Kiedy 'Zielone Serca' biły nie tylko w klatce, ale i sercach całej ligi!
pamiętam ten wieczór jakby to było wczoraj, na trybunach w Lubinie tak ścisnęło mnie w gardle, że ledwo oddychałem, a potem ten rzut na kosz, boisko aż zadygotało, a my wszyscy skakaliśmy jak szaleni... wtedy jeszcze nie wiedziałem, że za kilka lat będę opowiadał wnukom, jak widziałem na żywo największe zwycięstwo Cuprum w pucharze
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No ale co za jaja, ci chłopaki z Cuprum wtedy nam zafajdać dali całemu Poznasiowi 🔥 przecież to był mecz, który rozdzierał serce na pół a potem wpakował do kieszeni, że mi dopiero nogi mniej drgały od adrenaliny co by się kurwa ziarnem zasiało 😱 pamiętam dokładnie - stałem w najwyższym rzędzie przy trybunie "Mrowisko", tak że nasz Bolek na ławce musiał patrzeć w górę żeby złapać wzrok, a tu nagle ten ostatni atak, podanie od Jarka, wzlot, Czekała pod koszem jak byk, sucho wpuszcza do kosza i BOOM - trybuny zrobiły się tak głośne, że sędziowie mieli łzy w oczach! Kurwa, a potem ten finałowy gwizdek - wszyscy padliśmy sobie na ramiona jak byśmy byli braćmi, nie kibicami... jeszcze teraz jak pomyślę to tamtej nocy, to czuję ten smak piwa co chyba nie było w smaku, tylko piana szczęścia! No ale trudno, czasami takie chwile są raz w życiu, a myśmy mieli szczęście widzieć ją razem z Wami! 💪🔴🎉
no właśnie, jak Krzyś tam wspomniał o Borku i tym finałowym huknięciu... to mnie od razu wywaliło do tej zimy 2010, kiedy mieliśmy gorszą passę w lidze i nagle ten puchar stał się tym czymś, cośmy wszyscy musieli mieć w garści żeby nie wpaść w dołek. pamiętam, jak cały autobus kibiców dojeżdżał na ten mecz finałowy pod samymi ścianami areny w Warszawie, a w środku siedziałem przy oknie i waliłem się w kolano jak głupi z nerwów, bo ci cholerni sędziowie akurat tego dnia mieli wyjątkowo dobry dzień patrzenia się w gwizdek, no ale może i dobrze - jakby nie te wszystkie rzuty karne w naszym stylu to byśmy chyba pojechali bez biletu. i jeszcze ten koktajl, co to nam wsadzili do rąk na powitanie od chłopaków z organizacji - pijany byłem nie od alkoholu, tylko od samej myśli że zaraz zobaczę jak Zielone Serca będą grzebać w piwnicach koszykarzy z Poznania na ich własnym parkiecie. a jak ten Jarek podał do Czekały... kurde, to było tak, jakby ktoś przyłożył mi poduszkę do twarzy i powiedział "oddychaj wolno" - cały ten hałas na trybunach, te łzy u sędziego, ten Bolek na ławce co machał do nas jak szalony... i wiesz co? ja po tym meczu nie wróciłem do domu, tylko zostałem na stadionie, patrzyłem jak moi koledzy z orszaku śpiewają "my jesteśmy z Lubina" pod samym koszem i myślałem sobie: dobra, teraz możemy umierać, bo to był najlepszy wieczór w moim kibicowskim życiu 😄💛
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A to ci historia, co ma siłę ciosać blizny w sercu kibica na lata, prawda? Tamta drużyna była jak burza w szklance wody – każdy element miał swoją pozycję, ale razem tworzyły coś, co aż trzeszczało od wewnętrznej mocy. Jarek rozbijał obronę tak, jakby grał z młodszym bratem, Czekała latał pod koszem jak lokomotywa, a Bolek... cholera, ten facet to był samych nerwów i chęci, taki dowód na to, że dobrego trenera nie zastąpi żadna tabela.
A teraz? Teraz to trochę tak, jakbyśmy patrzyli na swoje dziecko, które dorastało, ale czasem zapomina, jak się śmiać. Obecna ekipa ma świetnych zawodników, nie da się ukryć – młodzi chłopaki, którzy biegają jak na szpilkach, ale brakuje tej magii, którą tamten zespół miał wpisaną w DNA. Tamtego sezonu, kiedy mieliśmy Puchar PZKosz w garści, to było jakby całe miasto dostało zastrzyk szczęścia prosto do żył. Teraz? Można poczuć, że coś się rusza, ale nie ma już tego błysku w oku, coś co mówi "my jesteśmy nie do zatrzymania".
Pamiętam, jak niedawno szedłem obok hali i zobaczyłem grupkę juniorów, którzy próbowali odtworzyć tamten finałowy rzut Czekały. Wyglądali jak cienie dawnych bohaterów, próbujący uchwycić to, czego już w powietrzu nie ma. I tyle – nie ma co się oszukiwać, tamten zespół był fenomenem, który się nie powtarza. Ale nie smućmy się, bo przecież Zielone Serca mają jeszcze mnóstwo do pokazania. Tylko niech ktoś w końcu przypomni im, jak się grało wtedy, kiedy kibic wychodził z meczu z uśmiechem, a nie z pytaniem w głowie: "i po co to było?". 💛
Najpierw policz, potem się spieraj.
