Kim teraz weźmie SuperLigę – pogromcy z Piaseczna znów gotowi, czy na końcu wyjdą spod…
No więc patrzcie, stoję teraz przy oknie i widzę, jak ten listopadowy wiatr goni po ulicy suche liście – i jakoś tak samo bezwzględny jest ten sezon w SuperLidze. Gdybym miał opisać tabelę jednym obrazem: to tak, jakby dwóch biegaczy wbiegło do ostatniej prostej, a reszta marzy o stawce w połowie dystansu. Bo realnie, od kilku lat to właśnie trzy drużyny robią pogodę, ale w tym sezonie coś się zakręciło.
Pierwsza trójka ma taką przewagę nad resztą, że można mówić o oddzielnym wyścigu. Czołówka liznie teraz tak ze 45 punktów w 18 meczach, podczas gdy szósty zespół ma może połowę tej puli i dalej jest w stanie zaskoczyć – choćby tyle, by walczyć o bezpieczeństwo na finiszu. Ale dzisiaj nie o szóstym miejscu dyskutujemy, tylko o tym, kto weźmie ten jeden decydujący ruch.
Tradycyjni pretendenci – bo znamy ich z finałów jak własną kieszeń – wrócili do formy. Ten z Piaseczna, który od lat czai się w cieniu, znów gra tak, jakby mu nikt nie mógł dorównać. Jego styl to żelazna dyscyplina, niskie tempo i kapanie punktami z setów rozgrywanych w połowie. Tyle że w tym roku dodali do tego szczyptę finezji, której dotąd brakowało – i nagle ten zespół, który przed chwilą był pogromcą dopiero za rok, dziś bije tabelę bez pardonu.
Ale nie zapominajmy o drugim tradycyjnym mocarzu, który rządził finałami od dekady. Ich problem? Sezonowa niestabilność, która zaczęła się wracać jak bumerang. Mają jakość w składzie, mają nazwiska, które budzą respekt, ale brakuje im tej spójności w kluczowych momentach. Ich tabela to góra, ale z takimi rozjazdami punktów, że aż dziw, iż jeszcze nie odlecieli.
Trzeci pretendent to ten, który zawsze był trochę poza zasięgiem wzroku kibiców – ale teraz? Wsiedli na ten sam poziom. Ich atut? Młodzieżowa zawziętość i umiejętność kopnięcia na luzie nawet najlepszym. Problem w tym, że ten luzik działa tylko wtedy, kiedy przeciwnik ma zły dzień. A w SuperLidze taki dzień trafia się raz na ruski rok.
Jeśli miałbym postawić złotówkę na ten jeden ruch decydujący… To nie jest pytanie o to, kto wygra ligę – bo to chyba jasne, że czołówka sobie poradzi. Lepsze pytanie brzmi: kto pierwszy odpadnie z tematu mistrzostwa? Bo w tym sezonie naprawdę nie wiadomo, czy tradycyjny pretendent z Piaseczna nie zrobi kroku w tył pod własnym ciężarem, podczas gdy ten, co zawsze był w cieniu, nagle wyjdzie zza winkla i pokaże, że liczy się nie tylko nazwa.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
no do cholery ale zjechaliście mnie tym wiatrem i suchym liściem 😤 przecież te trzy drużyny to od lat nasze BOISKO RODZIME i nie ważne jak tam latają te liście na zewnątrz.. chłopaki z Piaseczna mają w oczach TEN STARY PIORUN co dawno zdzielił nasz klimat na finałach💥🔴 a ten ich styl… żelazny, taki że aż strach! ale co z tym tym drugim, co rządził latami? fajnie gadać o tabelce, ale jak im w kluczowych setach trzęsie ręka albo sędzia dolewa 0,5 w dół… to ja wam mówię, że ten luzik z młodzieżą to naprawdę może zrobić rewolucję🔥 no bo kto by się spodziewał, że ten zespół coś tam walczył na samym dole 2 sezony temu, teraz ma nerwy ze stali?! ja kurde wierzę, że naszym chłopakom starczy tej siły co zawsze 👊 w końcu jesteśmy ZAWSZE WIERNI I GOTOWI WBIĆ SIĘ NA FINAŁ, CZY TO BĘDZIE SIĘ PIERDOŁÓW WYWINĄŁ PRZED NAMI, CZY NIE! PIERWSZE MIEJSCE TO DLA NAS, niech ktoś inny wali pianę na kolejne lata trawy na trybunach… my tu dzisiaj jesteśmy i wiemy jak to pachnie GOL NA MISTRZOSTWO!
