Kiedy Zielone Smoki znowu ruszą na wojnę, nikt nie zapomni powrotu Cuprum!
a niech to, kurczę blade… akurat w 2008 pamiętam ten finał jak dziś. pojechałem sam, w jednym wagonie z innymi zielonobiałymi, ani jednego luzaka dookoła. pociąg trzeszczał, grały stare radio, ktoś śpiewał "hej, hej, hej, dyma dyma dyma", no i to dopiero była jazda. na stadionie byliśmy najwcześniej, ale i tak ledwo zdążyliśmy na trybuny, bo ustawili nas gdzieś pod samym daszkiem. wiatr wiał, więc kapelusze latały jak szalone, a myśmy klaskali w rytm "zielone smoki, naprzód, naprzód…". i wtedy oni weszli na boisko – ten huk, to co tam się działo, że aż serce rosło. pamiętam, jak jeden facet obok mnie płakał, bo mu się kapelusz rozlatuje, a drugiemu lataki latały z rąk, no ale nic nie było w stanie zepsuć tej chwili. a potem ten mecz… no cóż, przegraliśmy, ale to był taki finał, co się wpada w pamięć na lata, bo nie o wynik przecież wtedy chodziło, tylko o to, że wszyscy razem byliśmy tam gdzie trzeba. i od razu myśl: no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
TA AKCJA TO BYŁA JAK WYCIĘTA Z KLIPU z MTV, tylko że bez obcych, sami swoi! Ja byłem w tym wagonie co dzisiaj się robi zapełniony jakby ktoś za sobą drzwi zatrzasnął – nie miałem gdzie nogi postawić, a że od środka dmuchało jak cholera, to jeszcze kurtkę wziąłem… i zapomniałem, że niedaleko PGE. No bo co? Byłem w tłumie, a w kieszeni trzymalem te twoje słynne bileciki ze szklanki, co je wszyscy rozdawali przed meczem 🔴💪 Wszędzie było słychać: "SZKŁO! SZKŁO!", a ja myślałem: "Super, teraz mi ta szklanka do czapy wleci i będę wyglądał jak walec"... ale nie, nic nie trafiło, tylko te pieprzone flagi latały jak latawce! I ten jeden gość, co krzyczał "CHODŹCIE, CHŁOPAKI, ZA NAMI!" – pamiętasz? Ten co miał na głowie rogatywkę do połowy? POTEM JAK WCZEŚNIEJ WYJEŻDŻALIŚMY, TO CAŁY wagon śpiewał "STARYM TOROM WIECZNIE GROZIĆ BĘDZIE…" AŻ dyżurny warknął przez megafon żeby nie hałasować. NIE WIEM JAK, ALE WRAŻENIE BYŁO JAK GDYBY KTOŚ WŁĄCZYŁ PRĄD DO SERCA – nikt się nie znał, a wszyscy razem. I ten finał… no ba, przegraliśmy, ale za cholerę nie było smutku – bo jakie tam smutki? Byliśmy TAM. Razem. I tyle. Teraz znowu tęsknie w oczy zagląda… JAKOŚ TEŻ TAM BĘDĘ! 🔥😱
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
wiesz co, kolega tam na stadionie był z bratem swoim młodszym, miał ze 14 lat, pierwszy raz jechał taki wyjazd… i ten chłopak po meczu płakał jak bóbr, bo powiedział, że nigdy nie czuł się tak silny w głosie. my wszyscy mieliśmy w sobie coś takiego, że aż ciarki chodziły po plecach, a on? on dopiero coś odkrył – że jest częścią czegoś większego, i że nie chodziło wcale o te 90 minut, tylko o całe życie, które przed nim stało. do dziś jak patrzę na niego, to wiem, że tamtego dnia nie tylko my straciliśmy puchar… on stracił swój… niewinność kibicką, ale dostał coś w zamian – wiarę we własne siły, no i na szczęście już niedługo będzie mógł powiedzieć synowi: "byłem tam, synu, i wiem, jak to jest". no ale zobaczymy
Ej, facet, a pamiętasz, jak ten mój ziomek co w 2008 z tym 14-latkiem jechał? Wtedy to było tak, że obaj byli na mecz jak na święto – jeden w szczęściu debiutu, drugi w powrocie do korzeni, i obaj mieli w kieszeni nadzieję grubszą niż wiara. Ten chłopak po meczu powiedział, że czuł się przez te 90 minut nie jak kibic, tylko jak wojownik, który idzie walczyć za swoją ziemię. A teraz? Teraz facet ma dwadzieścia parę lat, osiemnaście z nich przepracował w tej samej trybunie, co dawniej ojciec go przywiózł, i patrzy na nasze dzisiejsze Smoki – no nie wiem, czy to już wojownicy, czy raczej młodzi chłopacy zapatrzeni w instagramowe filmy zrobione w drodze na PGE.