Też tam stałem w tłumie, ale nie z tej samej klatki, co Wy, bo ja wtedy byłem w delegacji z moim ojcem na sędziowanie w Warszawie. Słyszałem te krzyki na trybunach, widziałem, jak Czekała wbija do kosza – fajna akcja, nie powiem – ale ta cała histeria o "historycznym meczu" to trochę jak z legendy naszych babć, które opowiadają, jak to "w ich czasach to była sportowa magia". A przecież co mieliśmy? Puchar PZKosz, który niby jest czymś wielkim, ale wiadomo – taki puchar to nie Liga Mistrzów, nie finał Euroligi, tylko coś, co można wygrać przez przypadek albo przez sfaulowany rzut w ostatniej sekundzie. Zresztą, kto dziś pamięta, kto walczył o ten puchar poza nami i tymi facetami z Poznania?
Pamiętam, jak nasz trener wtedy mówił, że "to było mistrzostwo", ale po sezonie znów wróciliśmy do szarówki ligowej, a teraz? Teraz mamy sezonu, gdzie ledwo gramolimy się do play-offów, a jak już się tam znajdziemy, to lądujemy na pierwszym etapie z hukiem. Tamten finał? Był fajny, ale trochę jak te bilety do teatru, co to się kupuje na emeryturę – fajnie się wspomina, ale nie zmienia życia. Za moich czasów Zielone Serca to były zdrowe mięsko na parkiecie, które albo się ruszało, albo nie – teraz to jakby ktoś poszedł i wymienił stare drewno na laminat, bo tyle to wygląda.
A te wasze opowieści o "magii" i "płaczu szczęścia"? To jest piękne, naprawdę, ale trochę jak z kobietami – pięknie się wspomina, ale trudno w to uwierzyć, jak się patrzy na dzisiejszą ekipę. Co z tego, że mieliśmy swojego bohatera, skoro potem ten sam bohater odchodził do konkurencji albo kończył karierę na ławce rezerwowych? Wtedy było fajnie, ale to nie była żadna rewolucja – to był dobry zespół, który trafił na dobry dzień w dobrym meczu.
I jeszcze jedno – ten Bolek na ławce, który miał łzy w oczach? Ja go widziałem potem w telewizji, jak w wywiadzie mówił, że "to była walka do samego końca". Walka do samego końca? Przecież to był mecz, który rozstrzygnął się na 5 minut przed końcem – nie ma tu żadnej tajemnicy, tylko dobra robota w momencie, kiedy przeciwnik się zawiesił. Teraz to już nie o to chodzi, by grać na emocje, tylko by nie przegrać 20 punktów różnicy w trzeciej kwarcie. Fajnie wspominać, ale niech nikt nie myśli, że tamten zespół był lepszy od dzisiejszych chłopaków – po prostu im wtedy nie odpuszczali, tyle.
No ale dobrze, nie będę psuł święta – tamten wieczór był wyjątkowy, nie da się ukryć. Tylko niech nikt nie twierdzi, że to był cud nad Wisłą albo coś w tym stylu. To był dobry mecz, tyle. A dzisiaj? Dzisiejszy mecz to też dobry mecz, tylko trzeba wiedzieć, czego się spodziewać. 💛
Ej, ale was tam posadzić obok siebie w autobusie kibicowskim w 2011 roku to była opcja, jakby się w pociągu do Jastrzębia zdarzył numer "Pierwszy raz w życiu widziałem kolesia, który śpiewał hymn tak głośno, że stewardesa dzwoniła do kontroli ruchu, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie jesteśmy na meczu kadry narodowej" 😂💛 Teraz sobie myślę, że jakby ten nasz Bolek miał takiego fana na trybunie co do niego krzyczał "Bolooo, dawaj ten bajer! Czekała cię dzisiaj nie do zatrzymania!" to może by w tym finałowym meczu nie musiał wyglądać przez ramię do góry żeby zobaczyć twarze kibiców... ale cholera, kto by się tam przejmował logistyką, jak się ma Puchar PZKosz w plecaku i smak szczęścia w gardle przez następny tydzień! Ja tam dosiadłem się akurat do faceta z transparentem "Czekała=Bóg", który przez cały mecz próbował wcisnąć mi kawałek tego swojego napisu do kieszeni "na pamiątkę", bo mówił, że "ja nie mogę go zabrać ze sobą, bo to dla historii drużyny"... a ja mu na to: "Dobrze, ale niech mi Pan da chociaż kawałek, bo moja babcia uwielbia dekorować kawałkami historycznych pamiątek swoje torebki na zakupy" 🤣🍿 No i tak się ten wieczór skończył – z Pucharem w rękach, z facetami co śpiewali "Jeszcze Polska nie zginęła" w połowie trzeciej kwarty, i z kolegą co dostał ode mnie swojego pierwszego koszulę Cuprum w prezencie, bo mi się jego transparent w kieszeni skleił z gumką do włosów i już nie było odwrotu... klasa był ten sezon, naprawdę. Jakby całe miasto dostało zastrzyk takiej chemii, że nawet statystycy PZKosz mieli potem problem z wyliczeniem, dlaczego takiego meczu nie da się powtórzyć. A teraz? Teraz to tak, jakby ktoś komuś ukradł przepis na ten specyfik – smakujemy tylko wspomnienia i modlimy się, żeby któryś junior jednak przypadkiem odtworzył tamten wzlot Czekały... i koniec końców trafił do kosza nie tylko piłkę, ale i szczęście z powrotem do naszych rąk! 💛🔥
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.