Kiedy zielono-biała magia wraca – wspomnienia z trybun, które zostają na zawsze w sercu Norwida!
a no pamiętam jak było z dziesięć lat temu, może trochę więcej, na tym meczu z warszawiakami, bo przyjechali do nas z takim wyrazem twarzy jakby już widzieli puchar w rękach. nikt nie dawał nam szans, wszyscy gadali że jesteśmy za mali, za młodzi, za nic. a tu nagle — stadion huczy, ludzie wstają, krzyczą jak opętani, a nasz kapitan, ten stary byk zielonkawy, walnął na siatkę taki cios że drżały nawet dachy bloków po drugiej stronie ulicy. tamten dzień to była magia, naprawdę — zerwaliśmy ich jak ścierkę, 3:2, a kibice nieśli chłopaków na ramionach aż do samego rynku. tyle lat minęło, a wciąż słychać jak tamci starzy krzyczą "norwid! norwid!" niczym w kościele podczas mszy. no i co, warszawiakom to się pamięta… 😄
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A ja miałem akurat ten mecz w drugim rzędzie, tak że dosłownie czułem jak wibrują te betonowe schody pod nogami, no i te krzyki — jakby całe miasto wpadło na trybunę z nami! I te dwadzieścia minut na końcu, kiedy Warsiowcy już w ogóle nie wiedzieli gdzie mają oczy, bo u nas nagle jakby wszyscy dostali kopa do tyłu! A ten siwy dziadek obok mnie, co normalnie tylko pokrzykiwał "no dobra, no dobra", to akurat wyskoczył ze swoimi pięćdziesięcioma latami i darł się "DAMY RADĘ, CHŁOPAKI!" tak że mało nie oberwał od jakiegoś policjanta! 🔥 Potem jeszcze w knajpie wszyscy pili piwo prosto z butelki, a jeden z chłopaków z zarządu klubu przyniósł flagę na kiju od szczotki bo normalna nie doszła — i ta flaga latała nad stołem jak jakaś świętość. Aż do dzisiaj tamten zapach piwa, żarówki i mokrego kurtka na mnie leci i mam łzy w oczach, cholera…
Na trybunach od dzieciaka.
no właśnie, a ja tamtej niedzieli akurat szedłem z psem pod stadion, bo akurat miałem wolne — i nie wiem co mnie napadło, żeby zahaczyć akurat tamtego dnia. no ale na szczęście, bo dotarłem na sam koniec pierwszej połowy, przy 0:2, co tak naprawdę to nawet nie było takie straszne, bo ten Warsiowiec z numerem 7, ten ich supergwiazdor coś tam tam gadał do kolegów że jutro będą świętować w Warszawie, no i wiadomo — kibice za nim huczą, a u nas już się zaczęli podnosić, bo akurat przyjechał starszy facet co normalnie siedział w barze przy rynku i jak co niedziela zażył swoją witaminę b12 w postaci piwka. no i ten facet, co miał na sobie kurtkę z naszymi kolorami z lat osiemdziesiątych, podniósł się nagle i wrzeszczy "ej, panowie, panowie! niech ktoś im powie że tu nie jest Warszawa!". no i wiadomo — tłum od razu się podniósł, a ten facet jeszcze złapał chłopaka z bandery i jakoś tam ta flaga na kiju od szczotki latała już w powietrzu jak nasz własny symbol narodowy. a ja akurat miałem aparat, no i zrobiłem zdjęcie tej ferajnie, te twarze, te łzy, te uściski — i do dzisiaj tamten obraz leci w moim telefonie jako tapeta. a wiecie co? tamten gość, ten z kurtką, to był ojciec jednego z naszych rozgrywających, tego z numerem 5, co potem w sumie do reprezentacji się załapał. no i fajnie tak pomyśleć, że to co robiliśmy tamtego dnia, to nie tylko mecz, ale coś więcej — coś co zostało w rodzinach, w miasteczku, w naszych sercach. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A no ja akurat akurat tej niedzieli miałem urodziny, ale kto by pamiętał takie głupoty przy 0:2? No to wziąłem tą swoją starą kurtkę "Norwida", co niby ochrona przed deszczem, a tak naprawdę to już tylko folia z warzyw, i poszedłem na mecz bo... bo co? Bo mi powiedział mój psiak że "tato, niech cię szlag trafi jakbyś nie poszedł, toż to historia która dzieje się RAZ NA ŻYCIE!". No i dobry jest, mądry ten mój piesek — bo trafił w dziesiątkę! Siedziałem sobie w tym drugim rzędzie, obok faceta co normalnie sprzedawał hot-dogi koło rynku, a on akurat dzisiaj postanowił zrobić wyjątek i został kibicem, no bo jego córka wyszła za jednego z naszych zawodników! I co się dzieje? Nagle zaczyna krzyczeć "dajcie im popalić chłopaki, bo moja wnuczka jutro się rodzi i chce mieć dziadka kibica, a nie wnuczka widza!". I stary, dosłownie podskoczyłem z wrażenia — ten facet to miał werwę, że mało nie poszedł w zawieszenie na ogrodzeniu! Potem jeszcze wracaliśmy całą bandą do knajpy "Pod Zielonym Słonikiem" (co normalnie nazywa się "Pod Zdechłym Prosiakiem", ale kto by się czepiał?), a tam już czekało piwo w lodówce, kiełbasa na ogniu i ten stary wokalista co normalnie śpiewa tylko kołysanki, a tym razem darł się na całe gardło nasz hymn. I wiesz co było najfajniejsze? Ten piesek mój, co przecież nie rozumie sitawki, to akurat w tym momencie zaniosł się takim szczekaniem, że wszyscy umilkli i patrzyli na niego jak na nowego maskota drużyny. No i stary, do dzisiaj mówię, że to był nasz prawdziwy cud — bo nie dość że nasz mecz, to jeszcze piesek dołączył do naszej drużyny! 🤣🍻🐕
Memy to też analiza.