Tamta drużyna to była banda zlepiona z żelaza i gniewu. Pamiętasz, jak Zielone Smoki wchodziły na boisko pod tymi żółtymi światełkami, co to aż mrużyło oczy? Każdy piłkarz miał w oczach tę iskrę, jakby mu ktoś do krwi wsypał pyłek z kopalni. Mecz zintegrowany, jedna drużyna przeciwko całemu stadionowi – nie liczyli się przeciwnicy, nie liczył się wynik, tylko to, że tam byliśmy wszyscy razem. Nawet jak przegrywali, to przegrywali z takim hukiem, że przeciwnik czuł się jak na polu bitwy, nie na boisku.
Dzisiaj? Dzisiaj mamy drużynę, która czasem błyszczy, ale rzadko płonie. Są chwile, kiedy widać, że te chłopaki grają, a są i takie, że ledwie zipią. Tamci mieli jednego wizjonera – może nie geniusza, ale faceta, co potrafił organizować bój niczym generał na polu bitwy. Teraz mamy kilku dobrych zawodników, ale brakuje tego jednego, co by cały ten kawałek ogarnął. Tamci mieli w sobie tyle serca, że aż bolało patrzeć, jak przegrywają – bo widać było, że to nie chwila, tylko całe życie, które im się rozpada. Dzisiaj mamy drużynę, która potrafi wygrać, ale też potrafi wyjść i zagrać tak, że kibice wracają do domu z pytaniem: "no co, kurde, znowu?".
Nie mówię, że nie ma nadziei – są chłopaki, co biją się jak lwy, i są momenty, kiedy czuć, że coś zaczyna wracać. Ale tamtego finału nie da się powtórzyć, bo tamto to było jedno wielkie serce bijące w stu tysiącach gardeł. Dzisiaj te gardła są mniejsze, a serca czasem wahają się, czy bić mocniej, czy oszczędzać na następny mecz. Kto wie, może niedługo znowu ktoś z nas usłyszy w pociągu ten stary, dobry chłopięcy głos: "hej, hej, hej, dyma dyma dyma" i wszystko wróci – choćby nie całkiem tak samo, to przynajmniej w tej samej barwie.
Najpierw policz, potem się spieraj.
kurcze, jak czytam te wspomnienia to aż mi się oczy zamgliły no ale co tam, ja co roku jadę na start sezonu do Lubina i zawsze tam jest jeden starszy facet co handluje tymi żółtymi szalami, co to sie nazywają "ogień na trybunach" no i pamiętam, jak w 2019 podszedłem do niego bo chciałem sprawdzić czy jeszcze pamięta mnie z meczu w 2008, a on mi na to: "a ty to ten co cały mecz skakał na jednej nodze bo kolega cię pchnął no?" i od razu poczułem się jakby te lata nie minęły, bo jeszcze miał ten sam charakterystyczny zapach piwa co wtedy no ale fajnie że znowu te pieprzone szale latają nad trybunami! 🔥💛
Na trybunach od dzieciaka.