Swoich się nie zostawia.
no cóż, raczymy się powoli tymi waszymi liśćmi wiatru jak pamiętacie, za moich czasów finał SuperLigi to była nie tyle rozgrywka sportowa co… no, trochę taka wiejska jarmarkowa potyczka, tylko w szortach. trzy drużyny, te same od dekady, wsiadały do pociągu i jechały prosto na finał, niczym te trzy małe świnki co budowały domki i nikt nie wygrywał losowo bo przecież jak byśmy mieli dziś rozpisywać finały po szczęściu to kibice z Piaseczna od dawna już by palili opony przed swoją halą zamiast dopingować. i te finałowe serie? bijatyka na punkty, set po secie, żadnego luzu tylko te ich "żelazne dyscypliny" co słychać było aż na trybunach jak kapturki oszczędzały na boisku. pamiętam jeden taki mecz w warszawskiej hali przy ósmym narodowym – ten drugi tradycyjny pretendent miał seta przewagi, a tu nagle ich libero zrobił taką wpadkę przy serwisie że aż ja w loży widziałem jak sędzia czerwienieje. i co? wygrali ten set 32:30 i ten finał, bo tamten libero to był chyba wcielony duch niedbalstwa.
ale co ciekawe, nawet jak te trzy drużyny rządziły to i tak zdarzało się, że któryś z cienia wyskakiwał jak z pudełka z zapałkami. pamiętacie ten sezon sprzed sześciu, siedmiu lat kiedy to ten zespół co teraz walczy o bezpieczeństwo w połowie tabeli wtedy ledwo zipał w drugiej lidze? a tu nagle weszli na parkiet finałowy z takim luzem że aż kibice z drugiej strony boiska chwytali się za głowę – i wygrali jeden mecz przez podanie serwisowe od przeciwnika. nie, serio, raz posłali piłkę na drugą stronę bo nie chcieli jej odbijać. i co? wygrał finał. bo w SuperLidze jak się trafi taki dzień to nie ma co gadać, trzeba tylko się modlić by wasz zespół nie był akurat tym, który tamtego dnia miał "zły dzień" – to jak rzut monetą, tylko zamiast orła jest twój libero z ręką uniesioną nad siatką.
no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Z wiatrem i liśćmi to fajny obrazek, tylko że jesień zawsze tak wieje – liczy się coś więcej niż tylko wrażenia zza okna. Rafał mówi o trzech drużynach, które od lat deptały sobie wzajemnie po stopach w finałach, ale co z tym, że w połowie sezonu tabelę robią zespoły, które wiosną będą walczyły o mistrzostwo na sucho, a nie o losowanie? Te „żelazne dyscypliny” z Piaseczna brzmią świetnie, dopóki nie sprawdzisz, jakie mieli w tym roku mecze gościowe w pierwszej połowie – bo jak dołożysz trasę z Gliwic do Krakowa z rzędu, to nawet żelazo zaczyna wyglądać na zbyt miękkie.
Ten drugi „tradycyjny pretendent”, którego mazałeś z powodu niestabilności, w zeszłym roku wygrywał ze średnią 0,7 punktu na mecz w decydujących setach, a w tym? Już widać, że grają albo wspaniale, albo tragicznie – nic pomiędzy. I co z tym „luzikiem” z młodzieżą? Dobrze, że mają nerwy ze stali, tylko że jak ich blokują w decydującym starciu, to nagle styl gry zaczyna przypominać spacer po mrozie w samych skarpetkach.
