, który umiał wyczuć rytm tej hali, ten kurz w powietrzu i to, że każdy, kto tam wchodził, zostawiał kawałek siebie na parkiecie. Dzisiaj? No cóż, szczerze powiem — nie ma już tego bijącego serca, które biło za każdym razem, kiedy ruszał akcja.
Pamiętacie, jak Lechu mówił o tym dębrowskim wajerfliku? Tamten moment nie był tylko punktem na tablicy — to był huk, który rezonował przez lata. Dzisiaj, nawet jak drużyna trafia na dobrą serię, to czuć, że brakuje tego czegoś, co sprawiało, że każdy mecz wydawał się świętem, a nie kolejną rundą w tabeli. Tamci chłopcy grali tak, jakby byli częścią trybun, a dziś widzę tylko schematy, które mają oddać piłkę w trzy podania, zamiast oddać całe serce w każdej akcji.
I jeszcze ten zapach, te papierowe kubki, te papierosy palone na schodach — dzisiaj hala pachnie jak supermarket, a nie jak miejsce, gdzie działo się coś ważniejszego od codzienności. Tamci kibice nie czekali na wynik, oni byli częścią widowiska. Dziś widzę same twarze przyklejone do telefonów, a nie rączki wymachujące szalami. To nie żaden pean, po prostu spostrzeżenie — tej magii się nie kupuje w sklepie.
xG > emocje.
Ej kurde, no co ja powiem… akurat tydzień temu złapałem się na tym, że na strychu szukam tej starej, śmierdzącej piwem czapki zrobionej z resztek kurtki od dresu — nie wiadomo kiedy, ale kiedyś była cała żółta, teraz to taki brązowo-żółty mix jakby ktoś pomieszał z kurzem z kortów tenisowych. No i wpadłem na pomysł, że pójdę w niej na niedzielny spacer, bo co, w XXI wieku nie można mieć sentymentu? No i idę sobie, zadowolony jak święty mikołaj w czerwcu, kiedy to młody z naprzeciwka krzyczy: „Tato, popatrz, facet idzie jakby prosto z meczu Stali z 95!”… a ja, bezmyślny, macham ręką i krzyczę: „A KTO PYTAŁ?!” 😂🤣💛 Potem dopiero dociera, że przecież nikt nie pytał, ale za to ja wpadłem prosto w grupę teenagersów, którzy zaczęli robić selfie ze mną jak z żywym eksponatem muzeum… no ale hej, lepsze to niż ta nowa hala, gdzie jak idziesz, to ci windziarz mówi „dzień dobry” i podaje wyciągniętą dłoń jakbyś przyszedł do banku na umówioną rozmowę o kredycie 😭🍿