a niech mnie szlag trafi, ale ja pamiętam, jakby to było wczoraj, jak nasz stary prezes jechał tym żółtym autokarem i gadał przez całą drogę do Gdańska o tym, że w 2008 roku mieliśmy wygrać ten finał, bo mieliśmy w drużynie faceta co kopał takie piłki, że naprawdę mogły latać – i niech mnie diabli, facet miał rację! 😄 nawet jeśli nie wiedział, że za kilka lat jego własny syn będzie nosić tę samą barwę co my, tylko w trochę bardziej błyszczącym trykocie.
ale zanim to się stało, pamiętam, jak w pociągu do Gdańska akurat leciała "ta klasyczna" – no wiecie, ta z tej legendy, co ją śpiewało się na melodię starego szlagieru – i nagle jeden z chłopaków zapytał: "a jak my tam wejdziemy, to oni się w nogi posypią, czy my?" no i wtedy wszyscy zaczęli wrzeszczeć: "nie oni się posypią, my ich posypiemy!" – no bo przecież co innego było widać, jakby to nie było tak, że tamtego dnia nie mieliśmy nic do stracenia, tylko całe pasmo zwycięstw do udowodnienia.
i teraz, jak czytam wasze opowieści, to aż sięgam pamięcią do tego jednego momentu, kiedy ten nasz 14-latek z bratem przyleciał do Lubina na kolejny mecz i powiedział, że czuje, jakby ktoś mu dożył żyły wstawił – no bo jak inaczej opisać to, co czuło się w powietrzu, kiedy Zielone Smoki wchodziły na boisko z takim hukiem, że aż drżały szyby w wagonach na dworcu? Tamta drużyna nie była drużyną, która grała – ona była drużyną, która walczyła, i to dosłownie, jakby każdy z nich miał w sobie kawałek tej starej kopalni, co kiedyś dawała im tyle siły.
no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ej, chłopaki, ale się rozkminiam! Akurat niedawno w pracy jeden z kolegów zapytał mnie, co to znaczy "być kibicem Cuprum" i ja mu na to: "Słuchaj, stary, to tak jakbyś wsiadł do pociągu do Gdańska i nagle okazało się, że wszyscy dookoła śpiewają ten sam kawałek, co ty pamiętasz z dzieciństwa, tyle że nikt nie wie, który to kawałek – a jednak wszyscy go znają!"
No i zacząłem mu opowiadać o tym moim pierwszorazowym finałowym, bo tak se pomyślałem, że "a co tam, jeden raz w życiu kogoś zarazić swoją pasją". Wsiadłem do wagonu, a tam jest tyle ludzi, co mnie od razu podali mi piwo w kubku z logo Cuprum – no nie to prawdziwe, ale ten kubek wyglądał tak samo. A ja, głupek, wziąłem pierwszy łyk, a tu się okazuje, że to był jakiś napój "dla zdrowia", ale nikt nie mówił, że jest gorzki jak cholera. No i tak siedzę tam z kubkiem w ręku, smakuję ten syf, a ten gość obok pyta: "No i co, smakuje?" Ja na to: "A bo co, kurczę, przecież to jest finał, nie jesteśmy na degustacji wina!" A on się śmieje i mówi: "No dobra, to teraz musisz coś zaśpiewać, bo my nie jedziemy na zwykły mecz!"
I ja mu na to: "No trudno, to zaśpiewam 'zielone smoki, naprzód, naprzód…' ale tylko jeden raz, bo mnie gardło boli!" A on: "Jeden raz? A co, kurczę, myślisz, że to nie jesteśmy w stanie zaśpiewać tego kawałka razem dziesięć razy?!" I tak w kółko – do samego Gdańska! Na szczęście stadion był już blisko, bo nie wiem, czy bym przeżył dziesięć powtórzeń tego numeru… 😂🔥
Ale chłopaki, serio – tamten finał to było coś, czego nie da się zapomnieć, bo to nie był mecz, to była pielgrzymka. A te lata później? Też fajne, bo każdy powrót do Lubina to jak powrót do domu… nawet jak Ci tam w wagonie dadzą napój "dla zdrowia" zamiast piwa! 🍻💛
Potrzymaj piwo.