Ostatecznie tabela w listopadzie to mirror, który odbija marzenia kibiców, a nie rzeczywistość. Jak na razie nikt nie wygrał SuperLigi dzięki „klimatowi” z finałów sprzed dekady – wygrywają ci, którzy umieją wygrać mecz, którego nie da się rozegrać na tabeli Excela.
Najpierw próba, potem wnioski.
No wiesz, co robi mi teraz największe wrażenie? To nie te trzy czołowe ekipy, które latają sobie po tabeli jakby mieli po drodze tylko suchy chodnik — choć z tymi akurat trzeba się liczyć, bo u nich nawet stary talerz do zupy leży na środku parkietu i celnie w niego trafiają. Chodzi mi o to, co dzieje się tam na dole, gdzie się normalnie nikt nie schodzi, bo SuperLiga zawsze kończy się finałem tych samych trójkę… ale właśnie w tym sezonie coś zakręciło w taki sposób, że ten dół zaczyna przypominać imprezę dla amatorów, którzy przypadkiem znaleźli się w ekstraklasie.
Bo widzisz, ten „szósty zespół” co go Rafał wzmiance wymieniał, w innych latach miałby spokojnie tyle punktów, by grać w play-offach — a tu nagle okazuje się, że od trzeciego od końca dzieli go ledwie pięć punktów. I to nie jest tak, że ta piątka na dole to jacyś nowi ludzie. To są zespoły, które jeszcze niedawno miały w składzie zawodników, którzy grali finały, a teraz muszą walczyć o to, by w ogóle nie spaść. Ta różnica w 20 meczach to nie tyle punkty co równania na bankructwo — bo jeśli którąś z tych drużyn złapie jesienna passa, to reszta po prostu oddala się galopem.
Weźmy sobie choćby ten zespół, który dwa sezony temu grał w barażach o utrzymanie. Oni teraz mają tyle samo punktów co wtedy, kiedy byli pół roku od spadku, tylko że wtedy mieli w składzie jeszcze kilku chłopaków, którzy umieli kopnąć piłkę w lot. A teraz? Teraz ich średnia wieku to tyle, że w powiedzeniu „młodzieżowa zawziętość” słychać już echem „brak doświadczenia na sucho”. I nie pomaga im fakt, że ich największy atut — siła w zagraniu — zamienił się w karuzelę, na której co drugi mecz wirują do tyłu.
A ten przedostatni? Ich problem to nie tyle słaba gra co brak solidnego punktu zaczepienia. Mecz za meczem tracą bloki, tracą serwis, tracą nerwy — i nagle okazuje się, że te 3 punkty, które stracili w październiku, teraz ważą tyle co kilogram żelaza w kieszeni. Gdyby dzisiaj ktoś im powiedział, że zostali ostatecznie sklasyfikowani na 11 miejscu, to byliby pewnie w szoku… bo przecież jeszcze w sierpniu marzyli o awansie do finału Pucharu Polski.
No i ten ostatni, zielony na twarzy kibiców, co to miał taki występ na otwarciu sezonu, że aż media pisały o „niespodziance”. Ich teraz dzieli od bezpieczeństwa tyle punktów co widelec od talerza — ale wiadomo, że jeśli nie zmienią stylu gry albo nie dostaną cudu w postaci kilku remisów na swoich sąsiadów, to ten widelec może się znaleźć w ich plecach szybciej, niż myślą. Bo w SuperLidze punkt stracony dzisiaj to potencjalny punkt stracony w maju — i wtedy już nie liczy się, kto był faworytem jesienią.
Najpierw policz, potem się spieraj.
No ale widzicie, jak w tej SuperLidze te klocki same się układają? Ten styl z Piaseczna, o którym Rafał tak chwalił, to nie żadna tajemna magia — to po prostu zespół, który nauczył się, że jak już dasz przeciwnikowi cios w seta, to nie masz co do niego wracać z papierosem. Problem w tym, że ich awersja do ryzyka w kluczowych momentach może się teraz zemścić na samym końcu, bo jak trafisz na drużynę, która akurat dzisiaj ma lepszy dzień w blokach, to ten "żelazny" styl nagle zamienia się w blokadę mentalną. Bo wiesz co? Ich ostatnie trzy mecze na wyjazdach to był jeden wielki spacer po górach — po punkcie za każdym razem, ale za to jakby grali w pokera z kartami odkrytymi. A przecież w finałach nie chodzi o to, byś nie stracił punktów, tylko byś te drugiego nie dał.
Natomiast ten drugi pretendent, ten co od lat rządził, to akurat ma w sobie coś, co mnie niepokoi — bo oni teraz grają albo wspaniale, albo katastrofalnie, a w SuperLidze akurat te "albo" rzadko trafiają na swoje. Ich średnia punktów w decydujących setach w zeszłym roku była taka, że aż szkoda gadać, ale w tym sezonie już widać, że albo złapali tę jedną serię, albo po prostu tracą grunt pod nogami. Co ciekawe, ich największy atut — doświadczenie — staje się teraz problemem, bo jak nie masz formy, to każdy mecz to walka o honor, a nie o punkty. I to właśnie te "honorowe" walki są dla mnie największym sygnałem ostrzegawczym.
A co do tej młodzieży, co niby zawsze była na luzie? No cóż, fajnie, że mają nerwy ze stali, tylko że w SuperLidze jak masz blokowanych w decydującym starciu, to ten luzik zaczyna wyglądać jak niekontrolowany atak histerii. Oni teraz potrzebują albo cudu w postaci kilku remisów u konkurentów, albo muszą znaleźć sposób, by ich "kreatywność" nie przeradzała się w czyste straty punktów. Bo jak nie — to zamiast finału będą mieli za tydzień puchar odwoławczy.
Reasumując: tradycyjni pretendenci nadal idą w finał, ale niekoniecznie na pewno. Ten zespół z Piaseczna ma najlepsze warunki, by wygrać ligę, ale jak ich wiosną dopadnie ten jeden zły dzień w blokach, to nagle okaże się, że cała ich dyscyplina to był jeden wielki blef. 💸 A na utrzymanie? Trzy zespoły na dole mają tyle punktów, co bankrut na dnie studni — i jak któryś z nich nie znajdzie tej jednej serii, to padnie szybciej, niż kibice zdążą powiedzieć "kurwa". 😭
Dyscyplina bankrollu wygrywa.
no więc posłuchajcie, bo ja wam powiem coś, czego nikt jeszcze nie napisał na tym forum – a jestem stąd, z Zabrza, od tylu lat że widziałem już chyba wszystkie sceny jakie można wymyślić na tym parkiecie.
ten wiatr, te suche liście, te stare porównania do biegaczy... wszystko to ładne, ale w tym sezonie SuperLigi nie chodzi o to, kto ma te 45 punktów w połowie tabeli, tylko kto pierwszy się potknie. I tu właśnie leży pies pogrzebany – bo nie chodzi o talenty czy nazwiska, tylko o jeden konkretny moment, kiedy komuś trzęsie się ręka albo sędzia patrzy w drugą stronę, albo przeciwnik nagle urodzi się z blokiem wysokości wieżowca.
pamiętam jeszcze czasy, kiedy finał SuperLigi był jak derby: trzy drużyny, trzy huty, trzy piekarnie – wszyscy się nawzajem znali po imieniu i nikt nie miał litości. teraz niby to samo, ale z tą różnicą że ten "żelazny" styl z Piaseczna, który tak fajnie opisał Rafał, to tak naprawdę stal narażona na rdzę. bo jak na ciebie napierają tacy jak ten drugi pretendent, co teraz gra raz świetnie raz tragicznie, albo ta młodzież co bredzi przez nerwy – to ta dyscyplina zamienia się w knebel. a przecież w finałach nie chodzi o to, byś nie stracił punktów, tylko byś te drugiego wybił z boiska.
i co mi teraz przychodzi do głowy? właśnie to, że najlepszy zespół niekoniecznie wygra ligę, a ten, co dotąd był niczym, może zrobić z siebie bohatera na finał. bo w SuperLidze, powiem wam po staremu, liczy się nie tabela w listopadzie, tylko ten jeden mecz, kiedy przeciwnik ma gorszy dzień w serwisie albo libero dostanie mroczków przed oczami.
no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.